We wspomnieniach Antoniego Marianowicza okupacyjny Wołomin jawi się jako “miasto bezprawia” – a może to tylko literackie ubarwienia? W końcu autor spisał je dopiero w latach 90., był też poetą i satyrykiem, więc…

(…) W drugiej połowie XV wieku była tam drobnoszlachecka osada Wolunino. Potem długo, długo nic. W czasach carskich był podobno kolonią karną, gdzie zsyłano niebezpiecznych przestępców z rodzinami. W czasie okupacji — przerażająca dziura. Nie było dnia, żeby ktoś nie ginął i nie próbowano nawet dochodzić, w jaki sposób do tego doszło. Granatowa policja takimi detalami jak trup pod płotem w ogóle się nie interesowała. Porachunki były na porządku dziennym. Pojęcia mafii w tym sensie jeszcze u nas nie znano, ale działały ze trzy konkurencyjne bandy, w dodatku podszywające się pod działalność niepodległościową.

(…) Przyjechałem pod wieczór, ubrany jak większość młodzieży zgrywającej się na AK. Było to może ryzykowne, ale należało do fasonu. Moda, której hołdowałem, żeby wyglądać jak inni, nakazywała nosić wysokie buty, bryczesy, kurtkę. Zapuściłem wtedy jakieś idiotyczne, małe wąsiki. Niestety blond, więc prawie ich nie było widać. Byłem dobrze ubrany i mówiłem biegle po niemiecku. Kazano mi przyjść następnego dnia. Poszedłem na nocleg do miejscowego hotelu, a raczej pokojów gościnnych nad knajpą Szewca i Gąsienicy, położoną naprzeciwko dworca kolejowego. Były to nory, a do wychodka chodziło się na podwórze.

Ale – co za różnica? W końcu przyjechałem do pracy, dokumenty miałem w porządku, nigdy przedtem nie byłem w Wołominie — kto mógłby mnie tam rozpoznać? Nie zdawałem sobie sprawy, że paradując w tych swoich oficerkach po miasteczku zwracałem na siebie powszechną uwagę i byłem obserwowany, na zasadzie ciągłej inwigilacji, zarówno przez ludzi ze środowisk akowskich, jak pepeerowskich. Każdy przybysz w takiej małej miejscowości spotykał się z podobnym zainteresowaniem.

W każdym razie następnego dnia zostałem przyjęty do pracy. Stanowisko miałem odpowiedzialne — zastępcy portiera, ordynarnego, zapitego Ukraińca-półanalfabety.

Dla uciekiniera z warszawskiego getta pewnie każda praca, w której można ukryć swoje pochodzenie była marzeniem – nawet tak prosta.

(…) Praca była dzienna. Do moich funkcji należało bieganie i otwieranie bramy na każdy dźwięk klaksonu lub ryk furmana. O jakiejkolwiek mechanizacji nie było mowy. Prymityw nie do opisania. Ludzie ręcznie pchali wagony po szynach.

Marianowicz przytacza sporo szczegółów dotyczących swojego nowego miejsca pracy. Trudno ocenić, czy sięga do własnej pamięci, czy może do późniejszych opracowań czy tez dokumentów.

(…) To były dwie stare, pożydowskie huty, wciągnięte w niemiecki system gospodarczy Generalnej Guberni. Nazywało się to Ostindustrie, czyli Osti. Na czele stał generał Odilo Globocnik, dowódca SS i Policji w dystrykcie lubelskim, sprawujący nadzór nad akcją zagłady Żydów w GG, postać o koszmarnej reputacji. Huty stanowiły jedną z ważnych ekspozytur Osti, która zasadniczo była powołana do użytkowania siły roboczej Żydów, lecz po ich likwidacji straciła sens istnienia i sama nadawała się do zlikwidowania. Pozostały jej wówczas tylko owe dwie huty w Wołominie, zatrudniające Aryjczyków.

(…) Jeśli chodzi o hutę, do której zaangażowałem się na odpowiedzialne stanowisko pomocnika portiera, to przed wojną nazywała się ona Vitrum. Prosperowała bardzo dobrze, nawet w skali ogólnopolskiej. Założono ją w 1903 i bardzo często zmieniała właścicieli. Ostatnim, który działał bardzo długo, bo od 1915 roku aż do wybuchu wojny, był niejaki Rynglewski. Naprawdę Ringelbaum. Miał on wspólnika nazwiskiem Flanzreich. Byli właścicielami aż trzech hut.

O samym zakładzie autor miał chyba podobne zdanie, jak o mieście:

(…) Był to ogromny teren z bocznicą kolejową, kilka hal, magazyny, a wszystko otoczone wąskimi szynami, po których robotnicy pchali wózki z butelkami. Wózki były zapełniane przez ładowaczki, baby, które z ogromną wprawą i hukiem wrzucały do nich butelki. Panował taki prymityw, że kiedy wprowadzono innowację, polegającą na spuszczaniu pak ze szklankami i kieliszkami z magazynu po pochylni (żeby nie znosić ich po schodach), wszyscy uważali, że to ósmy cud świata.

