„Niech Bóg ma was w swojej opiece, gdy spotkacie się z sowietami”

2 czerwca 1944 roku wczesnym rankiem nasz dom i całe zabudowania gospodarskie w Krawcowiźnie zostały niespodziewanie otoczone przez silny oddział żandarmerii z Tłuszcza wspierany przez oddział własowców (żołnierze sowieccy w służbie niemieckiej). Jak rzadko kiedy byliśmy wówczas wszyscy w domu całą czwórką. Ja, gdy spostrzegłem wpadających na podwórze żandarmów, próbowałem ucieczki. Przeskoczyłem przez wysoki, szczelny parkan między dwoma stodołami i wpadłem na lufy pistoletów maszynowych żandarmów. Jeden Niemiec zmierzył do mnie z pistoletu maszynowego, drugi zawołał – nie strzelaj. Ja na moment osłupiałem i było już po wszystkim.

Dwóch Niemców wykręciło mi ręce do tyłu i poprowadziło na podwórze. Tam już leżał na murawie związany brat Jan a „Odrowąża” również prowadzono. Wkrótce odnaleziono Bolesława i ułożono związanego obok nas. Niemcy okropnie skatowali naszą matkę i dziewczynę z sąsiedztwa Eugenię Mielczarek, która pomagała w gospodarstwie.

Niemcy szukali „Odrowąża” gdyż tylko on został ujawniony żandarmom. Zauważyłem taki moment, gdy żandarm bijąc po twarzy kijem Eugenię Mielczarek ryknął „Gdzie jest Wacek?”. Widziałem znikomy ruch jej ręki w kierunku „Odrowąża”, gdy w tym momencie matka krzyknęła: „Nie ma tu Wacka”. I ta dziewczyna powtórzyła to samo i mimo bicia, już więcej nic nie powiedziała. A Wacław, porucznik „Odrowąż” leżał związany między nami tylko z fałszywą kenkartą (dowód osobisty w czasie okupacji). Niemcy długo przeszukiwali budynki, ale nic nie znaleźli mimo że przechowywaliśmy w słomianych strzechach dachów nasze rewolwery, granaty i karabin.

Oswobodzenie z aresztu

Była już godzina 15 gdy zawieziono nas do Tłuszcza i osadzono w miejscowym więzieniu. Sytuacja nasza była tragiczna. Szukano „Odrowąża”, który był z nami pod fałszywym nazwiskiem. Nie łudziliśmy się, że Niemcy nie zdołają ustalić tożsamości Wacława, a wówczas wszystkich nas czekała tylko śmierć pod niemieckimi pałami. W ponurym nastroju spędzaliśmy noc w więzieniu.

Około północy więzienie wraz z posterunkiem policji granatowej przy którym znajdowało się to więzienie zostało otoczone przez oddział Armii Krajowej Ośrodka Tłuszcz dowodzony przez podporucznika „Szczapę” (Jan Estkowski). Z hukiem wyłamani drzwi naszej celi i wyszliśmy na powietrze. Akcja trwała krótko. Posterunek policji granatowej milczał, jak również milczał budynek żandarmów niemieckich odległy zaledwie o kilkadziesiąt metrów od naszego więzienia. Byliśmy przygotowani na ponowny najazd żandarmów na nasz dom i gospodarstwo. Normalnie tak bywało. Przyjeżdżali, rabowali co można było zrabować, jeśli spotkali kogoś w gospodarstwie zabijali na miejscu a wszystkie budynki puszczali z dymem. Nie przyjechali. Nie wiem dlaczego. A byli jeszcze w Tłuszczu dwa miesiące. Może bali się odpowiedniego przyjęcia z naszej strony?

Przygotowania do „Burzy”

W początkach lipca przeprowadziliśmy przymusowy pobór bydła z majątku niemieckiego Dzierżanów koło Jadowa. Był to już okres przed „Burzą”. W ten sposób gromadziliśmy zapasy zaprowiantowania dla oddziałów partyzanckich. Bieg wypadków powoli zbliżał nas, akowców wschodniego Mazowsza do końca okupacji niemieckiej. Już w połowie czerwca gdy nocą nasz oddział dowodzony przez Wacława konwojował transport broni zrzutowej ze wsi Jagodne na teren powiatu Ostrów Mazowiecka, byliśmy świadkami nalotu sowieckich samolotów na Siedlce. Słychać było wybuchy bomb. To był znak że Armia Czerwona zbliża się do nas. W lipcu sowiecki zajęli Lublin i ogłosili powołanie Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, tworu spełniającego całkowicie polecenia idące z Moskwy. Nie mogliśmy wówczas wiedzieć jaki los nam historia zgotuje, ale wyczuwaliśmy nadchodzące ciężkie czasy. Mieliśmy już wiadomości o aresztowaniach i wywózce do Rosji naszych oficerów AK z terenu Wilna i Lwowa. To było przygnębiające przeczucie, że oto nadciąga do nas nowa okupacja, tyle że od strony wschodniej. W takich nastrojach ruszaliśmy do akcji zbrojnej, skierowanej przeciwko Niemcom pod kryptonimem „Burza”, zarządzonej u nas w trzeciej dekadzie lipca 1944 roku.

„Niech Bóg ma was w swojej opiece”

Byłem w tym czasie w Wołominie, gdzie zostałem skierowany na stanowisko komendanta miejscowej palcówki. Przebywałem tam zaledwie kilka dni i nie zdążyłem rozpoznać terenu, gdzie przybył goniec od Komendanta Obwodu majora „Joga” z rozkazem natychmiastowego powrotu na teren Tłuszcza i zameldowanie się w uformowanej już kompanii mojego brata porucznika „Odrowąża”. Pamiętam, że gdy żegnałem się z Komendantem Ośrodka Wołomin, ten mi powiedział: „… niech Bóg ma was w swojej opiece, gdy spotkacie się z Sowietami”.

 

Oddział „Odrowąża” odnalazłem pod jego nieobecność w lasach koło wsi Kury. Dowiedziałem się, że mam być zastępcą dowódcy tej kompanii, która była już po pierwszym starciu z Niemcami w okolicy wsi Sulejów. Następnego dnia kompania przemaszerowała w lasy wsi Krawcowizna gdzie spotkaliśmy oddział spadochroniarzy sowieckich w sile sześciu ludzi z radiostacją odbiorczo-nadawczą i majorem jako dowódcą. Wystąpiliśmy z propozycją dołączenia do naszej kompanii. Sowieci chętnie z tej propozycji skorzystali.

Miasteczko Tłuszcz zajęliśmy 30 lipca. Niemcy uciekli w popłochu bez walki. W rejonie Tłuszcza i okolicy operował wówczas batalion AK którym dowodził zawodowy oficer kpt „Poldkowski”. W skład tego batalionu wchodziła nasza kompania w sile około 80 ludzi. W końcowym okresie okupacji niemieckiej stan AK Ośrodka Tłuszcz wynosił około
500 żołnierzy i oficerów. Uzbrojenie wystarczyło jednak tylko dla części tego stanu osobowego.

13 października 2017
goniec tłuszczański

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.