Amerykański interes na warszawską modłę

I są ludzie, którzy mówią, że nam jeszcze daleko do amerykańskiej… przedsiębiorczości z wszystkiemi zaletami i wadami. Tymczasem jako żywo nieprawda! Znajdziecie bowiem nawet w Warszawie ludzi, którzy są „smart” (rzutcy) i lubią cy zrobić dobry „business” (interes), bez względu na to, czy strona przeciwna nie wyjdzie źle na ich rzutkości oraz na tym interesie. Ostatniemi tygodniami sporo zaczęto pisać w prasie i mówić na mieście, że ktoś, bardzo pomysłowy i energiczny, chce stworzyć niedaleko Warszawy kolonię dla rodzin niezamożnych, pobudowaną systemem amerykańskim, oddaje zatem „loty” czyli parcele bardzo tanio i za niewielką sumę, upłacaną amortyzacyjnie, godzi się chętnie pobudować na owej parceli domek.

Jak widzimy z pogłosek w prasie, z gawędek ustnych owo przedsięwzięcie zapowiadało się bardzo poważnie, nosząc na sobie znamię nietylko spekulacyi prywatnej, ale i roboty społecznej. Gdyby bowiem udało się stworzyć jedną osadę w powyższym zakresie, możnaby względnie szybko drogą praktyczną rozwiązać następnie takie zagadnienia palące, jak drożyzna mieszkań w Warszawie; jak usunięcie mieszkań niehygienicznych, drobnych, ciasnych, w ulicach zbyt ludnych i źle przewietrzanych; jak wreszcie dostarczenie klasom z pracy rąk żyjącym, lecz mogącym oszczędzać drobną choćby sumkę, własnych ognisk domowych. Jedno powodzenie, jedna osada, zabudowana, zaludniona, rozwijająca się pomyślnie, dałaby pobudkę do tworzenia innych, podobnych osad. Otoczyły by one w krótszym lub dłuższym promieniu całą Warszawę, połączone z metropolią bądź komunikacyą kolejową, bądź tramwajową, lecz zawsze o tyle szybką, dogodną i systematyczną, by umożliwiła ona codziennie ojcom rodzin przybycie do Warszawy i pracę w fabryce, czy w kantorze na kawałek chleba, pod wieczór zaś powrót pod strzechę domową.

Mając więc na względzie dokładne poinformowanie publiczności, wysłaliśmy, celem zbadania sprawy na miejscu, jednego z naszych najzaufańszych współpracowników do Wołomina, przy tej bowiem stacyi kolei Petersburskiej leżą owe parcele pod nazwą Wołominka. A teraz odstępujemy głos delegatowi Niwy:

Wołominek leży w odległości 16-tu wiorst od Warszawy. Tuż przy torze, po lewej stronie, rozciągają się owe grunta, przeznaczone na parcele. Właścicielem ich jest p. Grancow, piekarz z Warszawy.

Grunta owe pozostały po wyciętym lesie. Składają się one z piasków, które pozbawione wszelkiej roślinności, ogołocone z lasu, nie zasilane wodą bieżącą, przypominają Saharę, zrażają swą oschłością i krajobrazem nad wyraz posępnym. W pośrodku tych gruntów widnieją ruchome, przerzucane wiatrem z miejsca na miejsce góry piaszczyste, podobne do tych, jakie przed laty unieszczęśliwiały pod mianem „łysych gór” tę okolicę, gdzie się dzisiaj buduje Nowa Praga. Grunt nigdy nie był zasiewanym, gdyż na takiej ziemi, spalonej niby popiół, nic się rodzić nie może i potrzeba przynajmniej dziesięciu lat ciężkiej pracy, tudzież sporego nakładu pieniężnego, by taki piasek na rodzajną zmienić rolę.

Szosa przebiega od tej miejscowości dopiero o parę wiorst.

Jedyne urozmaicenie dla oka tworzy mały lasek sosnowy, rosnący po prawej stronie gruntów, korzystać przecież z niego niepodobna, gdyż należy on do chłopów, którzy, jak wiadomo, zazdrośnie strzegą swych lasów.

P. Grancow podzielił posiadłość na jednakowe parcele po 10,000 łokci liczące, powytykał ulice (zupełnie jak w Ameryce robią kompanie, handlujące „lotami”), zaprojektował ich nazwy i czeka na nabywców, którym obiecuje sprzedawać ową ziemię prawdziwie za bezcen. Posłuchajcie! Po jednej kopiejce, tak! po kopiejce za łokieć kwadratowy. Istotnie z pozoru jest to niemal darowizna. Za sto rubli możecie nabyć parcelę o 10,000 łokci; możecie nawet, jeżeli nie posiadacie tyle gotówki, tymczasowo spłacać po pięć rubli miesięcznie, dodając dziesięć rubli procentu na czas spłaty.

Gdy jednak porachujemy, ile łokci zawiera mórg, oraz ile morgów mieści się w jednej włóce, przekonamy się czarno na białem, iż p. Grancow umie dobrze rachować, umie po amerykańsku robić interesy, chce bowiem za włókę piasków, wartującą najwyżej kilkaset rubli, wziąć koło pięciu tysięcy.

Przytem są tam warunki, które nakładają niebezpieczny na nabywców parceli haracz. Pomijam już tę okoliczność, iż p. Grancow widocznie zakochany w amerykańskiej jednostajności wymaga, by domki budowano nie w środku parceli, lecz według jego planów w miejscu, przez niego naznaczonem, ale co gorsza żąda, by każdy mieszkaniec wyłącznie u niego zaopatrywał się w pieczywo, tudzież w inne produkty spożywcze. Tego już w Ameryce niema, wątpię też, czy i u nas w Europie zgodziłby się ktokolwiek na poddanie się takiemu monopolowi, zakazanemu zresztą przez prawo.

Tyle współpracownik Niwy. Z jego sprawozdania ścisłego, spisanego na miejscu, widzimy niestety, że zamiary p. Grancowa są zamkami na lodzie czyli, jak w tym wypadku, zamkami na… piasku. Ani miejscowość bowiem, ani warunki materyalne, ani utrudniona komunikacya nie przemawiają do budowania na owych parcelach domków systemem amerykańskim. Nie znaczy to przecież, by myśl sama przez się nie była dobrą. Przeciwnie, przy szalonym rozroście Warszawy nasuwa się ona każdemu, kto zna wielkomiejskie stosunki zagraniczne i metody łagodzenia różnic klasowo-ekonomicznych. Kto ma własny dach nad sobą, ten spogląda o wiele pewniej i bezpieczniej w przyszłość, aniżeli jednostki, które co miesiąc płacą czynsz wysoki i co miesiąc zmieniają mieszkanie.

Niwa – dwutygodnik naukowy, literacki i artystyczny
R.24, nr 19 (24 sierpnia 1895)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.