Z inicjatywy kilku osób: Eustachego Kosa, Juliana Kruka – pracowników Urzędu Gminnego, Teodora Skurasa – pracownika Elektrowni huty i Karola Szczypiorskiego – udziałowca tej Huty, z dniem 1 stycznia 1933 roku założono Oddział Ligi Morskiej i Kolonialnej (LMiK). Oddział liczył około 30 członków, na prezesa został wybrany magister Michał Wysokowski, na sekretarza Teodor Skuras.Czytaj dalej

Niedługo świeciły pustkami szaro zielonkawe płótna namiotów w Urlach. Ledwie się rozjechali uczestnicy Obozu Kadrowego, a już zaczęły się zjeżdżać grupy niebieskich koszul z terenu okręgu białostockiego. Dotknięte „obozową zarazą”, opanowane „bakcylem zadowolenia”, z pieśnią na ustach, a walizką lub plecakiem na ramieniu, ciągnęły wesołe grupy ze stacji nad leniwy, błękitnowody Liwiec, gdzie w ciemnozielonej otoczy sosen rozsiadło się buńczuczne państwo dziesięciu namiotów. Radośnie i ochoczo jechała młodzież do obozu i tą radosną pogodą i werwą wypełniła namioty. I nietylko weselem, nietylko rozgwarem pełni młodzieńczego życia, ale i pracą, solidną pracą wyszkoleniową rozpoczętą dnia 16 lipca, gdy Komendant Obozu ob. Rokosz Andrzej otworzył uroczyście obóz. W pogodny wieczór lipcowy, poraz pierwszy za brzmiała pieśń ompiacka, poraz pierwszy gromkie „Cześć Pracy” przeleciało ponad sennemi łęgami, poraz pierwszy na maszt obozowy wpłynął majestatycznie sztandar. I rozpoczęły się obozowe dwa tygodnie, pełne ompiackiej pracy nad sobą, dwa tygodnie pracowitego odpoczynku, zdala od zgiełku i gwaru miast, w bezpośredniem zetknięciu się z ożywczą naturą.Czytaj dalej

„Warszawa opustoszała”. Nie jest to frazes zdawkowy, powtarzany corocznie w lipcu i sierpniu, ale fakt, któremu zaprzeczyć niepodobna. Rzuca się to przecież w oczy każdemu na ulicach miasta. Ile osób wyjechało i dokąd, z całą ścisłością odpowiedzieć trudno, nie będzie chyba jednak przesady w twierdzeniu, że conajmniej dziesiąta część mieszkańców Warszawy w obecnej porze pożegnała mury duszne miasta i podążyła szukać wypoczynku u wód i uzdrowisk lub na letnich mieszkaniach. Pomijam tych, którzy bawią w Zakopanem, Krynicy, Szczawnicy lub u wód austryackich, belgijskich czy skandynawskich. Ci kuracyusze stanowią mały procent od ogólnej liczby letników, gros wyjeżdżających z Warszawy — to właśnie ci, którzy z rozmaitych względów szukają siedzib w pobliżu.Czytaj dalej