Miałam dyżur do 1-ej z Jasią i Basią, ale Basia mi przysypiała, na nic na wartownika, lepiej niech śpi, bo narzeka i nie da słuchać. W nocy strzały ogromne na Warszawie. Wybuchy, to znów cicho i rano strzelanina. Telefony od rana były, potem znikły. Kręci się śliczne niebieskie auto. Na plancie leży jakaś długa guma. Kabel? Ktoś mówił, że to radio, inni, że reflektor?

21 września 1939

Spałam od rana do 11-ej, po prawie całej nieprzespanej nocy. Słychać duże strzały od Rembertowa. Na polu Słaboszewicza cały Wołomin kopie kartofle, których nigdzie nie można kupić. Posyłam z motykami cały ród Cieślaków i Basię. Nazbierały ileś tam, drobne, ale są. Zważyłyśmy. Przyjechało auto na plant, założyli druty do telefonu kolejowego, nie wiem czy to połączenie, czy podsłuchy. Usłużna baba, jakaś, Złociszowa się zwie, daje objaśnienia i słyszę nazwy ulic: „plac Wilsona – Żoliborz” Od 2-ej w nocy nie śpię, bo dyżur. Ciągle słychać stukaninę, ktoś mówił, że idą wojska kolorowe. Nonsens. Jakie? Skąd?

20 września 1939

Od rana wyważyli furtkę i weszło ich czterech. Ten, co mu „do widzenia” mówiłam. Przyszli na gruszki, ale z tych tylko blondyn był ten sam, chmurny i zły. Pytali o miód, o owoce. Pytałam się, co to za błyski czerwone. Wybuchy. Ale czego? To amunicję wysadziliśmy. Inni mi mówili, że to sygnały.Czytaj dalej

Do kościoła nie idę, bo w razie wejścia niemców nikt tu w domu nie dogadałby się z nimi. Dookoła niemcy. W szkole jakaś władza. Augustyniak lata przerażony, bo go tam nie puszczają, a on woźny i miał pilnować. U Roczka też niemcy, furgony, auta, jeżdżą tam i z powrotem. Przy drodze stoi stacja benzynowa. Coraz podjeżdża samochód po paliwo. Na naszych akacjach od drogi zakładają telefon, na polu za drogą zamaskowane armatki z lufami ku niebu. Powyłaziły szumowiny z kątów. Tu i ówdzie słowa zachwytu, że dali „darmo” talerz grochówki. Nawet ktoś fotografował to dawanie. Tam znów jakaś rozwódka skromnie dotąd ukryta, okazała się wielką przyjaciółką armii, którą o wszystkim informuje, wszystko wie i na zwróconą jej uwagę wymyśla od polskich świń. Od razu jasnym się stało, z czego się dotąd utrzymywała i na co tu czekała. Ile takich było w gościnnej naszej ziemi?

17 września, niedziela 1939

W nocy znów dyżury, zmieniamy się kolejno z wieczora. Jeden do 11-ej, potem do 1-ej, 2-ej, 3-ej. Ja, Augustyniak, albo ja i Marysia. A potem do rana znów inna para. Dziś jechały auta albo armaty ciągnione przez konie. Jechały jak od Duczek w stronę szkoły. Do szosy na pewno. Krzyk: wio! wio! o! on! – i brzęk i dudnienie i bicie koni. Drogą tu ciężko bardzo. Piasek i glina. Potem wszystko ucichło. Rano Niemców ani poświć, cały dzień cicho, wieczorem łuna jak za Rembertowem, tam też trochę strzelali.

16 września, sobota 1939

Rano przyleciała Augustyniakowa, żeby jej męża schować do piwnicy, żeby go nie zabrali do kopania okopów. Tłumaczę, że to nonsens, że właśnie jeśliby znaleźli go w piwnicy, to pewno wydałoby się podejrzanym. Jeśli się boi, niech się kładzie do łóżka. To i tak wiecznie chore na płuca, to nic mu nie będzie. Czytaj dalej

Coraz to coś zakopujemy lub wynosimy z domu. Ręce opadają, bo myśli gdzie indziej, a tu zamęt nie do opisania. Rzeczy moc w paczkach na dworze, bo na razie pożary, to choć cośkolwiek ocalałoby, a że trzeba przez ten czas jeść, ubierać się, myć, żyć, jednym słowem, więc się ciągle czegoś szuka. Pożar na Tramwajowej na Sławku. Popłoch. Ucieka cały Sławek, jak kto stał, w szlafrokach, boso, bez okryć, toboły i toboły. Gnają na skos przez piachy koło nas. Oczywiście na Mińsk. Wszyscy na Mińsk. Ileż tam narodu musi być, chyba pół Polski!Czytaj dalej

