Gorące dni lata 1944 roku

31 lipca nasze oddziały w Tłuszczu zostały zaatakowane przez niemiecki pociąg pancerny skierowany z rejonu Wyszkowa. W ciągu kilku godzin ostrzeliwał nasze pozycje z broni maszynowej i artylerii. Kompania nasza otrzymała zadanie odparcia tego ataku. Major „Jog” zalecał frontalny atak na pociąg. Byłby to prawdopodobnie tragiczny w skutkach dla nas atak. Kapitan „Poldkowski” rozkazał obejście pociągu lasami, wyjście na tyły wroga a następnie atak. W rejonie tym istnieje spory kompleks lasów umożliwiający takie przedsięwzięcie. Decyzja była słuszna.

Niemcy najwyraźniej widzieli nasz przemarsz pobliskimi lasami i bez przerwy nękali nas ogniem artyleryjskim. Porucznik „Odrowąż” prowadził kompanię w szyku luźnym tzw. rojem. Ja z kilkoma żołnierzami szedłem w pobliżu skraju lasu, celem stałej obserwacji Niemców i niedopuszczenia zaskoczenia nas ewentualnym atakiem spieszonego ich oddziału. Niemiecki dowódca pociągu nie wytrzymał nerwowo i wycofał pociąg w kierunku Wyszkowa zanim zdołaliśmy wyjść na jego tyły. Kompania wróciła na swoje pozycje pod Tłuszczem. W akcji tej brał również sowiecki patrol wywiadowczy, który dołączył do nas przed kilkoma dniami w rejonie Krawcowizny.

Odwrót w lasy Fidestu

Tymczasem do naszej kompani dołączył oddział Batalionów Chłopskich dowodzony przez jednego z braci Gotowców, bardzo bojowego, młodego dowódcę. W dniu 1-go sierpnia pojawiły się w rejonie wsi Wólka Kozłowska oddziały niemieckich czołgów. Drugiego sierpnia nasi zwiadowcy ustalili, że niemieckie oddziały pancerne okrążają Tłuszcz. Od strony Mińska Mazowieckiego słyszeliśmy narastający stopniowo huk armat. To front wschodni zbliżał się do Warszawy.

Trzeciego sierpnia major „Jog” zarządził odejście naszych oddziałów z rejonu Tłuszcza w lasy majątku Chrzęsne a dalej w lasy Fidestu koło Wyszkowa. W chwili naszego wymarszu z rejonu Tłuszcza zgłosiłem się do dowódcy sowieckiego oddziału informując go o naszym odejściu z dotychczasowych stanowisk i o kierunku naszego marszu. Oświadczył, że wkrótce uda się za nami. Gdy nasza kompania była już w marszu w kierunku na Chrzęsne spojrzałem na Rosjan. Odchodzili również ze swoich stanowisk, ale w kierunku akurat odwrotnym. Bóg z nimi. Nigdy nie darzyliśmy ich zaufaniem.

Sztab „Rewery” w Malcowiźnie

Dzień naszego odmarszu z Tłuszcza był równocześnie dniem mojego odejścia z oddziału „Odrowąża”. Otrzymałem rozkaz majora „Joga” przejęcia od ppor. Estkowskiego „Szczapy” dowodzenia oddziałem ochrony sztabu pułkownika „Rewery” (Kazimierz Suski). Pułkownik Rewera był wówczas inspektorem Podokręgu Białowieża, do którego należały powiaty województwa warszawskiego po prawej stronie Wisły. Miejsce postoju sztabu znajdowało się ze wsi Malcowizna. To moje nowe zadanie, to były nudy na pudy. Miałem kilkunastu uzbrojonych chłopców i musiałem strzec kilku starszych panów. A tymczasem front wschodni zbliżał się szybko. Już od kilku dni toczyły się zaciekle walki sowieckiego korpusu pancernego z Niemcami w rejonie Wołomina i Radzymina.

