Młodość w Krawcowiźnie

Jest na terenie wschodniego Mazowsza, dawnego powiatu Radzymin, spora, otulona lasami wieś. Nazywa się Krawcowizna. Nie jest to typowa polska wioska, gdzie domy mieszkalne i zabudowania gospodarcze uszeregowano wzdłuż drogi. W Krawcowiźnie obejścia gospodarcze rozrzucone są grupami po kilka rodzin lub pojedynczo na dużej przestrzeni kilkunastu kilometrów kwadratowych, a cała ta powierzchnia to obszary pól uprawnych, łąk, pastwisk i lasów. Zdarzało się, że ktoś zamieszkały na granicy terenu wsi rzadko docierał na skraj przeciwległy. Ja sam wszystkie zakątki poznałem dopiero w czasie okupacji, gdy byłem dorosłym człowiekiem i zajmowałem się sprawami konspiracji.

Mieszkańcy Krawcowizny to kilkanaście grupowych nazwisk rodzin. A więc żyły tam i żyją obecnie rodziny Piotrowskich, Rosów, Białków, Żółtków, Miąskiewiczów, Pacuszków, Beredów, Suchenków i innych.

Z pańskiego powozu na chłopską furmankę

W tej to wsi przyszedłem na świat 10 listopada 1917 roku. Ojciec mój, Stanisław Wierzba posiadał gospodarstwo rolne o powierzchni 29 ha. Było to wówczas gospodarstwo największe nie tylko w Krawcowiźnie ale i w najbliższej okolicy. Niektórzy sąsiedzi nazywali ojca złośliwie „dziedzicem”. A był to taki „dziedzic”, którego ojciec, a mój dziad Antoni Wierzba był stangretem w pobliskim folwarku Równe, przynależnym do całego klucza podobnych majątków w okolicy, stanowiących własność hrabiego Zamojskiego. Stangret to był taki pracownik, którego zadaniem było wozić powozem właściciela folwarku lub zarządcę. Również cała opieka nad końmi należała do stangreta. Za uciułane pieniądze w czasie długich lat służby u „jaśnie pana” kupił Antoni Wierzba w sąsiedniej Krawcowiźnie spory kawał ziemi z budynkami gospodarskimi oraz chatę i od tego czasu przesiadł się z pańskiego powozu na własną chłopską furmankę. W latach późniejszych gospodarstwo to powiększył, dokupując ziemi od sąsiadów. Gospodarstwo moich rodziców a ściślej mówiąc zabudowania gospodarskie, znajdowały się w zachodniej części Krawcowizny na kilkunastohektarowym obszarze pól uprawnych otoczonych ze wszystkich stron lasami sosnowymi i porośniętymi olchą pastwiskami. Najbliższymi sąsiadami były rodziny Jana i Błażeja Pacuszków. Gleba tam licha, ale krajobrazowo otoczenie jest przyjemne. Od wschodu, południa i zachodu pola były otoczone w czasach mojego dzieciństwa wysokopiennymi, sosnowymi lasami.

Niełatwe dzieciństwo

W pogodne ranki, gdy słońce uniosło się ku górze, cała zachodnia, naświetlona ściana lasu błyszczała złotym kolorem pni starych sosen. Obraz ten pojawiał się ponownie przed zachodem słońca z tym że złocił się las od strony wschodniej. Tak majestatycznych borów sosnowych z ogromnymi chojarami już teraz tam nie ma. Wschodnie Mazowsze to kraina płaska, dla wielu może szara i monotonna, ale dla mnie zawsze miła. Tam moje rodzinne strony. Zawsze do nich tęskniłem i zawsze jadę tam z radością. Tam można zobaczyć cały urok wschodu i zachodu słońca, a szczególnie piękno powstającego brzasku przed wschodem. Nawet późna jesień bywa miła. Gdy już liście z olch opadną i staniesz w lesie w dzień bezwietrzny, to możesz usłyszeć tętno własnego serca – taka tam bywała cisza i spokój. Ptactwa śpiewającego było dużo. Dotychczas pamiętam śpiew dudka, kukułki i wilgi, gdy zdarzyło się że te trzy gatunki znalazły się przypadkiem w pobliżu siebie. Przekrzykiwały się wzajemnie do momentu, gdy jedno z tych śpiewaków pofrunęło w dalsze krzaki.