Jasio idzie do Warszawy. Jest podobno odezwa i nawołuje przez radio prezydent Starzyński, żeby pracownicy miejscy byli na swoich stanowiskach. Przychodzą dwaj inni pracownicy, Kukla i Berezin, mają iść razem – zameldować się i wrócić, jeśli roboty nie będzie. Szykuję walizkę Jasiowi, nie wiadomo co kłaść? Bo mogą pobyć kilka dni, a może będą odcięci, a może to, a owo. W głowie się mąci od myśli.Czytaj dalej

Byłam w Wołominie. Aż dziw bierze czemu te najuboższe domy spalone. Przy torze takie sobie biedne domki, można jeszcze tłumaczyć tym, że chciał trafić w tor i nie trafił. Ale na wsi Wołomin w bok Długiej? Z dala od toru, od miasta i szosy, nic pojąć nie można! Żałosne zgliszcza. Poszłyśmy i do kościoła. Wybite szyby i zniszczony witraż św. Barbary. Na Kościelnej spalone domy Szwarca i Garbolewskiego, i jeszcze jakiś. Strasznie wygląda dom rozwalony. Leżą w nim podobno ludzie. Podobno zabitych wiele osób.Czytaj dalej

Od rana idą żołnierze, zmordowane chłopaki. Gdzieś pogubili nakrycia głowy, rozdajemy im berety, jakie są w domu. Humory setne i takie miłe chłopaszki. Piją wodę i żartują. Ulęgałka, która rośnie pod parkanem obdziela wszystkich – cywilów i żołnierzy. Jeden ma chory palec, smaruję mu maścią i bandażuję. Ciągle naloty i walki w Warszawie. Pozbierałam co lepsze książki i zakopałam przed pożarem. Chodzę, robię, zbieram, chowam do ziemi, a ciągle myślę, co z nimi? co z nimi? Kiedy ich zobaczę? Kiedy jaka wiadomość będzie? Ludzie wciąż kręcą się z tobołami, ale trudno mi każdego pytać, tym bardziej, że wiadomości całkowicie sprzeczne. Wartowałam z Marysią od 11 do 2-ej w nocy.

11 września 1939

Obudziły nas strzały na Radzyminie (?) Nie możemy zrozumieć jak to się stało. Czy okrążają Warszawę od Prus Wschodnich? Jechał jakiś samochód wojskowy z literami KPK i wozy. Pożary dookoła i naloty. Poszłam z Cieślakową do kościoła i Komunii Świętej. Wracając, w drodze przetrzymałyśmy nalot, to pod parkanem, to pod drzewem. Po południu nalot na Wołomin. Uciekliśmy do schronu. Krążył tak nisko nad nami, że zdawało się, że zawadzi o gruszę. Strzelał: ta-tatata karabinem maszynowym i zawracał i znów. Wszyscy modliliśmy się głośno, widząc śmierć blisko. Coraz było słychać huk bomby, a niebo aż warczało od bombowców. Wreszcie odleciał ten „nasz” – rzucił bombę na łąki dalej za nami. Matka Boska okryła nas swym płaszczem. Ocaleliśmy! Pali się Wołomin, mieszkanie Skrobacza przy młynie. Podobno dużo domów i dużo ofiar w ludziach.

10 września 1939

Rano obudził mnie płacz dzieci. Uciekała rodzina gospodarza z Janowa znad granicy. Tam 20 sierpnia weszli Niemcy, spalili stodoły itp. Ludzie uciekali w popłochu. Opowiadała mi matka tego drobiazgu, która od płaczu miała chore oczy. – Już nie mam łez – mówiła – jak się to stało, to uciekał kto mógł, myśmy położyli pościel na furę i dzieci, ale trzy dziewczynki, o te (dwie bose, 7-8 lat i jedna harcerka 12-13) zgubiły mi się, to jechałam bez nich. A dopiero w Ciechanowie, za mostem stanęlim i czekalim, bo wiedziałam, że przez ten most muszą przejść, choćby nie jedną drogą jechały. Stałam noc i dzień i każdą furkę oczami prowadziłam, a mówiłam wciąż różaniec. Tą tajemniczkę, co to Maryja Panna Jezusa w kościele odnalazła. I ja swoje odnalazłam. Jechały z dobrymi ludźmi.Czytaj dalej

Raniutko wyszłam do ogrodu. Pod parkanem siedziała rodzina: staruszka, matka z dzieckiem przy piersi i troje dzieci. Każde miało toboły, koszyki, jedno niosło i pędziło 2 gęsi, drugie miało taki wielki tobół, że sięgał prawie ziemi. Szły spod Radzymina 9 wiorst. Uciekły wczoraj, bo się przelękły płonącego samolotu. Dzieci zziębnięte, zmęczone. Dałam im herbaty i po sucharku. Kupiłam gęsi, które miały zupełnie pokrwawione nogi. Namówiłam do powrotu. Wahały się, ale w tym czasie nadeszła kobieta, która uciekała do Radzymina. To przeważyło. Powędrowały razem.Czytaj dalej