Dnia 12.VIII.20 r. Wileński pułk Strzelców I Lit. Białoruskiej Dyw. przybył marszem ubezpieczonym z nad Liwca w rejon Kobyłki, Turów, Nadarzyn, gdzie rozkwaterował się i przeszedł do odwodu I-ej Armji. Pozostałe pułki I-ej Lit. Bial. Dywizji: Miński, Grodzieński i Nowogrodzki — dnia 12 i 13.VIII były w ciągłej styczności z nieprzyjacielem; ostatecznie jednak dnia 13.VIII, pod wieczór, przeszła cała dywizja do odwodu I-ej Armji. Wileński pułk (jak i inne pułki I Lit. Biał. Dyw.) miał poza sobą ciężkie walki i duże straty. Dywizja z. uporem walczyła podczas odwrotu pod Leplem, Pysznem, Czernicą, Dokrzycami, nad Berezyną, na starych pozycjach niemieckich, nad Niemnem, była osaczona i przebiła się pod Rosią, stoczyła walki nad Narwią, Orlanką, w okolicy Brańska, nad Nurcem i w okolicach Ciechanowa. Ludzie byli wyczerpani ciągłemi wałkami i forsownemi marszami. Stan bojowy pułku dn. 12.VIII wynosił 18 oficerów i 520 bagnetów. Były kompanje nie liczące więcej niż 30 bagnetów. Żołnierze maszerowali w podartych mundurach, często boso, z wystrzępionemi daszkami u czapek, z brudnemi, połatanemi torbami, mając zamiast menażek jakieś garnki lub kubki przewieszone na sznurach przez ramię. W taborach pozostało kilkudziesięciu żołnierzy, którzy byli na kilka dni niezdolni do marszu; mieli pokaleczone i odparzone nogi. Ponadto pułk liczył wielu żołnierzy „zaginionych”, którzy z powodu silnego wyczerpania, jak to się w ostatnich tygodniach zdarzało, musieli podczas przerwy w marszu gdzieś zasnąć przy drodze, czy na stanowisku, nie słyszeli rozkazu i gdy charakter odwrotowy walk i marszów zmusił oddziały do szybkiego odejścia, pozostawali odcięci. Tacy jednak zazwyczaj wracali do oddziałów, klucząc często po lasach i przekradając się obok oddziałów bolszewickich.

Lekarzem pułkowym Wileńskiego pułku Strzelców i zarazem lekarzem I baonu byłem ja, naówczas w stopniu porucznika, lekarzem II baonu — por. Tennenbaum, a III baonu — pchor. san. Strzemecki. W każdym Baonie przy lekarzu był jeden podoficer sanitarny i 3—4-ch sanitarjuszy. Podoficerowie sanitarni byli dobrze przeszkoleni, większość z nich miała doświadczenie jeszcze z wojny światowej. Sanitarjusze zdobywali wiadomości praktyczne podczas marszów i bitew, nie było czasu na szkolenie ich teoretyczne, dobierani byli z ludzi słabszych lub ozdrowieńców po odniesionych ranach i kontuzjach. Wobec liczebnie słabego stanu kompanij, rzadko która z nich miała pełny patrol sanitarny. Przy lekarzu bataljonowym był jeden wóz sanitarny, materjałowy, i 3—4 wozy krajowe do przewożenia rannych. Pozatem w taborze pułkowym miałem zapas materjalu opatrunkowego na jednym wozie. W materjał ten zaopatrzyłem się w Pysznie, gdzie, wskutek nagiego natarcia bolszewickiego, nie zdążył ewakuować się całkowicie szpital polowy i pozostawił dużo środków opatrunkowych i sprzętu. Nosze nasze najczęściej były porobione we własnym zakresie i własnym sumptem.

Wileński pułk oczekiwał na uzupełnienie stanów i ekwipunku. Po mimo znużenia fizycznego nastrój wśród żołnierzy był dobry. Spodziewano się, że nieprzyjaciel zatrzyma się przed naszemi umocnionemi pozycjami, że będziemy mieć jakiś, choćby krótki, odpoczynek. Nie było sądzone jednak pułkowi długo odpoczywać. Zanim przyszły uzupełnienia pułk znowu musiał iść w bój. Nieprzyjaciel dnia 13-go sierpnia przerwał nasze pierwsze linje obronne i zajął Radzymin.

