Wybuch II wojny światowej i okupacja (IV)

Halina Podruczna

Wkrótce zobaczyliśmy czoło swoistego pochodu. Ludzie dźwigali na plecach dobytek całego życia, zawiązany w tobołki lub upchany w tekturowych walizkach. Nieliczni pchali wózki dziecięce, naładowane dobytkiem, dzieci niosąc na rękach. Krysia, koleżanka Ireny, szła, trzymając na ręku dziesięciodniowe niemowlę. Obok niej matka, pani Zduńczykowa, dźwigała rzeczy niezbędne dla trzech osób. Niektórzy prowadzili ze sobą kozy i inne domowe zwierzaki, które szkoda było zostawić. Były też paniusie, które niosły na ręku swoje pieseczki, dokarmiając je smakołykami, wtedy gdy dzieci były głodne i spragnione. Wydawało mi się to niesprawiedliwe. Tego dnia ta ludzka rzeka dotarła do wsi Nadma, około 5 km od Wołomina.

Dzieciństwo – budowa domu (III)

Moja grupa przedszkolna, 1934. Siedzę dwa rzędy poniżej pani przedszkolanki, w bluzce z marynarskim kołnierzykiem
Moja grupa przedszkolna, 1934. Siedzę dwa rzędy poniżej pani przedszkolanki, w bluzce z marynarskim kołnierzykiem

Ojciec często zabierał nas do Warszawy, chciał, byśmy poznawali stolicę Polski. Zwiedzaliśmy ogród zoologiczny, gdzie wpadłam do świnek morskich. Oglądaliśmy również wioskę murzyńską, chociaż nie […]

Dzieciństwo – budowa domu (I)

Dom muller

Niewiele zachowało się fotografii domu. Na jednej z nich widzimy budynek od ul. Przejazd 4. W furtce stoi mój tata z Ireną i Julkiem. Z lewej strony ogromne akacje, a wśród nich krzyż i ledwo widoczna latarnia. Latarnia ta jest jedną z czterech na każdym rogu ogrodzenia, okalającego kapliczkę wykonaną z ogromnego głazu, na którym wykuto napis: „Któryś za nas cierpiał rany Jezu Chryste zmiłuj się nad nami. 1907 r.”.

Duszków złych nie było w Wołominie…

jeszczejednozycie
jeszczejednozycie

Dom nasz stał w lesie, w otoczeniu młodziut­kich sosenek i śmiesznych, drapiących chojaczków, z których można było formować salony i ja­skinie. Hodowaliśmy “własne” drzewka pielę­gnowane z nasienia. Ileż to było płaczu w całym domu, gdy któregoś ranka krowa zjadła mój uko­chany maleńki chojaczek. Nieomal każdy krzak z najbliższych domu jako nasz “osobisty znajo­my” był związany z opowieścią o mieszkających tam krasnoludkach i dobrych  wróżkach. Duszków złych nie było w Wołominie, nie miały prawa dostępu.

Lejtnant Misza szuka Basi

basia
basia

Basia, dziś Pani Barbara, też na pewno pamięta tamte dni, przyjaźń z Panem Miszą, który potem poszedł ze styczniową ofensywą, ale gdzieś w okolicach Wołomina, Jabłonny i Legionowa zostawił cząstkę swego serca. On też pamięta małą polską dziewczynkę. Po 30 latach nadal więc żyje wojenna przyjaźń żołnierza i dziecka.