Helena i Stefan Nasfeterowie – ostatni dziedzice majątku Klucz Ręczajski, ogromnego terenu rozciągającego się na południe i południowy wschód od Wołomina, dziś już zupełnie zapomniani, lecz kiedyś, szczególnie w dwudziestoleciu międzywojennym, wpływowi, znaczący i wielce szanowani obywatele Wołomina. Swoją działalnością przyczynili się niewątpliwie do rozwoju tego miasta. Wspierali je finansowo, a także byli fundatorami wielu inwestycji i przedsięwzięć. Patronowali też wielu instytucjom i stowarzyszeniom. Aktywnie uczestniczyli w życiu miasta. O szacunku i poważaniu, jakim cieszyli się małżonkowie Nasfeterowie w Wołominie, świadczyć może duża liczba wszelakich funkcji społecznych, jakie pełnili w mieście. Częściowo przyczynili się również do rozwoju sąsiedniej Kobyłki. Dziś niewiele po nich pozostało. Nazwy dzielnic: Wołomina – Helenówka i Kobyłki – Stefanówka od ich imion, to jedyne po nich pamiątki. W Kobyłce jest jeszcze ulica nazwana imieniem Stefana Nasfetera, a także teren leśny w rezerwacie „Grabicz”, na pograniczu Kobyłki i Wołomina, potocznie nazywany „Lasem Nasfetera”.Czytaj dalej

Józef Marcinkowski ps. "Wybój" podczas okupacji. Na fotografii razem ze swoim oddziałem, w czasie gdy działał w Obwodzie "Rajski Ptak" (Radzymin-Wołomin)

W niniejszym opracowaniu chciałem przypomnieć Czytelnikom postać Józefa Walentego Marcinkowskiego, pseudonim „Wybój”, „Sęp”, „Łysy”, „Stary”, „Brzeziński”, człowieka, którego praktycznie całe dorosłe życie pochłonęła walka z różnymi wrogami, najczęściej z tymi zza wschodniej naszej granicy i ich polskojęzycznymi poplecznikami, zakończona tragiczną śmiercią w katowni więzienia mokotowskiego. Dramatyczne zdarzenia z biografii tej postaci miały miejsce w Wołominie.

„Wybój” nie posiada nawet własnego grobu. Jego symboliczna mogiła znajduje się prawdopodobnie na powązkowskiej „Łączce”. Czy był bohaterem, jak byśmy tego chcieli dzisiaj? Czy był bandytą i mordercą, jak chciały tego polskojęzyczne władze powojennej Polski? W dalszym ciągu, nawet w dzisiejszych, wolnych już czasach, osoba ta budzi kontrowersje dla obecnego wymiaru sprawiedliwości. Ocenę pozostawiam Czytelnikom.Czytaj dalej

Opowieść Fani Stecher spisana pt. „Oświadczenie” to tylko dwie i pół kartki maszynopisu. Przechowywana w Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie w zbiorze relacji „Zeznania ocalałych Żydów1, nie jest datowana; z tekstu wynika tylko, że musiała powstać po 1955 r., bo autorka podaje, że po 10 latach pracy ciężko zachorowała i przeszła na rentę inwalidzką.

„Urodziłam się w Lublinie w 1913 r., skąd po ukończeniu gimnazjum wyjechałam wraz z rodzicami i bratem do Wołomina w roku 1932. Będąc na drugim roku Wydziału Prawa UW zmuszona byłam przerwać studia i przez szereg lat zarobkowałam udzielaniem lekcji” – stwierdza na wstępie. Więcej możemy dowiedzieć się z jej akt studenckich w Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego2. W życiorysie napisanym 2 września 1932 r. w Warszawie pięknie kaligrafuje: „Ja, Fajga – Hena Warman urodziłam się dnia 28 sierpnia 1913 roku w Lublinie. Jestem wyznania mojżeszowego. Mając 9 lat wstąpiłam do klasy wstępnej Gimnazjum Humanistycznego Towarzystwa do zakładania szkół żydowskich w Lublinie, gdzie uczęszczałam do r. 1928. Wskutek utraty praw przez powyższe gimnazjum w tymże roku, przeniosłam się w roku 1929 do klasy 6-tej Gimnazjum im. Heleny Czarnieckiej w Lublinie. W czerwcu 1932 r. złożyłam rozszerzony egzamin maturalny typu humanistycznego, poczem uzyskałam świadectwo dojrzałości (N 241/32)”.Czytaj dalej

Decyzja

Każdy absolwent wołomińskiej podstawówki z roku szkolnego 1958/59 musiał zmierzyć się z pytaniem „co dalej?”. Było to pytanie skierowane przede wszystkim do rodziców, w mniejszym stopniu do niego samego, ponieważ oprócz stopni na świadectwie, które świadczyły, że „miał do czegoś głowę lub nie”, liczyła się w owym czasie wola starszych. Kalkulacje rodziców poruszały się naówczas w dość wąskim kręgu możliwości. Ze szkół ponadpodstawowych oferował Wołomin jedno liceum ogólnokształcące, dwa technika: ekonomiczne oraz szklarskie i jedną szkołę zawodową (Zasadnicza Szkoła Handlowa). Zawodówki stały nisko w hierarchii rodzicelskich ambicji, gromadziły młodzież mało zdolną lub trudną, mówiło się o nich tonem lekceważącym i z odcieniem wyższości „zawodówki to półgłówki”. Ogólniak był szanowany, miał prestiż, prawdziwe wyzwanie dla środowiska małomiasteczkowego, ale zasiewał w głowach pewien lęk. Po ogólniaku musisz iść dalej! Dalej? Tak, na studia! Dla wielu rodziców było to z jednej strony wielkie marzenie o karierze dziecka, z drugiej – strach, że się nie dostanie i co? Sama matura już nie wystarczy, inaczej niż przed wojną, czeka cię praca najwyżej w biurze, bez perspektyw. Lepiej idź do technikum, będziesz miał maturę i możesz iść na studia, a jak się nie dostaniesz, pójdziesz do wyuczonego zawodu. W tym myśleniu było sporo racji i zapobiegliwości życiowej. Pozostawało więc podjąć decyzję: technikum ekonomiczne czy szklarskie? Gdyby mnie ktoś spytał, dlaczego wolałem zostać „szklarzem”, nie potrafiłbym odpowiedzieć jednoznacznie. W rodzinie nie było ani tradycji handlowych ani szklarskich, nikt z kolegów nie stawał też przed podobnym dylematem, musiałem zdecydować sam. Najprawdopodobniej, o ile mogę sobie przypomnieć, odwiedziłem dla orientacji szkołę i zapachniało mi nieznanym, odległym, słowem ‒ przygodą. Na pewno nie miałem głowy do ekonomii, bałem się przy tym, że czeka mnie praca w biurze lub w sklepie, założyłem natomiast, że jakoś dam radę z technologią szkła,
w zamian za co „jedyne technikum szklarskie w Polsce” obiecywało mi wyjazdy na praktyki do atrakcyjnych miejscowości, w których zwykle lokalizowano huty szkła (Szklarska Poręba, Ustronie, Krosno). Szkoła dysponowała internatem dla młodzieży przyjezdnej z odległych stron, więc i koledzy zapowiadali się ciekawie. A na dodatek klasy były czysto męskie, czyli całkowita odmiana! Wierzyłem też, że jako uczeń „pokażę się” na lekcjach historii i polskiego, w skrytości marzyłem o studiowaniu, ale to już dalsze dzieje.Czytaj dalej