Przedwojenny Jadów był brudnym i bardzo zaniedbanym miasteczkiem – z powodu braku kanalizacji, uliczne rynsztoki były pełne, co łatwo dawało się odczuć w powietrzu już od granic miasta. Jadów liczył przed wojną około 2500 mieszkańców, w większości Żydów, Polaków było ok. 800 osób.50 Zarówno same miasteczko jak i okoliczne wsie były biedne, w Jadowie w niektórych izbach mieszkało nawet do 10 osób. Obie społeczności – Żydowska i Polska, żyły obok siebie i kontaktowały się na minimalnym, niezbędnym poziomie – były to głównie relacje handlowe. Relacje towarzyskie należały do rzadkości i dotyczyły prawie wyłącznie inteligencji z obu stron. Nie zasymilowani Żydzi nie mówili po polsku, stronili od kontaktów z Polakami, wręcz się izolowali. Większość, chodząca w chałatach, nawet w obecności Polaków rozmawiała ze sobą po żydowsku. Dzieci żydowskie, niepochodzące z rodzin zasymilowanej inteligencji, a uczęszczające do szkoły w Jadowie, na ogół nie przyjaźniły się z polskimi rówieśnikami. Nie było też przed wojną mieszanych małżeństw. Polacy nie byli zapraszani na żadne żydowskie uroczystości, sami też nie garnęli się do kontaktów z Żydami.Czytaj dalej

11 lipca 1932 roku w Jadowie rozegrały się tragiczne wydarzenia, w wyniku których zginęło i zostało rannych wiele osób. Opinia publiczna była nimi zbulwersowana i podzielona. Zażarta dyskusja toczyła się na łamach prasy w całym kraju. Po wojnie cała sytuacja została wykorzystana przez propagandę nowej władzy, czego pamiątką jest stojący do dzisiaj w Jadowie monument. Co się stało tego lipcowego popołudnia 1932 r. w Jadowie?Czytaj dalej

Interesujący fragment wspomnień Antoniego Marianowicza dotyczący pierwszych dni pracy w wołomińskiej hucie szkła podczas okupacji i dziwnego napadu, którego stał się celem.

(…) Hutę szkła uważałem za dobre miejsce pracy, bo dopiero organizowano tam nowy zarząd z ramienia Ostindustrie, choć produkcja cały czas trwała. Była to sytuacja wygodna i bezpieczniejsza niż wejście w starą strukturę, gdzie zwracałbym na siebie uwagę. I chyba z powodu chaosu organizacyjnego zostałem, ledwo po kilku dniach pracy, obarczony misją przywiezienia pieniędzy z banku bez żadnej asysty. Wypłata miała wynosić 300 tysięcy złotych. Pojechałem wcześnie rano. W Banku Emisyjnym na Pradze dyrektor powiedział mi, że na koncie huty nie ma pieniędzy — jest nędzna resztka, 30 tysięcy. Więcej nie chcieli wypłacić. Wziąłem te pieniądze i poszedłem na Dworzec Wileński, gdzie na peronie spotkałem maszynistkę z huty, pannę Bilecką, która też wracała do Wołomina.Czytaj dalej

Mówią o nich „krawcy” albo „kieszeniarze”. Złodzieje kieszonkowi, to elita prze­stępcza Wołomina i okolic. Kursują najczęściej w pocią­gach na szlaku Warszawa Wi­leńska – Małkinia.

Docent Kazimierz Godorowski, biegły psycholog sądowy, który współpracu­je z Rejonowym Urzędem Spraw Wewnętrznych w Wołominie po­nad 30 lat dodaje, że w pow­szechnej opinii ludzi, którzy za­wodowo stykają się z przestęp­czością, kryminalista czy lump z tych stron to psychopata lub alkoholik, a często jedno i dru­gie. Także w ocenie komisji wojskowych najwięcej kłopotu sprawiają poborowi z podwar­szawskich okolic.Czytaj dalej

Feliodor Parzęcki, granatowy policjant prześladował do 1939 r. na terenie pow. radzymińskiego działaczy demokratycznych i brał udział w tłumieniu strajków chłopskich na terenie pow. warszawskiego. M.inn. w Jadowie, gdzie zabito 7 osób. Podczas okupacji Parzęcki pracował nadal w policji i współdziałał aktywnie z żandarmerią niemiecką w tępieniu członków organizacji podziemnych. Jak głosi akt oskarżenia Parzęcki zastrzelił członka AL Bachniewicza, zabił jednego żołnierza radzieckiego uciekającego z niewoli oraz 2 Żydów.

Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał Parzęckiego na karę śmierci.Czytaj dalej

To cud, że cały pociąg nie wyleciał w powietrze.

