Wspomnienia nauczycielki z szufladki wyjęte

Prof. S. Pigoń, pisząc: „Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga z brylantów”, myślał zapewne o młodzieży polskiej, której dzieciństwo i młodość przypadła na czas walki. Pani Krystyna Kwapiszewska zachowała kilka zdjęć grupowych uczniów – tych brylantów „swoich” tajnych kompletów z lat 1942-1945. Wprawdzie nie wszyscy na nich się znaleźli, bo właśnie w tym czasie niektórzy mieli lekcje muzyki u pani Marii Łobockiej, która prowadziła świetnie zorganizowane „ognisko muzyczne”.

Tak więc nie można znaleźć na zdjęciach Ani i Basi Kowalewskich, bardzo zdolnych i pracowitych dziewcząt – „reprezentuje” je malutki braciszek Adaś, przyszły inżynier-architekt, brak Mietka Klimasa – on bardzo lubił historię, pożyczał nawet poważne, pozycje historyczne, choćby autorstwa Tadeusza Zielińskiego, które namiętnie studiował, wręcz pochłaniał. Również brak Marysi Borowskiej, wspaniałej polonistki, po wojnie wybitnie utalentowanej dziennikarki radia i telewizji, oraz Tereni Zamojskiej, córki kierowniczki Miejskiego Przedszkola Nr 1 w Wołominie. Obie pięknie grały na pianinie i rywalizowały z duetem Urbanków: Leonardem i Romanem. Ci dwaj chłopcy i ich siostra Aniela zasługują na szczególne wyróżnienie.

Mieli w domu bardzo ciężkie warunki materialne, opiekowali się przyrodnim bratem wysiedlonym z Pomorza. Życie w tamtym czasie zmuszało ich do prób usamodzielnienia się, czego to oni nie próbowali: produkowali pastę do podłóg i butów, kręcili papierosy, robili swetry na drutach, skarpetki i rękawiczki, pomagali w pracach ogrodowych, a na to wszystko znajdowali czas ucząc się wzorowo.

Leoś (tak pani Krystyna nazywa Leonarda) był bardzo zdolnym chłopcem, świetnym matematykiem i łacinnikiem. Gdy po wojnie dostał się do gimnazjum na Pomorzu, nauczyciele zdumieni jego wiedzą, poprosili, by pomógł młodszym uczniom nadrobić zaległości, a nawet zatrudnili go jako młodszego ?kolegę? po fachu. Romek natomiast to bardzo uzdolniony muzycznie wesołek i zawadiaka pilnowany przez starszego, statecznego brata. Aniela była w pierwszej grupie uczniów, którzy przez kilka lat uczęszczali na komplety gimnazjalne.

Na kompletach były całe rodzeństwa, np. Ślubowskich. Najstarsza Jadzia – bardzo zdolna i pracowita, w młodszej grupie – Ania „Hania”, która zawsze lubiła posługiwać się wiadomościami starszej siostry, a w najmłodszej – Wiesiek. Ojciec policjant bardzo dbał o edukację całej trójki, ale w pamięci pani Krystyny szczególnie pozostał chłopiec. Bardzo inteligentny, dowcipny, skory do żartów i bardzo kulturalny.

Gdy na komplety, już w czasie roku szkolnego, przyszedł Jasio Kopeć – ministrant, Wiesio poddał go egzaminowi z łaciny. Jaś sądził, że ministrantura mu wystarcza. Wiesiek postawił mu pytanie: „Czy wiesz co to jest ablativus Copti?” (od nazwiska – Kopeć), zamiast ablativus loci albo: „Co to jest ablativus nieumiejetus?” Jasio nie mógł odpowiedzieć na te niedorzeczne pytania, ale cała klasa miała uciechę, a Janek obiecał przyłożyć się do nauki, by zostać w tej grupie. Po latach z wielkim smutkiem przyjęto wiadomość o przedwczesnej śmierci Wiesia.

Pani Krystyna żywe wspomnienia zachowała o dwóch braciach Ciosłowskich: Witoldzie i Przemysławie. Rodzice byli nauczycielami wysiedlonymi z Poznańskiego, zatrzymali się w domu babki Kordziałkowej w Wołominie. W tym też miejscu zamieszkał ksiądz Bronisław Piusiński, który w latach 1943-1944 uczył religii i łaciny w klasie trzeciej, gdyż doba okazała się za krótka, by Krystyna Kwapiszewska mogła uczyć wszystkich i wszystkiego.