W nocy z dnia 13 na 14 sierpnia zostałem nagle zbudzony przez swego sanitarjusza. Pułk został zaalarmowany i ruszał znów w drogę przed świtem. Nie wiedzieliśmy dobrze, dokąd idziemy. Dopiero gdy po osiągnięciu szosy Marki—Radzymin, pułk skręcił w kierunku Radzymina, stało się jasne, że idziemy w bój, celem wyrzucenia nieprzyjaciela z świeżo za jętych pozycyj i odebrania Radzymina.

Na szosie Marki—Radzymin był duży ruch: pełno wozów załadowanych, samochodów, szły jakieś oddziałki ochotnicze dobrze wyekwipowane, błyszczące nową bronią, zauważyłem liczne godła Czerwonego Krzyża na domach przydrożnych i samochodach sanitarnych.

Te spostrzeżenia dodały mi otuchy. W czasie naszego odwrotu z początku czołówki sanitarne łatwo nawiązywały z nami łączność i ewakuacja rannych odbywała się bez przeszkody. Jednak pod koniec bardzo często nie wiedziałem, dokąd mam ewakuować rannych i często musiałem wozy z rannymi wysyłać wtył, w niewiadomym kierunku. W takich warunkach pracy 3—4 wozy krajowe do ewakuacji rannych przy bataljonie nie wystarczały, raczej często wozów było za mało. Jako lekarz I Baonu, zważywszy duże odcinki, na których działały Baony, rzadko mogłem występować w roli lekarza pułkowego i regulować ewakuację rannych w ramach pułku. Zagadnienie ewakuacji ciągle mię jednak trapiło, gdyż w ostatnich tygodniach dość często nie wiedziałem gdzie się znajduje czołówka sanitarna podczas bitwy. Tu na drodze Marki—Radzymin, mimo, że szef sanitarny nie zdążył wydać rozkazów dotyczących ewakuacji, nabrałem przekonania, widząc liczne formacje sanitarne, że łączność będzie z nimi nawiązana. Nadzieje nie były płonne: pomoc okazywana przez czołówkę sanitarną przeszła moje oczekiwania. Czołówka sanitarna kolejowa na linji wąskotorowej, biegnącej tuż przy szosie Marki—Radzymin, podchodziła, jak się potem okazało, nietylko do samych naszych pozycyj wyjściowych, ale podczas posuwania się naprzód naszych oddziałów, starała się za niemi podążać. Dzięki tej wydatnej pomocy miałem wszystkich rannych, których udało się wynieść z ognia, zaraz umieszczonych w wagonach i ewakuowanych.

Dzień był pogodny i ciepły. Maszerowaliśmy dalej w kierunku Radzymina. Na szosie panował duży ruch: widać było wozy ładowne, powozy, samochody ciężarowe i osobowe, wojskowe i cywilne. W polu zauważyłem pozycje artylerji ciężkiej, następnie lekkiej. Ludność cywilna zajęta była kopaniem rezerwowych rowów strzeleckich. Uwijali się gęsto harcerze i jacyś ochotnicy w cywilnych ubraniach z opaskami na ramieniu, zapewne straż obywatelska. Pełno było ciekawych obojga płci, którzy przyjeżdżali tu własnemi powozami i samochodami. Bliżej frontu spotkaliśmy licznych oficerów cudzoziemskich: widziałem Anglików, Włochów, a przedewszystkiem Francuzów.

Dotarliśmy wreszcie do naszych wyjściowych pozycyj; był to lasek, ciągnący się na piaszczystych wzgórzach po obu stronach szosy. Na skraju lasu ciągnęły się rowy strzeleckie i słabe zasieki z drutu kolczastego. Z lizjery lasu widać było — na pierwszym planie rozmokłą łąkę, a następnie uprawną równinę, ciągnącą się aż po Radzymin. Po prawej stronie szosy, w oddaleniu 2-ch kilometrów, ciągnęło się ciemne pasmo lasu, a za nim widoczne były kominy cegielni. Za lasem była wieś Ciemna, znajdująca się w rękach bolszewickich. Do Radzymina, znajdującego się również w ręku bolszewików, było 6 kilometrów.

Dowiedziałem się, że cały nasz pułk wraz z 46 p. p. ma uderzyć w kie runku na Radzymin wzdłuż szosy. Plan ewakuacji był jasny — wtył szosą, po osi Radzymin—Marki, do czołówki sanitarnej kolejowej, która się do nas zbliżyła. Były to wagony kolejki wąskotorowej, osobowe a przeważnie towarowe, przystosowane do ewakuacji rannych i do okazywania im pomocy.

