Pierwsza rzecz — to glina o możliwie wysokiej jakości — pozbawiona żwiru i zanieczyszczeń marglowych. Zaczęto jej poszukiwać pod Warszawą w Zielonce, która ma stare cegielniane tradycje. Znaleziono bogate pokłady. Badania geologów stwierdziły, że starczą one na 50 lat eksploatacji. Jak mówią fachowcy – cegielnicy, nawet dachówki z tej gliny robić będzie można. Po drugie o wyborze zadecydowało położenie blisko Warszawy — oraz dogodne połączenie kolejowe i samochodowe ze stolicą — odbiorcą przyszłej produkcji. Wreszcie po trzecie — trzeba było ożywić zaniedbane przemysłowe osiedle podwarszawskie, wciągnąć je w orbitę spraw stolicy, złączyć w wysiłku dla miasta.

Te trzy przyczyny sprawiły, że wybór padł na Zielonkę. Postanowiono zbudować tu największą i najnowocześniejszą w Polsce i jedną z największych w Europie — cegielnię o rocznej zdolności produkcyjnej sięgającej ponad 50 milionów sztuk cegieł. Do opracowania projektu tego cegielnianego giganta przystąpili inżynierowie architekci — Cepa i Starczyński w 1950 roku. I tutaj przy obmyślaniu planów cegielni osiągnięto pierwszy olbrzymi sukces. Dzięki niezwykle śmiałemu i nowatorskiemu zaprojektowaniu konstrukcji dachowej głównej hali, której powierzchnia wynosi ok. 1 ha, zaoszczędzono 4 i pół miliona zł. Hale pokryto prefabrykowanymi belkami wibrobetonowymi, co pozwoliło na uniknięcie mozolnego i drogiego szalowania.

Burzliwy okres

Zdziwiło mieszkańców Zielonki, gdy w jesieni 1950 roku robotnicy zaczęli karczować brzozowy lasek, porastający najwyższą wydmę, panującą nad całą okolicą. Potem ułożono prowizoryczny tor, którym piasek z wydmy wywożono na wydłużający się stale wał nasypu. W miarę, jak obniżał się wygolony, prześwitujący żółcizną piasku garb wzgórza, przybywało robotników. Burzliwy i niespokojny był to okres. Nieomal codziennie zdarzały się wypadki, że robotnicy upijali się podczas pracy. W poniedziałki ponad 15 proc. załogi brakło przy łopacie. Ci zaś, którzy przyszli, również niewiele co robili. Robota szła niemrawo. Zapału nie było za grosz. Narzekali. — Po co ten piasek ciągle wywalamy? Pewno inżynierowie przeliczyli się — nic z tej cegielni nie będzie. — Trudny element, rozbisurmaniony — mówiła rada zakładowa. — Jak z nimi znaleźć wspólny język? Jak ich ustatkować? — Już ręce opadały od ciągłego tłumaczenia i przekonywania — członkom rady zakładowej, podstawowej organizacji partyjnej, inż. Zielińskiemu — kierownikowi budowy.

To zaskoczyło wszystkich

Wreszcie jednak skończono wykopy. Łopaty zmieniono na kielnie i taczki z betonem. Stanowiska robocze z dna dołów poczęły dźwigać się ku górze… To, co się zdarzyło teraz, zaskoczyło wszystkich. Dawniej na naradach zabierali głos nieliczni, na ogół poruszali sprawy błahe, kłócili się o łatwiejszą pracę — większość załogi sennie milczała. W miarę tego jak coraz wyraźniej zaczęły rysować się ponad ziemią mury hal, zainteresowanie rosło. Ten i ów począł troszczyć się o materiał, o poprawienie organizacji robót. Padły pomysły, drgnęły procenty norm wydajności, w poniedziałki budowa zaczęła iść prawie że normalnie, pijaków ubywało — tępili ich sami koledzy. Absencja zmniejszyła się przeszło dwukrotnie. Trud wielomiesięcznego, upartego przekonywania, trud i pierwsze rezultaty pracy otworzyły oczy załodze. Nauka pierwszych miesięcy nie poszła w las. Budowa tężała — jak i jej twórcy.