Witek był w grupie pierwszej i razem z piękną dziewczyną, Winią Szatkowską miał największy zasób wiadomości. Winia była uzdolniona manualnie, pięknie szydełkowała i robiła na drutach. Potrafiła wyczarować cudeńka ze starej włóczki czy kordonku, były to: rajtuzy, skarpetki i sweterki, które niejednokrotnie służyły jako rekompensata za lekcje. Mieszkała z matką, w domu na dalekiej „parcelacji”. Gdy w czasie ataku Niemców działami kolejowymi, niszczone było miasto, w jej domu schronienie znalazł ojciec Krystyny – Józef z jej młodszą siostrą, Urszulą, która już uprzednio ranna, panicznie bała się pocisków.

Przemek Ciosłowski był najwierniejszym uczniem obok Leonarda Urbanka. Chłopiec ten – niezwykle ambitny, pracowity i zdolny, w ciągu trzech lat nauki wciąż rywalizował z Basią Dróżdż. W tej klasie była to dziewczynka niezwykle utalentowana, bardzo oczytana, obdarzona wszechstronnymi zdolnościami. Gdy w 1944 roku zamieszkała z rodzicami w Warszawie i ubiegała się o przyjęcie do klasy trzeciej, nauczyciele zorientowawszy się w jej poziomie wiedzy, zakwalifikowali dziewczynkę do klasy czwartej.

Do dziś pani Krystyna, jej nauczycielka, odczuwa wielką satysfakcję, że uczniowie po zakończonych działaniach wojennych kontynuowali naukę w gimnazjach i liceach uzyskując bardzo wysokie oceny. Basia ukończyła prawo i dziennikarstwo. Ojciec – burmistrz Wołomina, bardzo pomagał w czasie okupacji, a mianowicie ułatwiał zdobycie ropy i węgla, by młodzież miała ciepło w okresie późnej jesieni i zimy. On wyrobił pani Krystynie fałszywą kenkartę, by chroniła jej osobę w razie łapanki czy aresztowania. Tylko sobie znanymi sposobami zdobywał książki, zeszyty i inne przybory szkolne.

Prywatnie, poza kompletami, na lekcje niemieckiego do „pani Krysi” przychodził też Janek Dróżdż. Był to śliczny chłopiec, zamiłowany biolog, miłośnik zwierząt, w dorosłym życiu poświęcił się swym pasjom. Z wieloma uczniami Krystyna Kwapiszewska utrzymuje do dziś kontakt. Jadzia Janowska – Wiatrowska często dzwoni z pytaniem o zdrowie, chociaż sama jest już poważnie chora. Odwiedziła raz swą nauczycielkę z Zosią Mieszanowską, która zapamiętana została jako bardzo zdolna rysowniczka. „Zobaczyłam dwie starsze panie – mówi pani Krystyna, ale ja w ich oczach widziałam miniony świat lat dziewczęcych”. Marysia Janowska, siostra Jadzi, krótko chodziła na komplety ze względu na podjęcie nauki w szkole handlowej.

Na zdjęciach znalazło się wielu uczniów i wiele uczennic, o których pani Krystyna chce opowiadać. Są to wspomnienia tragiczne, smutne, ale i radosne, tchnące optymizmem. Kto by przypuszczał, jakie losy dotkną np. Danielę Kubasiewicz, przemiłą, cichą uczennicę? Była to tragiczna rodzina. Gdy weszli do Wołomina Rosjanie, rodzice Danieli postanowili wrócić do Rosji, na dawne ziemie rodzinne matki. Ojciec był krawcem i dzięki temu, że miał przy sobie igłę, którą sąsiadom wypożyczał, utrzymał rodzinę przy życiu. Ale gdy na dobre spotkali się z rzeczywistością i wielką nędzą w tym niby wymarzonym kraju postanowili wrócić do Wołomina. Mała Daniela po powrocie rzuciła się swej nauczycielce na szyję, a ta długo nie mogła ukoić jej płaczu.

Małego Stasia Kielaka na komplety przyprowadził jego ojciec chrzestny, ksiądz Stanisław Bott (uczeń Natalii i Józefa Kwapiszewskich ), ksiądz wypatrzył go wśród innych chłopców sądząc, że będzie on dobrym materiałem – kandydatem do seminarium duchownego. Toteż kazał mu szczególnie przykładać się do łaciny. Ale Stanisław zamiast sutanny wolał kolorowe spódniczki dziewcząt. W życiu dorosłym został zawodowym żołnierzem.