Punktów baonowych nie rozwijałem, gdyż wiedziałem, że ruszymy naprzód. Ponieważ cały teren na naszem przedpolu był odkryty, pozbawiony zasłon, a nieprzyjaciel miał wgląd z lizjery lasu Ciemna, przeto postanowiłem w pierwszej fazie naszego natarcia zatrzymać się na podstawowej pozycji u wylotu szosy, następnie, z chwilą rozwinięcia się natarcia, po suwać się poszczególnemi punktami opatrunkowemi za swemi baonami, a w chwili natarcia na Radzymin rozwinąć punkty w Cegielni, względnie w Ciemnem. O godzinie 10-ej rozpoczęło się nasze natarcie. Opór nieprzyjaciela pod m. Ciemna, złamał szybko Wileński pułk Strzelców; 46 p. zajął m. Cegielnia. Natarcie szło następnie na Radzymin, który został zajęty o godzi nie 12-ej. Z chwilą osiągnięcia przez nasze oddziały lizjery lasu Ciemna, ruszyłem wzdłuż szosy w kierunku na Radzymin. Po drodze udzielałem pomocy rannym, odchodzącym i transportowanym ku tyłowi, lecz zbyt długo nie mogłem się zatrzymywać. Zaczęły nadchodzić grupki jeńców bolszewickich, eskortowanych przez naszych wileńczuków. Dwóch jeńców bolszewików ciągnęło na małem wózku jakiegoś komisarza bolszewickiego rannego w nogę. Opatrzyłem go naprędce. W czasie opatrywania powiedział mi, że jest płatnikiem, że przyjechał do Radzymina z wypłatą poborów i że został wzięty do niewoli. Mówił jednak nieprawdę, chcąc skryć widocznie właściwą swą funkcję. W trakcie tego przybliżyli się, maszerując szparko po szosie, jako jeńcy pod eskortą, dwaj oficerowie bolszewiccy, sądząc po lepszem umundurowaniu. Byli widocznie podnieceni, lecz na twarzach ich odbijało się zadowolenie, że dostali się do niewoli. Gdy zrównali się z rannym komisarzem, jeden z nich zakrzyknął po rosyjsku „ach i ty tu jesteś komunisticzeskaja swołocz, już my tobą zaopiekujemy się i będziemy twojemi aniołami stróżami”. Wózek z rannym potoczył się dalej po drodze, a obok niego pomaszerowali bolszewiccy oficerowie, wciąż coś rannemu dogadując.

Pociąg sanitarny z czołówką wyjechał przed nasze wyjściowe pozycje, co znacznie ułatwiło ewakuację. Niebawem jednak położenie bojowe zmieniło się na naszą niekorzyść. Nieprzyjaciel uderza od zachodu na m. Cegielnię, a od wschodu na m. Ciemna i na Cegielnie. Oddziały nasze, zajmujące Radzymin, otrzymują ogień z tyłu. Muszą się prędko wycofywać z miasta i przebijać przez nieprzyjacielskie szeregi wzdłuż szosy, aby ostatecznie dostać się na nasze wyjściowe pozycje. Odwrót odbył się w ciężkich warunkach. Z lizjery lasu Ciemne posypały się gęste strzały karabinowe na szosę, zabijając i raniąc wielu z pośród ustępujących żołnierzy.

Widząc nasze niepowodzenie, zawróciłem z wozami i zbierałem po spiesznie, nawet bez nałożenia opatrunku, padających na szosie rannych. Pociąg, widoczny dla nieprzyjaciela, również został ostrzelany i zaczął się pomału cofać, a ranni co chwilę do niego napływali. Ranni padali tuż koło pociągu na szosie. Idąc z księdzem kapelanem widziałem, jak krzyknął jeden z żołnierzy tuż koło wolno cofającego się pociągu i osunął się ciężko na ziemię; został widocznie ranny w klatkę piersiową. Zawołałem na spieszących obok żołnierzy, aby podnieśli rannego i umieścili go w pociągu. Żołnierze chwilkę zawahali się. Wówczas, jak kula, spadła ze stopni pociągu jakaś siostra wolontarjuszka, szczupła blondynka, podskoczyła do rannego i, nie bacząc na wątle siły, dźwignęła go całkowicie z ziemi. Podskoczyli natychmiast żołnierze i pomogli umieścić rannego w pociągu.