Pancerny korpus sowiecki przerwał niemiecki front w rejonie Mińska Mazowieckiego i runął wprost na Warszawę. Ten fakt przypuszczalnie przyspieszył wybuch powstania warszawskiego. Sowiecki zagon pozbawiony zaopatrzenia i wsparcia piechoty nie wytrzymał kontrataków niemieckich, Sowieci, z braku paliwa okopywali swoje czołgi i z takich pozycji walczyli z Niemcami. Zostali rozbici, rozproszeni i wzięci do niewoli. W tym czasie rejon Tłuszcza i okolic został nasycony silnie oddziałami niemieckimi. Nie wiedzieliśmy wówczas że tu właśnie, w rejonie naszego działania na przedpolach Wołomina i Tłuszcza Niemcy organizują swoją pierwszą linię obrony Warszawy. W tej sytuacji płk. „Rewera” wydał rozkaz w dniu 6 sierpnia tymczasowej demobilizacji AK na podległym mu terenie. Walka z Niemcami w ramach akcji „Burza” została przerwana.

Znów w rękach Niemców

Niemcy już budowali linię obronną w naszych stronach. Między naszą Krawcowizną a Białkami i Sulejowem budowano okopy i gniazda karabinów maszynowych. Niemcy wyłapywali młodych mężczyzn i odstawiali ich na tyły frontu. W takich okolicznościach, przez własną nieostrożność wpadliśmy obaj z „Odrowążem” w ręce niemieckiej żandarmerii polowej. Wywieźli nas obu razem z chłopami okolicznych wiosek do Dąbrówki koło Radzymina i tam zamknęli w prowizorycznym obozie, zorganizowanym w obejściu jednego z miejscowych gospodarzy. Byliśmy pilnie strzeżeni.

Pobyt tam stanowił dla nas obu z „Odrowążem poważne zagrożenie. Kilka tygodni wcześniej byliśmy aresztowani i odbici z więzienia, posługiwaliśmy się fałszywymi dokumentami. Ludzie przetrzymywani z nami znali tylko nasze faktyczne nazwiska a równocześnie znali dobrze nasze niedawne przeżycia i udział w partyzantce. Świadoma denuncjacja była mało prawdopodobna, ale mógł ktoś dekonspirować nas zupełnie przypadkowo. Dlatego od pierwszego momentu internowania postanowiliśmy uciekać. Niemcy, w tych prymitywnych warunkach pilnowali nas jednak dobrze.

Wielka ucieczka

Któregoś dnia gdy stałem samotnie niemiecki wartownik podszedł do mnie i powiedział zupełnie poprawnie po polsku „nie próbuj uciekać, bo Cię zastrzelę”. Przejrzał mnie dobrze. Drugiego dnia naszego pobytu w Dąbrówce nadleciał sowiecki samolot i ostrzelał nas z działek pokładowych. Odrowąż został trafiony małym odłamkiem poniżej kolana. Rana niby nie groźna ale wykluczyła jego ucieczkę. Odrowąż miał nadzieję, że Niemcy pozwolą mu zatrzymać się u miejscowego lekarza, który był jego kolegą z lat szkolnych. Ten lekarz wyraził gotowość przyjęcia do siebie rannego. W tej sytuacji ustaliliśmy, ze będę szukał możliwości samotnej ucieczki.

Postanowiłem uciec w biały dzień podczas zmiany warty. Ta ceremonia znana mi z czasów służby wojskowej odbywała się u nich jak w czasie pokoju. A więc zbiórka na podwórzu starej warty naprzeciw warty nowej, prezentowanie broni, salutowanie itd. Moi towarzysze niedoli gapili się na to wszystko a wartownicy na posterunkach również. W takiej to scenerii wziąłem do ręki stojące przy stodole wiadro i na oczach wszystkich poszedłem wolno do mieszkania gospodarzy. Nikt mnie nie pytał gdzie i po co idę, nikt mnie nie zatrzymał. W chacie wiadro zostawiłem a żonę gospodarza poprosiłem żeby wyszła razem ze mną na drogę co też z chęcią uczyniła. Na drodze podziękowałem mojej gosposi i przepadłem w polach między zbożami. Byłem wolny. To była moja druga ucieczka w tej wojnie nie licząc odbicia z więzienia w Tłuszczu.

21 Listopada 2017
goniec tłuszczański

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.