Na zdjęciu z klasy trzeciej stoi śliczna dziewczynka z koroną włosów na głowie – to Hela Repin, bardzo zdolna i ambitna uczennica, w której kochali się po cichu koledzy, nawet ci z młodszej grupy. Ojciec, artysta sztukator, na imieniny nauczycielki swej córki wykonał śliczny intarsjowany obrazek i szkatułkę. Prawdziwe dzieło sztuki! „Gdy po wielu, wielu latach spotkałam Helę – mówi Krystyna Kwapiszewska – z przyjemnością stwierdziłam, że Helusia jest nadal pełna uroku i wdzięku”. A Janek Gerchard, wysoki przystojny blondynek, zawsze był bardzo elegancki i szarmancki, do tego ambitny i dobrze się uczył.

Dzieci uzdolnionych manualnie i artystycznie było wiele. Terenia Skrodzka – świetna plastyczka, Ryszard Pszczółkowski (brat cioteczny Ali Stańczak, pierwszej uczennicy, która naukę rozpoczęła już w 1939 r.), był wspaniałym rysownikiem – batalistą. Zawsze opuszczał lekcje w dni targowe, udawał się wtedy ze szkicownikiem na rynek i malował konie. Odważny, stanowczy, niestety tuż po wojnie konsekwencje jego patriotycznych poczynań były dla niego tragiczne.

Brat Tereni, Mirek Skrodzki uczęszczał do młodszej klasy, przyjaźnił się z Wiesiem Ślubowskim i miał z nim różne sekrety. Mirek był przemiłym chłopcem, uczynnym i wesołym. W lipcu 1944 r., w trakcie walk frontowych, gdy czołówka Armii Radzieckiej przedzierała się do Wołomina, cała rodzina Kwapiszewskich schroniła się w domu Aleksandra Skrodzkiego przy ulicy Tramwajowej (obecnie Marszałka Józefa Piłsudskiego). Pani Krystyna mówi: „Pamiętam bolesne dla mojej siostry, a przy tym dla całej rodziny zdarzenie. Urszulka była na podwórku, pompowała wodę ze studni. Pocisk, którym ostrzeliwano czołgi, uderzył w studnię, którą doszczętnie zniszczył, rozerwał na strzępy kozę – jedyną żywicielkę. Rozpryskujące się odłamki ciężko raniły dziecko. To widział ksiądz i w swojej sutannie przyniósł ranną do schronu. Ojciec (Józef Kwapiszewski), szukając ratunku, wybiegł na drogę, spotkał przejeżdżających czołgiem radzieckich żołnierzy, wśród nich był lekarz, który przyniósł rywanol, bandaże i oczyścił rany. Ale ślady po tym wypadku zostały do dziś.

Podczas schronienia Krystyny Kwapiszewskiej u państwa Skrodzkich, niektórzy uczniowie, a przede wszystkim Urbankowie i Ciosłowscy próbowali dotrzeć na lekcje mimo trwających walk. Tłumaczyli, że pociski wybuchają w regularnych odstępach czasu i w przerwach między eksplozją zdążą się bezpiecznie przemieścić. I tak też było, mieli dobre wyczucie czasu, a na pewno szczęście. Kiedy wpadali zdyszani słyszeli okrzyk pani Krystyny: „Bój się Boga, Leoś…”.

Bardzo spokojne i pracowite uczennice to siostry Stefańskie: Zdzisława (Dziunia) i Danka. Mieszkały blisko, na „parcelacji”, zawsze punktualne i dobrze przygotowane. Dziewczynki były zdolne, do tego ambitne i pracowite. Ich matka i ciotka były krawcowymi. Niejednokrotnie w formie zapłaty za lekcje szyły pani Krysi sukienki. Zdzisława została żoną Władysława Morgi, syna wołomińskiego nauczyciela Antoniego Morgi.

Najwyższym i najprzystojniejszym kawalerem „pod wąsem” był Jaś Mierzejewski. Organizował na Lipińskiej spotkania po niedzielnej mszy, w ogrodzie, gdzie w cieniu drzew odbywały się specjalne zajęcia. Godzinami czytano półgłosem m.in. dzieła Mickiewicza, Sienkiewicza, Prusa i Żeromskiego, tu toczyła się dyskusja równie żarliwa co i owocna. W sumie nie było dnia wolnego od nauki. Wakacje trwały tylko miesiąc, bo w lipcu młodzież zdawała egzaminy pisemne i ustne. Świadectwa otrzymali wszyscy po wojnie.