Widziałem Dowódcę dywizji, generała Rzątkowskiego, jak z karabinem w ręku zagrzewał do przeciwnatarcia. Około godziny 13-ej oddziały walczące wycofały się jednak na naszą wyjściową pozycję (2-gą obronną przedmościa Warszawy) i zatrzymały natarcie nieprzyjaciela. Wileński pułk stracił w tym dniu 4-ch oficerów i około 100 szeregowych zabitych i rannych.

Reszta dnia upłynęła na ogół spokojnie. Przychodziło z Warszawy dużo ludzi, zwłaszcza pań z Czerwonego i Białego Krzyża, niosąc rannym żołnierzom papierosy i czekoladę. W jednym wypadku jakiś dygnitarz cywilny chciał nawet koniecznie ofiarować rannym flaszkę wódki. Ponieważ stałem z wozami tuż przy szosie, wszyscy ci poczciwcy kierowali się do mnie i domagali się przyjęcia ich darów. Byli bardzo zawiedzeni, gdy im oświadczyłem, że rannych nie mam na wozach, że zaraz ich ewakuowałem, z czego się niezmiernie cieszę; zostawiając tylko niewielką ilość papierosów, radziłem im, by resztę darów ofiarowali zdrowym żołnierzom, lub zostawili w formacjach sanitarnych, pracujących na tyłach.

Takiego pomieszania wojska z „cywilami” na froncie nie widziałem, ani przedtem ani potem. Byli też u nas generał Żeligowski, gen. Haller i wielu posłów do Sejmu.

Noc z 14.VIII na 15.VIII przeszła na naszem odcinku spokojnie. Dnia 15.VIII gotowaliśmy się znów do natarcia na Radzymin, mając zapewnioną pomoc na naszem lewem skrzydle przez oddziały 10-ej Dywizji piechoty, które już w nocy walczyły o pozycje wyjściowe, celem rozwinięcia swego uderzenia w kierunku na Radzymin. O godzinie 6-ej rozpoczęło się nasze natarcie wzdłuż szosy, wspomagane przez lekkie czołgi, które nadeszły w ciągu nocy. Przybyło też uzupełnienie, które pokrzepiło przerzedzone szeregi naszego pułku. Z uzupełnieniem przybył żołnierz młody, nieostrzelany, ale przepojony zapałem i poświęceniem, przeto w natarciu starał się dorównać starym wygom. Ill Baon zajął niebawem lizjerę lasu Ciemna i wyrzucił w walce na bagnety nieprzyjaciela w kierunku na m. Ciemna; I-szy Baon zajął m. Cegielnie i posunął się w kierunku Radzymina, na który wykorzystywał też swe powodzenie w natarciu III-ci Baon. Przesunąłem się w tym momencie do krzyża przy drodze z szosy na Słupno. Wobec ciągle niepewnej sytuacji bojowej nie mogłem rozwinąć punktów baonowych, gdzieś bliżej Radzymina. Rannych było mniej niż poprzedniego dnia. Ewakuowałem za pomocą wozów, które podczas chwilowych przerw w boju wysuwały się na szosę poza 2-gą linje bojową.

Około godz. 1-ej znów był Radzymin zajęty przez nas, lecz nieprzyjaciel przeszedł do energicznego przeciwnatarcia i wyrzucił o godzinie 13-ej Wileński pułk z miasta. I-szy Baon zatrzymał się wówczas między m. Wioska a m. Cegielnia, cegielnię zaś i skraj lasu na południowy-zachód od Ciemnej trzymał 2-gi i 3-ci Baon Wileńskiego pułku Strzelców. Między godziną 19-tą a 20-tą Wileński pułk skierował swe natarcie na wieś Ciemna, która o zmroku została zajęta. Po zajęciu Ciemnej rozwinąłem tam punkt opatrunkowy. Nieprzyjaciel poniósł duże i krwawe straty, załamał się psychicznie i niezdolny był do przeciwuderzenia.

Radzymin, o który Wileński pułk krwawił się prawie dwa dni, został zajęty przez 30 pułk piechoty prawie bez walki. Nieprzyjaciel próbował walki jeszcze w ciągu nocy, nad ranem przeszedł do energiczniejszego przeciwnatarcia na Radzymin, lecz natarcie to rychło się załamało. Rano dnia 16.VIII Wileński pułk Strzelców rozwinął swe natarcie na Janków Stary i Helenów, zadając nieprzyjacielowi duże straty i osiągając I-szą linję obronną przedmieścia Warszawy, tę linję która była utracona dnia 13.VIII.1920 roku.

Jan Bularski (1889-1943)
1936

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.