historia terenów powiatu wołomińskiego

w dokumentach i wspomnieniach

dwudziestolecie międzywojenne Wołomin wspomnienia

Dzieciństwo – budowa domu (I)

Jak już pisałam, w 1922 r. urodziła się moja siostra Irena. Dwa lata później, 19 listopada 1924 roku, przyszedł na świat mój brat Julian. Mieszkanie stało się za małe dla czteroosobowej rodziny. Ojciec postanowił wybudować dom. Z zachowanych aktów prawnych (dokonania wpisu do księgi wieczystej przez notariusza Jana Nieznańskiego w Warszawie) wynika, że ojciec wraz z przyjacielem, Janem Wykowskim, zakupili 29 kwietnia 1925 roku od Kazimierza Jedlińskiego 729 sążni kwadratowych ziemi, wchodzącej w skład folwarku „Wołominek” w powiecie radzymińskim, gminie Ręczaje za ustaloną kwotę 1900 zł. Pan Wykowski zrezygnował jednak ze swojej połowy i 4 lutego 1926 roku w kancelarii tego samego notariusza odsprzedał ojcu swoją połowę za 1000 zł. Z tej transakcji można wnioskować, że po dziesięciu miesiącach przyjaciel zarobił na tej transakcji 200 zł, co na ówczesne czasy było kwotą nie do pogardzenia. Zakupiona działka to kawał zachwaszczonego perzem pola.

Zachowały się plany budowy domu, którego długość wynosiła dziesięć, a szerokość osiem metrów. Składał się z trzech pokoi – stołowego, salonu i sypialni oraz kuchni. W środku budynku usytuowany był przedpokój, który od ogrodu łączył się z werandą, a od podwórka stanowił korytarz ze schodami na strych i do pokoju na poddaszu. Pod podłogą korytarza mieściła się piwnica, zamykana klapą. Nie był to więc zbyt duży dom, ale tak wtedy budowano. Nasi znajomi mieli podobne domy.

Werandy zwykle bywały oszklone, taka też miała być i nasza. Trudno mi powiedzieć, jak przebiegała budowa, ale z opowiadań mamy wiem, że ojciec pracował na budowie razem z cieślami. Dom był drewniany, ale ściany zewnętrzne otynkowano, co sprawiało wrażenie, że to dom murowany.

Nasz ojciec był człowiekiem wszechstronnie utalentowanym – prawdziwe złote ręce. Chociaż był fryzjerem, sam szył sobie garnitury, a mama narzekała, że strasznie przy tym bałaganił. Sam zmontował radio na słuchawki, sam stawiał piece, a przy tym pięknie rysował. Tata swoje rysunki umieszczał w najmniej oczekiwanych miejscach. Najwięcej na projektach przyszłego domu, na jakichś karteluszkach, na marginesach książek, na projektach mniejszych mebli, stanowiących wyposażenie domu, które później sam wykonywał. Szkoda, że mama zostawiła te rysunki w domu, traktując je, jako nieszkodliwe zamiłowanie taty do sztuki. Ale rozumiem jej decyzję. Gdy trzeba było zdecydować, co ma ocaleć, zabrała niezbędne dokumenty oraz najdroższe dla niej pamiątki, czyli zdjęcia rodzinne z lat młodości. Trudno było zabrać wszystko.

Dom gotowy! Widok od skrzyżowania ulicy Przejazd z Traktem Warszawskim (dziś róg Sasina i Armii Krajowej)
Dom gotowy! Widok od skrzyżowania ulicy Przejazd z Traktem Warszawskim
(dziś róg Sasina i Armii Krajowej)

Na strychu ojciec miał dwa warsztaty, w pełni wyposażone w narzędzia: pod oknem ślusarski, a obok stolarski. Myślę, że praca przy budowie własnego domu, po wieloletniej tułaczce po świecie, sprawiała mu wielką satysfakcję. Nie wątpię, że i względy finansowe miały swoje znaczenie, jak to zwykle bywa przy takich inwestycjach (również i w dzisiejszych czasach). Takie prace jak stawianie pieców, układanie podłogi, budowa werandy, której, niestety, nie dokończył, pozwoliły mu zaoszczędzić sporo pieniędzy.

W roku 1928 dom był gotowy do zamieszkania, czego dowodem jest fakt, że 8 czerwca 1928 r. w domu Juliana Müllera przyszło na świat dziecię płci żeńskiej, któremu nadano imię Galina, po polsku Halina, czyli ja!