Bogusia Haberko, wysoka, zgrabna dziewczynka, grała pięknie na fortepianie. To w domu jej rodziców trzy doby nocowali nauczyciele – egzaminatorzy z Prywatnego Gimnazjum Żeńskiego im. Zofii Łabusiewicz w Warszawie, którzy po każdym roku nauki sprawdzali postępy uczniów. Z Warszawy dojeżdżali do Strugi, tam czekał na nich wóz konny i pan Orych przywoził całe grono do Wołomina. Wcześniej egzaminy promocyjne odbywały się w budynku Prywatnego Gimnazjum Żeńskiego im. Zofii Łabusiewicz w Warszawie, ul. Kępna 17. Po uzyskaniu promocji do klasy starszej naukę kontynuowano w Wołominie. W latach następnych wyjazd do Warszawy całych klas, ze względu na bezpieczeństwo, był niemożliwy.

Nie wiadomo mi – mówi Krystyna Kwapiszewska – jakie losy spotkały niektórych mych uczniów. Kontakt z nimi się urwał. „Co dzieje się z Hanią Wandel, która była piękną dziewczynką, biedną, uczciwą, spokojną i bardzo uduchowioną; Jasiem Ludwiniakiem, miłym chłopcem, o którego rodzice bardzo się troszczyli – co miesiąc, jako czesne, przynosił on kurę i jajka; Polą Getką, Jankiem Humanickim, który przyjechał wraz z rodziną z ziem zachodnich. Humaniccy zamieszkali obok nas, na Lipińskiej, ale z niewiadomych powodów prędko wyjechali z Wołomina. Toteż Janek na komplety uczęszczał tylko jedną klasę; jakie są losy Basi Burakowskiej, dziewczynki angażującej się w różne prace. Gdzie podziewa się Staś Kielak, co robią Basia i Janek Dróżdż oraz Hela Repin?”. Inni jak; Basia, Mietek, Staś, Hela, Hania, Pola, Janek odezwą się, albo już tylko o nich usłyszymy. Wielu, niestety, przedwcześnie zeszło z tego świata.

Nie zobaczymy już Marysi Borowskiej – Tygielskiej (zm. 22 grudnia 1987 r.), która uczyła się muzyki u pani Łobockiej, pięknie grała na pianinie, była wybitnie utalentowaną dziennikarką, naczelnym redaktorem „Anteny”, tygodnika o tematyce radiowej. To ona 10 sierpnia 1955 r. podpisała zaświadczenie (jako była uczennica kompletów), stwierdzające, że „Ob. mgr Kwapiszewska Krystyna od lutego 1940 roku do czerwca 1944 roku włącznie prowadziła tajne zarejestrowane komplety gimnazjalne. Pracowała w sumie 48 godzin lekcyjnych tygodniowo”. Nie spotkamy już Ali Stańczak (ur. 1927- zm. 1989) – późniejszej farmaceutki i Basi Niepostyn, szalenie zdolnej matematyczki. Mieszkała ona przy ulicy Kościelnej w bardzo ubogim mieszkaniu, wypełnionym kartonami, które służyły jako meble, aż dziw, że Basia w takich warunkach chciała rozwijać swoje zdolności. Nie ujrzymy już Ali Kosińskiej, która krótko chodziła na komplety, bo zginęła podczas walk; Sławka Bohusza (ur. 1933 r. – zm. 1988 r.), spokojnego, bardzo kulturalnego ucznia, który na lekcje gry na pianinie chodził też do pani Kitkiewicz, został lekarzem – internistą, pracował w Wołominie i w Tłuszczu; Przemka Ciosłowskiego oraz Romka Urbanka, byłego dyrygenta Symfonicznej Orkiestry i dyrektora szkoły muzycznej I i II stopnia w Olsztynie, prezesa Zarządu Głównego Stowarzyszenia Miłośników Muzyki w Olsztynie – gdyż zginął 2 listopada 1988 roku w wypadku drogowym.

