Wołomińskie obrazki

Obejmuję moją pamięcią okres od roku 1926, w którym jako niespełna siedmioletni warszawianin, wraz z rodziną zamieszkałem w Wołominie. Miasto, a zwłaszcza jego peryferie, zrobiło na małym mieszczuchu bardzo korzystne wrażenie, a powodów ku temu było wiele. By czytelnicy mieli jakiś punkt odniesienia do stanu obecnego, prezentowanego przez cywilizowane przez ponad 60 lat miasto, wymienię kilka charakterystycznych szczegółów, które tak zachwyciły małego ekswarszawianina.

Koncert żab

Wzdłuż ulicy Marszałka Piłsudskiego, wówczas Tramwajowej, w kierunku Górek Mironowskich kursował konny tramwaj, jeżdżący po szynach. Wieczorami, a był to przecież miesiąc maj, miasto rozbrzmiewało koncertami żab, które miały wspaniałe warunki bytowe, gdyż miasto było z każdej strony otoczone rozlewiskami wodnymi. W rozlewiskach tych i gliniankach, aż roiło się od szczupaków i karasi.

Sportowe pastwisko

W prostokącie okolonym ulicami Sikorskiego, dawniej Ręczajską, Przyjacielską, Polną i Lipińską, oczywiście niezabudowanym, rzeźnicy żydowscy wypasali stada krów, które stanowiły rezerwę przeznaczoną do uboju. Ciekawostką tamtego okresu był ustawowy przepis prawa, który stanowił, że wszystkie krowy przeznaczone do uboju…. muszą być ubijane przez rytualnego tzw. rzezaka, pracownika gminy żydowskiej, niezależnie od tego, kto będzie nabywcą i konsumentem mięsa wołowego. Przepis ten został zniesiony ustawą sejmową w latach trzydziestych.

Teren tego pastwiska, był też pomocniczym boiskiem piłkarskim służącym tak zwanym „dzikim drużynom”. Na tym boisku, zdobywali arkana sztuki futbolowej tacy wielcy piłkarze „Huraganu” jak: Jan Bieś, Wiktor Cieślak, Anatoliusz Zieliński, Wacław Szymborski. Autor wspomnień, z ogromnym sentymentem dla tych piłkarzy i dla Klubu Huragan, poczytuje sobie za zaszczyt, że w czasie treningów, zdarzało się, że służył asom za bramkarza.

Czwartkowe jarmarki

Ogromną atrakcją, również o znaczeniu gospodarczym dla ludności miasta i okolic, były czwartkowe jarmarki, stanowiące spiżarnię wszelkich artykułów żywnościowych, potrzebnych mieszkańcom. Jarmarki te, odbywały się na placu zwanym obecnie Placem Trzeciego Maja, który bywał zapełniony całkowicie pojazdami dostawców żywności. Na placu tym każdego roku odbywały się zabawy odpustowe i loteria fantowa. Zakalcem w tych wspomnieniach był sam miesiąc maj roku 1926, bowiem walki prowadzone w Warszawie przez zwolenników i przeciwników marszałka Piłsudskiego, zaowocowały negatywnie na zaopatrzenie Wołomina w żywność. Przez kilka dni nie można było kupie chleba i podstawą naszego wyżywienia – były zacierki z żytniej mąki na mleku. Dzięki temu, że właściciel młyna Icek Skrobacz nie wstrzymał sprzedaży żytniej mąki, a krowy nie skąpiły mleka – jakoś tę przymusową dietę ludność Wołomina przeżyła.

Nasi strażacy

Dużą atrakcją dla dzieci i wprost nieodzowną dla bezpieczeństwa miasta i okolicznych wiosek, była Ochotnicza Straż Pożarna, która dysponując bardzo mizernymi środkami technicznymi, często z narażeniem życia strażaków – walczyła z wybuchającymi często pożarami. Warto zaznaczyć, że okoliczne wioski posiadały domy mieszkalne i budynki gospodarcze prawie wyłącznie kryte słomianymi strzechami, a budynki miejskie były zwykle kryte łatwopalną papą. Nic też dziwnego, że pożar trawił kilka gospodarstw jednocześnie.

Ważny dzień

Nadszedł wkrótce ważny dzień 16 września 1926 roku. W dniu tym rozpocząłem ósmy rok życia i naukę w Szkole Podstawowej Nr 1 przy ul. Wileńskiej. Rozpoczęcie roku szkolnego opóźniono z powodu utrzymywania się epidemii. Mo ja pierwsza wychowawczyni, Pani Batorska, stała się wkrótce drugą ważną osobą po mojej Mamie. Ale też z ogromnym sentymentem wspominam inne moje Panie Nauczycielki i Panów Nauczycieli. A więc były to Panie: Natalia Kwapiszewska, dzięki której geograficznie poznałem cały świat, Pani Bublewska, której głos dźwięczy mi do dziś w uszach, Pan Stanisław Balon, którego lekcje języka polskiego i historii były uatrakcyjniane ponad obowiązujący program – również wokalnie i sportowo; Pan Bolesław Pławski, który jak sam nam się przedstawił – był zły dla uczniów złych, a dobry dla dobrych; Pan Jan Malik, który pomimo pozorów surowości, w chwilach trudnych dla ucznia rzucał mu koło ratunkowe; no i oczywiście Pan Piotr Rostkowski podziwiany nie tylko przez uczniów, za przemówienia na wszystkich uroczystościach szkolnych. Dokonując tego wspomnieniowego przeglądu – oceny, chciałbym życzyć moim wnukom i ich Kolegom i Koleżankom – by mieli takich właśnie Nauczycieli.