W rodzinie było nas czterech braci i siostra. Kolejno wg. starszeństwa byli: Bronisława, Bolesław, Jan, Wacław i ja najmłodszy. Pewnie jak w każdej rodzinie, jako najmłodszy, bywałem w dzieciństwie trochę wykorzystywany, np. moim stałym obowiązkiem było w Wielką Sobotę pójść rano do kościoła po święcona wodę i ogień. Obowiązek obowiązkiem a było przy tym sporo zabawy. Różnica wieku między mną a Wacławem wyniosła sześć lat i on był jak gdyby moim pierwszym nauczycielem lat dziecięcych. Gdy ja miałem cztery lata od już dziesięć. Prowadził mnie po leśnych zaroślach, pokazywał ptasie gniazdka, uczył zachowania się w takich przypadkach i rozpoznawania ptaka po wielkości i ubarwieniu jajeczek. Do gniazda należało zbliżać się powoli, ostrożnie. Ptak, wypłoszony z gniazda gwałtownie, często nie wracał do jajeczek. Do piskląt powrócił zawsze. Również obaj chodziliśmy na grzyby do pobliskich lasów. O świcie należało wstać i biec w znajome zakątki.

Wydawać się może, iż było to wspaniałe dzieciństwo. O nie. Życie ludzi na wsi w tamtych czasach, również dzieci było bardzo trudne. Nie byłem starszym niż pięcioletnim chłopcem gdy musiałem pasać owce. Ano miałem stadko dwadzieścia kilka sztuk i pilnowałem ich na pastwisku. Wprawdzie lubiłem te zwierzęta. Każde z nich miało swoje imię. Głaskałem je i pieściłem często, ale były chwile kiedy bardzo mi dokuczyły. Tak wkroczyłem w zakres obowiązków dziecka rodziny wiejskiej, obowiązków coraz większych i trudniejszych. Nauka szkolna wcale nie zwalniała od tych obowiązków. Po prostu należało pogodzić jedno z drugim.

Edukacja kosztem wyrzeczeń

Do szkoły poszedłem w ósmym roku życia. Byłem niskiego wzrostu i rodzice uważali, że byłem zbyt mały by chodzić do odległej o trzy kilometry szkoły. Przemierzałem te trzy kilometry przez cztery lata. Piątej klasy nie było w tej szkole. Najbliższa siedmioklasowa była w miasteczku Jadów odległym od Krawcowizny dziewięć kilometrów. W czasach które opisuję, ogromna większość wiejskich dzieci kończyła swoją naukę w czwartej klasie szkoły podstawowej, gdyż tylko takie na wsiach istniały. Szkoły siedmioklasowe ukończyli nieliczni – przeważnie dzieci, które jako dorośli opuszczały wieś.

Tak więc rozpocząłem swój trzyletni marsz do Jadowa. Po godzinie piątej należało wstać, by około szóstej wyruszyć w drogę. Najgorsza była zima. Rano o godzinie szóstej to jeszcze normalna noc. W zamieciach śnieżnych gubiłem czasem drogę, ale do szkoły doszedłem zawsze na czas.

Po skończeniu tej szkoły miałem jeden rok przerwy w nauce. Kończył w tym jeszcze czasie gimnazjum brat Wacław. Rodziców nie stać było na opłacenie nauki w mieście poza domem dwóch synów jednocześnie. Dopiero w 1934 roku zdałem egzamin do Państwowej Szkoły Średniej Techniczno-Kolejowej w Warszawie przy ulicy Chmielnej 88. Tak to już w sposób zdecydowany rozpocząłem swoje odejście ze środowiska wiejskiego.

Szkołę w Warszawie ukończyłem w 1938 roku uzyskując dyplom technika drogowo-budowlanegoz prawem do skróconej służby wojskowej. Powołanie do wojska na Dywizyjny Kurs Podchorążych Rezerwy w Pułtusku otrzymałem w październiku 1938 r. W świecie już wtedy było niespokojnie. W Hiszpanii było już po wojnie domowej, Niemcy zagarnęli Austrię i czeskie Sudety. Wyczuwało się nadciągającą burzę.

Któregoś dnia wczesnym październikowym rankiem odjechałem ze stacji Tłuszcz do Wyszkowa. Na peronie pozostała drobna kobieta, ocierająca łzy rąbkiem chustki. To była moja matka. Z odległej wsi przyszła tak wcześnie by pożegnać najmłodszego ze swoich synów, odjeżdżającego do wojska.

Śródtytuły: Marcin Ołdak

goniec tłuszczański
16 maja 2017

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.