Nie spotkamy Wiesława Ślubowskiego (ur. 1931 – zm. 1996), który ukończył Politechnikę Warszawską na kierunku budownictwo lądowe. Nie spotkamy też Jana Kopcia ( ur. 1932 – zm. 1999), ministranta, który przykładał się do nauki łaciny, a także do innych przedmiotów. Z powodzeniem zdał „małą” maturę u Władysława IV, „dużą” w wojsku i ukończył Akademię Sztabu Generalnego w Warszawie. Odeszła też Zdzisława Morga ze Stefańskich „Dziunia” (ur. 1928 – zm. 2005), Marysia Wilkosz, która ukończyła Akademię Medyczną ze specjalnością – stomatologia. Odeszli od nas Jurek Wypych, który żeby przyswoić wiadomości korzystał niejednokrotnie z nieodpłatnych, dodatkowych lekcji oraz Maria Janowska (ur. 1930 – zm. 2006), wieloletni pracownik biurowy. Nie zobaczymy Ryszarda Pszczółkowskiego, który odszedł dwa lata temu. Odszedł też Jurek Stańczak (ur. 1932 – zm. 1987), przemiły chłopiec, który krótko chodził na komplety, ukończył szkołę felczerską, pracował w Drezdenku. Następnie ukończył Akademię Medyczną ze specjalnością medycyny ogólnej, społecznej i akupunktury. Pracował w Wołominie w Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Wydziale Zdrowia, w Szpitalu Rejonowym i Powiatowej Stacji Pogotowia Ratunkowego oraz w Zespole Opieki Zdrowotnej w Mińsku Mazowieckim, a także był kierownikiem Ośrodka Zdrowia w Jadowie. Jako lekarz współpracował z wołomińską drużyną harcerską. Na skrawku papieru pozostawił zapiski z sentencją Codex amoris z XII w.:

Jeżeli chcesz być kochanym – kochaj,
Miłość nie może niczego odmówić miłości

Z rodziną Stańczaków wiążą się następujące wspomnienia, mówi pani Krystyna:

W 1941 roku zachorowałam na zapalenie opon mózgowo – rdzeniowych, leżałam w szpitalu ewangelickim w Warszawie (znajdował się na terenie getta), tam mój wuj był pielęgniarzem. Do zbicia temperatury potrzebny był lód, toteż wuj Stańczaków w kwietniu otworzył parsk z lodem i codziennie przywoził z ulicy Stalowej na Pradze potrzebną porcję do szpitala. Te zabiegi uratowały mi życie. Po miesiącu, gdy odzyskałam przytomność, przychodziły do mnie dziewczynki i pokazywały odrobione lekcje oraz prosiły o wyznaczenie następnego zadania do wykonania.

Pani Krystyna Kwapiszewska starała się wymienić wszystkich uczniów z pierwszego gimnazjalnego kompletu. Chociaż dziś, jak przed laty, lista obecności nie była sprawdzana, wiedziała kto jest obecny, kogo nie ma. Twierdzi, że sprawdzanie obecności było niepotrzebne chociażby dlatego, że w tym zakazanym czasie nauki każde dziecko czuło potrzebę uczestniczenia w „godzinach zdobywania wiedzy”. Zadziwiające jak wytrzymywali to tempo: godziny na kompletach, potem biegli na muzykę albo niemiecki, przywozili ze wsi żywność, handlowali, zatrudniali się dorywczo w różnych zakładach naprawczych, przy remoncie mieszkań, a szczególnie ich odwadnianiu, a po powrocie odrabiali lekcje niejednokrotnie przy lampie naftowej, albo świeczce. Jak sama mówi: „Głód wiedzy rósł wprost proporcjonalnie do trudności jego zaspokojenia”. Było ciężko, ale młodzi nie narzekali. Nie mieli podręczników, ale i tak ze względu na bezpieczeństwo przynosili tylko kartki wyrwane z zeszytu z odrobioną lekcją. Widziała ulotki z tajnej prasy i słyszała informacje pochodzące z ukrytego radia oraz opowieści jak to dumnie przechodzili obok patroli niemieckich, a „serce waliło im jak młotem”, bo pod pazuchą mieli ulotki, a zdarzała się i broń.

Komplety moje, nazywam je ?moje?, bo mimo tragicznych lat stanowiły dla mnie istotny cel życia, wskazywały najlepszą drogę, jaką mogłam w tym czasie kroczyć zgodnie z sumieniem i z możliwościami, przetrwały próbę czasu. Nawet wówczas, gdy Wołomin znalazł się na linii frontu, a potężne działa kolejowe obrzucały miasto gradem pocisków, schyleni uczniowie, z ukrytymi zeszytami na piersiach przybiegali na ulicę Lipińską i pytali, jak należy przetłumaczyć w pewnym miejscu Cezara czy rozwiązać zadania algebraiczne (…). To były wspaniałe dzieci!

Prowadząca komplety Krystyna Kwapiszewska, dnia 28 maja 1945 roku wszystkim swoim uczniom wydała zaświadczenia o uczestnictwie w rejestrowanych kompletach gimnazjalnych w Wołominie i wyprawiła ich w świat. Niniejszy artykuł sprawił, że niektórzy mają okazję powiedzieć jak tą szansę wykorzystali.

1 Komentarz

  1. Pingback: Wspomnienia nauczycielki z szufladki wyjęte | WWL Media

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.