Niewiele zachowało się fotografii domu. Na jednej z nich widzimy budynek od ul. Przejazd 4. W furtce stoi mój tata z Ireną i Julkiem. Z lewej strony ogromne akacje, a wśród nich krzyż i ledwo widoczna latarnia. Latarnia ta jest jedną z czterech na każdym rogu ogrodzenia, okalającego kapliczkę wykonaną z ogromnego głazu, na którym wykuto napis: „Któryś za nas cierpiał rany Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 1907 r.”.

Dom od strony werandy
Dom od strony werandy

Głaz został ustawiony „Na pamiątkę bytności w Wołominku J.E. Ks. Biskupa Kuszkiewicza” kosztem „obywateli i letników” w sierpniu 1907 roku. Obecnie dawny drewniany krzyż zastąpiono krzyżem ze stali. Kapliczka ta stoi do dnia dzisiejszego, tylko w innym miejscu, ponieważ, na skutek poszerzenia ulicy Przejazd i Traktu Warszawskiego w latach powojennych, władze miasta przesunęły ją w miejsce, gdzie stał kiedyś nasz dom. Na fotografii od strony ogrodu widać stojącego na werandzie Julka a przed nią Irenę z koleżankami. Jak widać, weranda nie jest jeszcze oszklona, a okno nad werandą to warsztat ojca.

Mało z tych czasów sama pamiętam, ale Irena twierdziła, że ojciec po powrocie z pracy zawsze coś majstrował na strychu, a my, dzieci, widywaliśmy go wyłącznie przy kolacji. Rano tata jechał do Warszawy do pracy. Po drodze odprowadzał starsze dzieci do szkoły. Ja zostawałam z niańką Kaśką w domu.

Rodzice z Ireną, Julkiem i Erosem. A ja?!
Rodzice z Ireną, Julkiem i Erosem. A ja?!

Powiększona rodzina i własny nareszcie kąt wymagały utrwalenia tego na kliszy fotograficznej. Powstała więc seria zdjęć. Jedno z nich przedstawia moich rodziców ze starszym rodzeństwem oraz z ulubionym psem Erosem. Muszę tu chyba dodać, że nasz tata był wielkim miłośnikiem psów, a moja siostra Irena odziedziczyła po nim to zamiłowanie. Na tym zdjęciu, jak i na następnych, widać jeszcze zachwaszczony teren ogrodu. Zatem musiał to być rok 1929, co potwierdza następne zdjęcie, na którym widnieje cała nasz trójka. Julek, jak prawdziwy mężczyzna, na rowerze, no… trzykołowym, pięknie, gdyby tylko nie ten palec w buzi… a na krzesełku to ja! No, no, niezły był ze mnie grubasek (zostało mi to chyba na całe życie!)

Nasza nieoceniona pomoc w domu – Julianna Gutt
Nasza nieoceniona pomoc w domu – Julianna Gutt

Osobie znajdującej się na kolejnym zdjęciu muszę poświęcić nieco więcej miejsca w tej kronice rodzinnej. Jest to Julianna Gutt ze swoją siostrzenicą. Julianna Gutt nie była członkiem naszej rodziny, ale kochaliśmy ją, a ona nas. Była naszą, jak to się dzisiaj mówi, pomocą domową, a kiedyś po prostu służącą. Ale była też przyjacielem. Często mawiała: Cały dom na mojej głowie!, ale był to jej dom. Mieszkała na wsi tuż za miastem, z całą swoją rodziną. Często, gdy Irena i Julek byli w szkole, zabierała mnie na wieś – tam po raz pierwszy zobaczyłam krowę i pętający się po podwórku drób.

Julcia broniła nas, gdy przez podkop pod parkanem wymykaliśmy się z Julkiem (Irena w tych eskapadach nie brała udziału) do kolegów na górki, na łąkę lub do lasku. Julcia, przewidując zagrożenie ze strony mamy, wychodziła na ganek i jej donośne wołanie: – Haaaaalinaaa, Juuuuleeek do domu! – docierało do nas z daleka.

Wiedzieliśmy, że trzeba wracać i to szybko!

“Ocalone od zapomnienia”
GęsiePióro, 2020

 958 odsłon,  3 odsłon dzisiaj

2 KOMENTARZE

  1. Po wojnie w tym domu mieszkali moi dziadkowie i tata. Poza krzyżem, w tym miejscu do tej pory został kasztanowiec, który tata zasadził mając kilka lat.
    Pozdrawia rodzina Mierzejewskich.

  2. W sumie to w tym budynku od czasu wojny do rozbiórki mieszkały cztery rodziny. Mam książkę meldunkową tego budynku z zapisanymi mieszkańcami. Kasztanowiec posadziłem mając ok. 2 lat , przy pomocy mojej babci. Pamiętam też akcję przestawiania krzyża bliżej budynku, w związku z przebudową ulic.

Skomentuj Tadeusz Mierzejewski Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.