Pierwszy łuk

Sierpień wisiał nad pagórkami Zielonki rozpalonym, bezchmurnym niebem, piasek żarzył się pod stopami jak złocista lawa. Wtedy nadszedł czas stawiania łuków dachowych. Dwa dźwigi kreśliły błękit stalowymi ramionami. Każdy z nich miał podnieść jedną część łuku — składającego się z dwóch połówek i równocześnie osadzić je na murze. I wtedy, jak dwie karty z których stawiamy namiocik, łuki, stworzą kształt półokrągłego sklepienia. Zaczęto… Dźwigi uniosły lekko dwa szare fragmenty. Robotnicy oparli końce łuków w gniazdach na murze, wygięte belki zbliżyły się i wsparły o siebie. Liny zwiotczały. Wtem któryś z robotników krzyknął: — Pękł! — Patrzcie ten z prawej ma rysę.

Kilkadziesiąt oczu wbiło się w półokrągłą krechę spinającą szerokość hali. Tuż nieopodal styku dwóch części ciemniała szrama. — Nie zwalniajcie — opuszczajcie powoli, ostrożnie — wołał inżynier do dźwigowych. Uniknięto katastrofy, ale niepokój targnął ludźmi. Przecież to pierwszy łuk… Czyżby źle obliczono wytrzymałość? — To tak zawsze, jak się porywają na nowoczesne „cuda” — szemrano.

Niezwłocznie zaczęto badać przyczyny pęknięcia. W prefabrykatach wady nie znaleziono, tkwiła ona jednak w źle dopasowanym walcu, który wiązał stykające się u szczytu belki. Walec zmieniono. Powoli z wielką uwagą zaczęto powtórnie stawiać konstrukcję — poszło. Niepokój gasł. Nad halą każdy dzień szerzej rozpinał się siatką łuków — ustawiano je coraz sprawniej. Radość zwielokrotniała siły. Coraz to widoczniejsze wyniki pracy stopiły załogę w pełen poświęcenia zespół.

Aż do głębokiej nocy

Gdy w październiku zaczęły grozić nocne przymrozki, grupa Henryka Jóźwikowskiego nigdy nie zeszła z pracy przed zakończeniem betonowania swojego odcinka. Nie było dla nich „fajrantu” o czwartej. Pracowali do głębokiej nocy. Raz zdarzyło im się podczas takiej roboty, że stanęła winda. Mieliby wytłumaczenie, lecz z niego nie skorzystali, ręcznie nosząc beton na stanowiska — aż do spełnienia zadania. Podobnie jak o Jóźwikowskim z dumą mówią robotnicy o Brysiaku i Frydulskim, którzy w bardzo ciężkich warunkach kryli dach nad halami, by ustrzec przed mrozami i śniegiem murarzy buchających piece do wypalania cegły. Wśród załogi Zielonki, bo tak nazywają swoją ciegielnię, są i inni: Jarosz, bijący rekordy wydajności przy produkcji płyt stropowych. Jest ciesielski zespół Sitarka, murarski Długołęckiego i Sobolewskiego, jest wreszcie murarz Stanisław Zielonka — mistrz od precyzyjnych robót piecowych. Opierając się na takich, budowa cegielni wyprzedza plan.

Nie wszędzie jednak roboty przebiegają tak pomyślnie. Otóż np. Zjednoczenie Instalacji Przemysłowych nr 1, wykonujące linie wodociągowe i centralnego ogrzewania, pozostaje daleko w tyle. Jak dotąd nie rozpoczęło nawet przygotowywania materiałów do założenia urządzeń ogrzewniczych w suszarniach cegieł, zaś prace wodociągowe są opóźnione. Niewykończenie na czas instalacji w suszarniach może spowodować opóźnienie uruchomienia pierwszego działu produkcji.

Pierwszy piec cegielni ma zapłonąć już 1 maja br., zaś dwa następne w połowie przyszłego roku. W maju na murach Warszawy ułożone będą pierwsze cegły z Zielonki, pierwsze z milionów, które przyjdą później. Świeże, czerwone cegły — znak głębokich przemian ludzi Zielonki.

Jerzy Jaruzelski

Życie Warszawy
R. 9, 1952 nr 20=2574 (23 I)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.