Danuta Dymińska, mimowolna sprawczyni wybuchu, który w ubiegły poniedziałek zabił 1 osobę i poranił 30 osób w pociągu do Wołomina, przebywa jeszcze w szpitalu. Stan jej nie budzi obaw. Śledztwo prowadząne przeciw Dymińskiej wykazało, że tragicznego dnia wiozła ona 10.000 sztuk korków do straszaków, a nie 1.500 — jak początkowo twierdziła. Dymińska zajmuje się stale wyrobem korków do straszaków.Czytaj dalej

W Wołominie wydarzył się pierwszy w Polsce wypadek uwolnienia siłą pojmanych na roboty do Rzeszy i wymierzenia sprawiedliwej kary zdrajcom z policji granatowej i urzędów pracy. W czwartek 29 ub. m. grupą ludzi uzbrojona w karabin maszynowy, karabiny ręczne i granaty napadła na tamtejszy komisariat policji polskiej. Wywiązała się walka z policjantami, w czasie której jeden z policjantów został zabity. Lokal całkowicie zdemolowano, niszcząc wszystkie akta. Pobitych policjantów pozostawiono w zniszczonym lokalu.Czytaj dalej

Nakazali w nocy warty, bo bohaterski burmistrz Cichecki i dzielna policja zwiała gdzie pieprz rośnie. Wzięłam więc kij, gwizdek Hani, latarkę i chodziłam po ogrodzie do 1-ej, od 1-ej do świtu Augustyniak. Zawsze mogłabym zaalarmować w razie pożaru, czy kradzieży. Sąsiedzi też podobno dyżurują. Ziuta nie przyjeżdża, denerwuję się, bo już bym ją tu chciała mieć. Naszykowałam pokój i szafkę dla niej.

6 września 1939

Czesław Szulich z Wołomina, oszust, karany już za podobne popisy, przystąpił ostatnio do zorganizowania wspólników, którzyby się zajęli rozsprzedażą fałszywych znaczków pocztowych wartości 25 gr. O tych wstępnych pracach dowiedziała się policja i Szulicha pochwyciła wczoraj na ul. Wielkiej, gdy powracał z narady z jakimś wspólnikiem. Przy S. znaleziono kliszę cynkograficzną ze znaczkiem 25-groszowym oraz wzór znaczka rządowego do skopjowania. Szulicha osadzono w więzieniu

Czytaj dalej

Podrzucone kosztowności zwrócono proboszczowi

Dozorczyni domu Nr. 4 przy ul. Ząbkowskiej w Warszawie, Władysława Wernikowa, schodząc do piwnicy znalazła w korytarzu jakieś zawiniątko, w którym znajdował się kielich do komunikantów i złota patyna. Znalezione przedmioty dozorczyni zaniosła do XV komisariatu P. P. Ponieważ nie ulegało wątpliwości, iż kielich oraz paty na pochodzą z świętokradczej kradzieży policja wszczęła dochodzenie, by ustalić skąd przedmioty te pochodzą. Po kiikudniowem śledztwie ustalono. iż kielich oraz patyna zostały skradzione z kościoła parafji w Cygowie Poświętnym pod Wołominem. Wczoraj przyjechał do Warszawy proboszcz tej parafji ks. Sobczak, który poznał znaleziony kielich oraz patynę i zabrał ze sobą. Dalsze dochodzenie prowadzone jest w kierunku wykrycia sprawców świętokradztwa.

Nowy Czas
R.4, nr 63 (4 marca 1934)

We wsi Tule (gm. Kłębów), już od dłuższego czasu grasowali w tej i sąsiedniej wsi Kłębowie, czterej synowie rolnika, Ponichterowie. Byli oni postrachem mieszkańców tych wsi, domagając się pieniędzy na wódkę, w przeciwnym razie grozili zemstą. Podobny teror uprawiali w stosunku do właścicieli sklepów. Swego czasu w Kłębowie, po wyjściu z karczmy, jeden z Ponichterów, usiłował pobić 22-letniego Czesława Zycha, syna sołtysa, ze wsi Tuły. Zych okazał się silniejszy. Ponichter, oddalając się, groził zemstą.Czytaj dalej

Trzy osoby zabite, wiele osób rannych

Nieraz w życiu tak bywa, że mała błahostka staje się powodem wielkiego nieszczęścia! Tak zdarzyło się pod Warszawą w miejscowości Jadowie, dokąd na targi okoliczni wieśniacy wozili swoje różne produkty. Od dłuższego czasu zaprowadzono tam opłatę rogatkową w wysokości 2 zł 50 gr za każdy wóz. Łatwo zrozumieć, że ten nakaz wywołał wśród wieśniaków ogólne niezadowolenie. Ale i ostatni targ byłby się odbył tak samo spokojnie, jak poprzednie, gdyby nie ja kiś krzykacz, który wskoczywszy na wóz, zaczął w sposób podburzający wzywać tłum do czynnego wystąpienia przeciwko opłatom targowym.Czytaj dalej

Zbrodnicza agitacja trafiła na chłopską biedę

Krwawe rozruchy w Jadowie, o których donieśliśmy wczoraj, wy­wołały przygnębiające wrażenie w opinji publicznej. Pragnąc odtwo­rzyć prawdziwy obraz tych zajść i zbadać istotne ich podłoże, dele­gowaliśmy na miejsce wypadków naszego sprawozdawcę. Poniżej zamieszczamy jego relacje.Czytaj dalej