Kolejny ciekawy fragment wspomnień Antoniego Marianowicza z okresu okupacji, w którym porusza temat pozyskiwania bezcennych “dokumentów ze stemplem Waffen-SS”.

Po tamtym dramatycznym napadzie na kasę, kiedy ujawniły się lęki ukrywających się Żydów, Niemcy jeszcze wzmogli rygory bezpieczeństwa. Dało to mnie i Helence okazję do wyświadczenia przysługi ludziom z ruchu oporu.

Okazuje się, że prawdziwe jest stare porzekadło: najciemniej jest pod latarnią… Potrzeba ochrony niemieckich transportów okazała się znakomitą okazją do wyrobienia dokumentów dla ludzi, których Niemcy z różnych powodów poszukiwali.

Antoni Marianowicz urodził się 23 grudnia 1923 r. w Warszawie jako Kazimierz Jerzy Berman, w zasymilowanej rodzinie żydowskiej wyznania ewangelicko-reformowanego. Ukończył Gimnazjum im. M. Reja w Warszawie, dużą maturę zdał na tajnych kompletach w 1941 r. w warszawskim getcie, gdzie rozpoczął też studia prawnicze na kursach adwokata Mieczysława Ettingera. W lipcu 1942 r. wraz z matką wydostał się z getta i używając dokumentów na nazwisko Mieczysław Chmielewski, a potem Antoni Marianowicz pracował dłuższy czas w hucie szkła w Wołominie. Swoje wojenne losy opisał w wydanej w Spółdzielni Wydawniczej “Czytelnik” książce Życie surowo wzbronione.
Akcje dywersyjne były wtedy coraz liczniejsze, wymierzone przede wszystkim w niemiecki transport. Wagony załadowane butelkami narażone były na ataki, w związku z czym szef huty postanowił zorganizować eskortę. Potrzebni byli do tego ludzie zaufani, oczywiście z punktu widzenia Niemców. Pojawił się problem, skąd ich wziąć. Niemcy nie mieli własnego zaplecza, musieli zaufać nam, swoim urzędnikom. Ich interes nie był naszym interesem, ale zwietrzyliśmy znakomitą okazję do pozyskiwania bezcennych dokumentów ze stemplem Waffen-SS. Zaczęliśmy podsuwać Muesowi jako zaufanych konwojentów ludzi, którzy mieli rozmaite kłopoty. On nie wnikał w żadne szczegóły, przyjmował do wiadomości nasze rekomendacje i zatrudniał polecone osoby. Wiązało się to z wyrobieniem legitymacji. Dla ludzi z organizacji zbrojnych (dokument) po prostu bezcenny. Gdy wykorzystaliśmy z Helenką kontyngent naszych znajomych z Warszawy, zaoferowaliśmy nasze usługi Lipertowi. I cała sprawa się niejako zinstytucjonalizowała.

Choć sposób na pozyskanie dokumentów był dość brawurowy, a skala działania zaskakująca, to udawało się w ten sposób działać przez dłuższy czas.

Helenka jako stenotypistka miała codzienny osobisty kontakt z szefem, bo przynosiła mu do podpisu część opracowywanej przez siebie poczty. Odbywało się podpisywanie, a ponieważ Mues był dość w tych sprawach nonszalancki, robił to mechanicznie, nie przerywając rozmowy z interesantami. Wydaje mi się, że go to wszystko bardzo mało obchodziło. W każdym razie, korzystając z jego lekkomyślności, Helenka podsuwała mu codziennie – obok innych — trzy, cztery legitymacje z fotografiami, wypełnione na „naszych” ludzi. Trwało to do ewakuacji Niemców z Wołomina, bez wpadki i bez skandalu. Ja wykonałem polecenie, by rozejrzeć się za konwojentami, i w ten sposób wszyscy byli zadowoleni. Była to czysta robota, ale mogła nas kosztować życie, gdyby ktoś z Niemców zainteresował się bliżej tą sprawą.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.