Teraz, niejako na zakończenia wspomnień związanych ze Szkołą Podstawową nr 1, opisze zdarzenie, którego byłem niemal biernym uczestnikiem, ale które ilustruje historyczne przypadki straszliwego losu ludności żydowskiej podczas wojny.

Warszawska 9

Jak powszechnie wiadomo, liczebność ludności żydowskiej w Wołominie spowodowała, że ówczesne władze miasta uznały za potrzebne zorganizowanie Szkoły Podstawowej wyłącznie dla dzieci z rodzin żydowskich. Taka szkoła została zorganizowana i funkcjonowała w budynku nr 9 przy ul. Warszawskiej w Wołominie. Z nieznanych powszechnie powodów, szkoła prowadziła naukę tylko do klasy 6. Dzieci pragnące uzyskać świadectwa ukończenia 7. klasy szkoły podstawowej, które pozwalało ubiegać się o przyjęcie na naukę w szkole średniej – przychodziły do Szkoły Podstawowej nr 1 celem ukończenia 7. klasy i otrzymania upragnionego świadectwa.

W ten sposób, na rok szkolny 1932/1933 do klasy 7. Szkoły Podstawowej nr 1 przyszło 3 uczniów. Jakub Rozenblik, Jakub Muszkatblat i Szloma Stalik. Po ukończeniu szkoły nie miałem żadnych kontaktów z trzema wyżej wymienionymi kolegami Żydami.

Tymczasem w roku 1944, w kilkanaście dni po wkroczeniu Armii Radzieckiej do Wołomina, idąc ul. Sienkiewicza spotkałem kolegę szkolnego Szlomę Stalika. Byt w dobrej kondycji fizycznej – opalony. Oczywiście nie powiedział mi, gdzie się przechował. Mówił, że ocalenie swoje zawdzięcza swojej żonie, córce wołomińskiego przemysłowca. Jego rodzice zginęli. Powiedział też, że jak tylko będzie to możliwe oboje z żoną wyemigrują do Izraela. Tak więc, zrządzeniem losu stało się, że ten mój kolega uratował się wraz ze swą żoną z Holocaustu!

Znając już rozmiary tej zbrodni na narodzie żydowskim, odczułem wielką satysfakcję z faktu uratowania się mojego Kolegi.

In memoriam Jadwiga Markowska

Tuż przed wojną, została zbudowana i rozpoczęta działalność druga szkoła podstawowa przy ul. 1-go Maja. Pozwoliło to nieco rozładować niewyobrażalny tłok w Szkole Podstawowej Nr 1, tak w odniesieniu do części męskiej, zwanej szkołą nr 1 i części żeńskiej, zwanej szkołą nr 2.

Zachowana we wdzięcznej pamięci swych wychowanek, Kierowniczka Szkoły nr 2 Pani Jadwiga Markowska, będąca gorącą polską patriotką i znakomitym pedagogiem – wychowawcą, niezwłocznie po wkroczeniu Armii Radzieckiej do Wołomina w roku 1944 została aresztowana przez NKWD i w nieznanych okolicznościach zamordowana w obozie w Ostrówku. Pochowana w prowizorycznej mogile na wołomińskim cmentarzu, dopiero w dniu 15 czerwca tego roku doczekała się godnego Jej pamięci uhonorowania mogiły odpowiednim kamieniem nagrobnym ze stosownym epitafium.

Na uroczystej koncelebrowanej Mszy Świętej za duszę zmarłej płomienne przemówienia biograficzne, wielu zebranym w Kościele wychowanicom i nie tylko im – wycisnęły łzy wzruszenia.

Godnym zapamiętania akcentem biograficznym z życia i działalności Pani Jadwigi Markowskiej w Wołominie było następujące wydarzenie. Na jednej z uroczystych akademii zorganizowanej przez kierownictwo obydwu część szkoły, po raz pierwszy, zgromadzeni w sali strażackiej, na wezwanie swego kierownictwa, zaczęli śpiewać hymn państwowy w nowej wersji słownej. A oto słowa pierwszej zwrotki hymnu: Święta Polska zmartwychwstała, jakby Bożym cudem morze bratniej krwi przelała – dziś jest wolnym ludem. Dzielny Narodzie – Tobie cześć i chwała że po wiekach całych Polska zmartwychwstała. Pani Markowska uniemożliwiła śpiewanie dalszych zwrotek nowej wersji słownej i hymn dokończono śpiewać w wersji tradycyjnej.

Tygodnik Wołomiński
1998

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.