Rodzice przeprowadzili się do Wołomina z Ostrówka k/ Klembowa z dwiema moimi siostrami w roku 1946. Ja urodziłem się już w Wołominie. Ojciec właśnie powrócił z obozu w Buchenwaldzie, gdzie został zesłany po aresztowaniu w czasie Powstania Warszawskiego.

Dostaliśmy mieszkanie w trybie tzw. nakazu kwaterunkowego, przy ulicy Armii Ludowej (obecnie Legionów). Dom w ogóle bardzo ciekawy. Właścicielem był niepiśmienny artysta: murarz, sztukator, stolarz, rzeźbiarz – Stanisław Kur. Odbudowywał kościół w Wołominie i kościół św. Floriana na Pradze. W pokoju miał ołtarz ręcznie wykonany, na całą ścianę. Na piętrze mieszkał i miał warsztat szewc, pan Leon Krakowiak – kawalerzysta Pierwszego Pułku Ułanów Krechowieckich. Obydwie nogi stracił podczas walk w 1920 r. To tam otrzymałem pierwsze lekcje historii, siedząc na „taboretkach” służących panu Leonowi do przemieszczania się.Jako dziecko towarzyszyłem matce w pracach porządkowych przy odgruzowywaniu kościoła Matki Bożej Częstochowskiej. Był to wzruszający widok, bo w pracy przy swoim kościele brały udział setki parafian, zwłaszcza młodzieży. Na mszę w niedzielę zwykle chodziliśmy do kaplicy przy obecnej ulicy Kościelnej. W budynku przy ul. Armii Ludowej (obecnie Legionów), mieścił się dom starców. W każdą niedzielę niezapomniany ksiądz Januszko odprawiał mszę świętą dla pensjonariuszy i okolicznych mieszkańców.

Edukację rozpocząłem w szkole podstawowej nr 4 w Wołominie. Jak wspomina w tym opracowaniu Jan Rączka „czwórka” została objęta kuratelą Towarzystwa Przyjaciół Dzieci i stała się wzorcową socjalistyczną szkołą, promowaną i najbardziej indoktrynowaną w Wołominie i okolicach. Pamiętam, jak w czasie apelu, młodzież klas siódmych stojąc w dwóch szeregach i trzymając w wyciągniętych rękach wykonane z drewna sierpy i młoty, śpiewała pieśni komunistyczne. Zdarzały się „naloty” inspektora oświaty, który w obecności nauczycielki sprawdzał, czy dzieci mają na szyi medaliki bądź krzyżyki. Jeżeli znalazł to zrywał z szyi i rzucał do kosza. W szkole można było dostać na długiej przerwie talerz zupy, ale był warunek: po zakończeniu zajęć do godz. 16.00 będzie się obecnym cały czas na świetlicy. Wyrywaliśmy się z kolegami na lekcje religii do kościoła. Za karę zostałem wyrzucony ze świetlicy i odebrano mi talerz zupy. Rodzice wracali z pracy o godz. 17.00 – 18.00. Trzeba było sobie jakoś radzić.

Jeśli ktoś z nas uczniów miał oparcie w rodzinie i w swoim najbliższym otoczeniu to wytrzymywał. Można powiedzieć: tak hartowała się stal. Ministrantem zostałem po Pierwszej Komunii Świętej w maju 1956 r. Od pierwszych dni uczestniczyłem bardzo aktywnie w życiu kościoła parafialnego. Uczestnictwo w codziennej mszy św. lub nabożeństwie było raczej regułą. Najbardziej aktywni ministranci podzieleni byli na zespoły 4-6 osobowe. Na czele każdego zespołu stał przewodniczący. W porozumieniu z księdzem prowadzącym ministrantów mieliśmy wyznaczone dyżury do służby przy ołtarzu na wszystkie msze i nabożeństwa, zarówno poranne jak i wieczorne. Proboszczem parafii M.B. Częstochowskiej był wówczas ks. Mieczysław Grabowski. Księdzem opiekującym się ministrantami był m.in. ks. Edward Majcher, kościelnym Antoni Żałobka, przewodniczącym Rady Parafialnej pan Makola, a tym który rządził procesją był pan Bosek. Z czasem, gdy przybywało lat i sił, braliśmy udział w pracach porządkowych wokół i wewnątrz kościoła. Pracowaliśmy przy budowie groty, ogrodzenia wokół kościoła, ogrodzenia wokół cmentarza, przy wykonaniu posadzki wewnątrz kościoła. Pomagaliśmy kościelnemu przy różnych pracach związanych z utrzymaniem porządku w kościele, wokół kościoła i na cmentarzu parafialnym.