Marianowicz szybko zorientował się, że w nie jest jedynym pracownikiem huty, który ukrywa swoje pochodzenie. Umocnił się w tym przekonaniu podczas napadu na biuro, upewnił dopiero po wojnie, kiedy jego byli współpracownicy mogli już o tym mówić.

Antoni Marianowicz urodził się 23 grudnia 1923 r. w Warszawie jako Kazimierz Jerzy Berman, w zasymilowanej rodzinie żydowskiej wyznania ewangelicko-reformowanego. Ukończył Gimnazjum im. M. Reja w Warszawie, dużą maturę zdał na tajnych kompletach w 1941 r. w warszawskim getcie, gdzie rozpoczął też studia prawnicze na kursach adwokata Mieczysława Ettingera. W lipcu 1942 r. wraz z matką wydostał się z getta i używając dokumentów na nazwisko Mieczysław Chmielewski, a potem Antoni Marianowicz pracował dłuższy czas w hucie szkła w Wołominie. Swoje wojenne losy opisał w wydanej w Spółdzielni Wydawniczej “Czytelnik” książce Życie surowo wzbronione. 
Na terenie huty znajdował się też budynek, w którym – do czasu — pracowali urzędnicy. Zatrudniano ich kilkunastu. Nie warto mówić szerzej o panu Knaku, który przez krótki czas był głównym buchalterem, pokręcił się trochę, połajdaczył i uciekł gdzie pieprz rośnie, bo okazało się, że w ogóle nie ma pojęcia o księgowości. (…) Mówiłem już o Bolesławie Mazurkiewiczu, karle o krótkich nóżkach, ale natchnionym księgowym. On zapoczątkował cały łańcuszek, bo po paru tygodniach zażądał zastępcy i polecił na to stanowisko swego znajomego — w istocie najbliższego przyjaciela, choć mówiąc sobie per „pan” zachowywali pozory luźnej znajomości. Zastępcą tym został pan Głowacki, inteligentny facet, mówiący dobrze po niemiecku.

Sekretarka Muesa, pani Zula Płoszczańska, pracowała już, kiedy ja obejmowałem posadę. Znakomicie znała niemiecki i miała bardzo wysokie kwalifikacje, co od razu było widać. Była to pani koło pięćdziesiątki. Po panu Głowackim doszła panna Urbańska — dobrze po czterdziestce, ale ze śladami urody. Tajemnicza postać – początkowo myślałem, że to żona lub przyjaciółka Głowackiego, ale okazało się, że nie. Muszę podkreślić, że żadna z tych osób nie miała cech semickich. Wszyscy posługiwali się nienaganną polszczyzną.

Jako kierownika działu zaopatrzenia zaangażowano Jana Wolaka. Pan Wolak był eleganckim starszym panem, ale włos mi się zjeżył, gdy usłyszałem, jak żydłaczy. (Niemcy) nie mieli pojęcia o tych różnicach. Tylko zła wola Polaków mogła się przyczynić do wpadki takiego nieszczęśnika. Ale urzędnicy — Esch czy Wojakowski – nie byli zdolni kogokolwiek zadenuncjować. Ale były też w Wołominie grupki o tendencjach antysemickich.

Kilka zdań w Życie surowo wzbronione dotyczy ówczesnej działalności wołomińskich hut szkła:

(…) Wojsko brało z tej huty na swoje potrzeby wielkie ilości szklanek, kieliszków i podobnej galanterii. Jeśli chodzi o produkcję butelek, to były one wytwarzane jak w XIX wieku… (…) Mam w oczach te postaci, ustami wydmuchujące butelki, żar i blask hutniczego pieca… Fascynujące wrażenie – istna alegoria piekła. Owszem, produkowano trochę niebieskawego szkła wytłaczanego, ale gatunek tego szkła był o wiele gorszy, przeznaczony na musztardówki i inne poślednie wyroby. Robiliśmy słoje, butelki, szklanki, kieliszki – pełny asortyment szkła gospodarczego. Tych naszych wyrobów Niemcy zużywali masę. Tłukli kieliszki, zamawiali więc transporty po tysiąc sztuk, pakowane w duże paki z wiórami, eksportowane do Rzeszy i krajów okupowanych. Oprócz tej „masówki” huta wyrabiała też w ograniczonych ilościach prawdziwe arcydzieła sztuki szlifierskiej, zarezerwowane dla dygnitarzy SS, takich jak Kurt Daluege, Oswald Pohl czy sam Heinrich Himmler.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.