Walki krwawe o Radzymin pod Warszawą 1920 r.

Dzień 13-ty sierpnia. Z tą chwilą rozpoczyna się główna faza walk o Warszawę. Oddziały nasze po długim odwrocie z pod Kojowa koncentrują się pod Warszawą, by tutaj nareszcie położyć kres tej żmudnej wędrówce i silnem przeciwnatarciem odrzucić wroga z pod murów zagrożonej stolicy. Wileński pułk koncentruje się w Pustelnikach i zajmuje pozycje obronne w lesie i na skraju lasu
z lewej i prawej strony szosy z Marek w kierunku na Radzymin.

Nad ranem bolszewicy w przeważającej liczebnie sile uderzają do ataku. Część naszych oddziałów stawia im czoło, broni się zapalczywie i stara się opanować Radzymin. Jednak bezskutecznie. Bolszewicy w sile jednej dywizji biorą przewagę i pod wieczór wypierają nasze oddziały z co dopiero zajętego Radzymina. Mija noc. Następnego dnia przed południem pułki litewsko-białoruskiej dywizji przygotowują się do przeciwnatarcia. Wileński pułk — dotychczas w odwodzie — wyrusza z pomocą 45 pułkowi, który w pierwszej linji atakuje Radzymin. Atak, prowadzony wzdłuż szosy i z wielkim naporem, udał się. Radzymin został zajęty, lecz nie na długo. Nagle opanowuje bolszewik nasze skrzydła i flanki i tem samem przygniata oddziały, znajdujące się w Radzyminie i okolicy. Po ciężkiej walce przebijają się nasze oddziały przez szeregi bolszewików, a tracąc przytem dużo zabitych i rannych, cofają się na II pozycję. W walce tej legł śmiercią bohaterska d-ca I btl. wileńskiego pułku, śp. kpt. Downar Zapolski. Późno w noc rusza mały oddzialik po zwłoki tego niezrównanego szermierza i bojownika o sprawę polską, gdyż niemożliwem było zabrać je natychmiast. Lecz w jakim stanie je napotkano? Obdarte, ograbione z wszystkiego. Bolszewickie bydło nawet zwłok nie umiało uszanować. Strata bolesna tego męża wryła się głęboko w serca osieroconego żołnierza, którego był troskliwym ojcem i opiekunem.

Dzień 15 sierpnia. Niedziela, święto Wniebowzięcia Niepokalanej Królowej Korony Polskiej. Poranek cudny. Niebo zdaje się uśmiechać do nas wszystkich, a Królowa Niebios błogosławić zgóry. Naczelne dowództwo naszych oddziałów robi przygotowania do trzeciego i ostatecznego ataku na Radzymin. Obejmuję dowództwo 2-giej kom. wileńskiego pułku strzeleckiego po por. Partyce. Po odśpiewaniu modlitwy porannej i prośbie do Najwyższego o zwycięstwo ruszamy naprzód. Przed nami płaszczyzna z wyjątkiem małych uwypukleń w terenie. Miasto Radzymin widać jak na talerzu. Cisza, spokój.

Żołnierz idzie z zapartym oddechem w piersiach, lecz raźno i odważnie. W połowie drogi zasypują nas bolszewicy gradem pocisków, przechodząc do kontrataku. Wydaję rozkaz strzelania: zaczynają działać czołgi. Pod obroną tej broni udaje mi się dotrzeć do Wioski Radzymińskiej. Żołnierze zagrzani, nie bacząc na rany i obficie spływającą krew, idą brawurowo naprzód, rażąc bolszewika ogniem karabinowym. 2 czołgi z powodu defektu zostały unieruchomione, idą jeszcze tylko trzy. Ogień huraganowy. Bój rozpętał się straszny; jęki rannych, wołania konających, świst kul karabinowych, huk armat, wszystko to zlewa się w jeden wielki lament. Docieramy do Radzymina. Bolszewickie hordy pod bohaterskim naporem naszych żołnierzyków ustępują pola; załamują się ich szeregi; sypie się tego jak mrowia, całemi kolumnami zawracają i uciekają w popłochu, rzucając broń i amunicję. Nasz żołnierz do szturmu uderza, bezlitośnie kładzie, co napotyka na drodze. Dowódcy oddziałów nie są w stanie powstrzymać tupetu żołnierza; żaden głos, żadna komenda nie skutkuje, żołnierz, zagrzany bojem, jedzie na bolszewickim grzbiecie, rwie, bije i przebija bagnetem bez litości.

Dochodzimy do rynku, ludność wylęga na ulicę, składając błagalnie ręce z radością w sercu, prosząc o wytrwałość i zwycięstwo naszych bohaterskich oddziałów. Cywile łączą się z nami i z czem kto może, gnają bolszewika bez upamiętania. W gardle zasycha, tchu braknie, słońce piecze, nic to wobec odniesionego co dopiero zwycięstwa. Dziewoje radzymińskie wynoszą mleko, herbatę, chleb, kiełbasę, by chociaż w cząstce pokrzepić upadającego z wyczerpania żołnierza naszego.

Wypadamy poza miasto. Nagle dostajemy z tyłu ogień karabinowy, to żydzi z miasta prażą do nas. Wysyłam 2 sekcje na uśmierzenie napastników. Pociski armatnie uderzają 10 kroków od naszego rowu; sytuacja staje się niebezpieczną. Nareszcie dochodzi mnie rozkaz: „odwrót” ! Rozczarowanie, ale trudno, trzeba wykonać. — Bolszewicy ostrzeliwują nas szrapnelami, zachodzą na skrzydła, jazda bolszewicka ukazuje się nagle na naszych tyłach. Pod tak gwałtownym naporem nieprzyjaciela trzeba było zająć pozycję za Wioską Radzymińską. Dopiero późnym wieczorem przy współdziałaniu naszej całej artylerji udało nam się ostatecznie opanować nieodzownie Radzymińską okolicę.

16, 17 i 18 sierpnia staczaliśmy jeszcze dalsze walki w Starym i Nowym Jankowie, pod Helenowem i na tem skończyły się nasze zmagania się z nawałą bolszewicką pod Warszawą. Bolszewicy, osadzeni i zamknięci przez nasze armje do worka, musieli skapitulować i raz na zawsze wyrzec się Warszawy. Połów dla nas, Polaków, był obfity, bo dziesiątki tysięcy bolszewików wraz z taborami, bronią i amunicją dostały się w nasze ręce.

Drwęca
R. 11, nr 94, 15 sierpnia 1931

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.