Ksiądz proboszcz M. Grabowski jak tylko mógł starał się nam wynagrodzić za naszą pracę, która czasami była niemal ponad nasze siły. Dostawaliśmy z darów Caritasu koszule, buty czy też spodnie. Nieraz dostawaliśmy też drobne kieszonkowe, jak to określał ksiądz Mieczysław: „na stalówki”. Chciałbym tylko przypomnieć, że były to lata sześćdziesiąte i wszystkiego brakowało, a nasze rodziny nie były zbyt zamożne.

Oprócz darów bezpośredniego użytku dostawaliśmy też ciekawe książki patriotyczno–historyczne o treści znacznie różniącej się od oficjalnych przekazów. Książki te z dedykacją księdza Mieczysława z lat 1957 – 1961 do dziś darzę ogromnym sentymentem i starannie przechowuję.

Niezapomniana ciotka księdza Grabowskiego (pani Maria Grabowska) i gosposia Józia zawsze pamiętały, by po pracy poczęstować nas zupą albo kanapką z herbatą. Ksiądz Mieczysław zapraszał w dniu swoich imienin grupę najbardziej aktywnych ministrantów na przyjęcie. Kilka razy miałem okazję siedzieć obok starszych panów z szarżą pułkownika i orderem Virtuti Militari na piersi.

Gdy skończyliśmy 14-15 lat rozpoczęła się nasza przygoda z szeroko pojętym życiem kulturalnym. Pierwsze wizyty w Teatrze Polskim, Teatrze Narodowym, na koncercie włoskiego piosenkarza Marino Mariniego, czy na rewii na lodzie. W Wołominie w kaplicy-sali parafialnej rozpoczęły się pierwsze próby i występy w jasełkach, tajemnicy Golgoty czy też w przedstawieniu o życiu św. Stanisława Kostki. Z dnia na dzień uczyliśmy się tekstów na pamięć i jako tako śpiewać. Uczyliśmy się też poprawnej dykcji i sposobów radzenia sobie z tremą. Zazwyczaj poważne role odgrywali starsi koledzy. Ja zagrałem w co najmniej kilkunastu przedstawieniach. Obecność w czasie prób i przedstawień naszych koleżanek i kolegów dawała nam ogromne poczucie odpowiedzialności, solidarności i radości. Byliśmy przekonani, że to co robimy na scenie jest ważne, skoro w czasie dwóch przedstawień w niedzielę sala parafialna była wypełniona po brzegi. Te radosne lata do dziś pozostają głęboko w pamięci.

W 1961 roku wraz z grupą młodszych i starszych ministrantów z parafii M.B. Częstochowskiej w Wołominie i z parafii św. Anny z Warszawy, uczestniczyłem w jednej z pierwszych Oaz. Zostaliśmy zakwaterowani w opuszczonej plebanii w jednej z wiosek pod Olsztynkiem. Spokój nie trwał długo. Po czterech dniach milicja uzbrojona w broń maszynową załadowała nas na ciężarówki i po kopnięciu w odpowiednią część ciała, wyrzuciła wszystkich na bruk, dwa kilometry za Olsztynkiem. Rozpoczęła się wtedy niesamowita przygoda. Pieszo przez Ostródę, Elbląg, Krynicę Morską do Olsztyna i dalej już pociągiem do Warszawy. A jedzenie? Najczęściej zupa w proszku, trochę ziemniaków, chleb. Do dziś pamiętam smak. Wszystko było naprawdę przepyszne. Za zgodą gospodarzy spaliśmy najczęściej na stogach z sianem lub w zabudowaniach gospodarczych napotkanej po drodze plebanii. Codziennie braliśmy udział we mszy świętej, w pełnej obsłudze liturgicznej. Po kolacji zbieraliśmy się przy plebanii, siadaliśmy na trawie, śpiewaliśmy piosenki patriotyczne, ale i kabaretowe. Niektórzy koledzy przebierali się i przedstawiali znane postacie świata piosenki i kabaretu. Ubaw do godziny dwudziestej drugiej zapewniony. Po dwóch tygodniach takich przygód wracaliśmy do Wołomina opaleni, pełni radości i energii.

Po roku 1962 wszystko się zmieniło. Przyszły inne czasy. Starsi koledzy poszli na studia lub do wojska. Proboszcz ksiądz Mieczysław Grabowski odszedł z parafii w Wołominie.

Zbigniew Paziewski
Rocznik Wołomiński
tom XIII, 2017

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.