Wolą Wyszków niż Warszawę

Jest rzeczą wielce ciekawą obserwować życie szeregu małych miast. Ileż dają nam tego rodzaju obserwacje wrażeń, o naprawę wielce rozpiętej skali. Istnieją miasta, które mimo bliskiego sąsiedztwa z wielkiemi ośrodkami — są od nich bardziej oddalone, niż jakieś dziury na zapadłej. prowincji. Poprostu tego rodzaju miasta, zupełnie nie wykorzystując swe położenie, podlegają jakimś prawom odśrodkowym, zamiast — wedle logicznego myślenia — w kierunku dośrodkowym. Miasta te pędzą żywot wegetujący z dnia na dzień. Nie jest bynajmniej spowodowane jakiemiś przyczynami dekonjrnktury gospodarczej. Poprostu senna atmosfera i brak jakichś zewnętrznych pobudek sprawiły ten letargiczny sen.

Radzymin dzieli od Warszawy 21 kilometrów. Przestrzeń zdaje się nieduża. Szosa Warszawa—Białystok przechodzi przez samo miasto. A kolejka Marecka, odchodząca z Pragi wiąże znaczną ilością pociągów Radzymin ze stolicą. Zdawałoby się, że wszystko jest w porządku. A jednak… Radzymin robi wrażenie na przybywającym jakby był odległy nie o 21, lecz o 210 kilometrów od stolicy. Ile światła na tę, jakże paradoksalną sytuację daje powiedzenie jednego z luminarzy tamtejszych miejskich: — Bo my proszę pana ciążymy raczej ku Serockowi, czy Wyszkowowi, niźli ku Warszawie. Kolejka Marecka pokrywa przestrzeń dzielącą nas od Warszawy w przeszło godzinę. To jest poważnym szkopułem…

Niewątpliwie kolejka, wlecząca się rozpaczliwie długo — nie jest odpowiednim już dziś środkiem komunikacji. Ale w żadnym wypadku nie można ciężaru całej odpowiedzialności przerzucać li tylko na nią. Ciążenie w stronę Wyszkowa, czy Serocka jest przecież zjawiskiem wysoce charakterystycznem?

W Zawierciu — mieście pozbawionem dobrej komunikacji szosowej ze Śląskiem i nieposiadającem do tej pory rozwiniętego ogrodownictwa, sadownictwa, czy hodowli drobiu buduje się specjalnie skrócone szosy, któreby pozwoliły na eksport warzyw i owoców w zakładanych dopiero ogrodach i sadach. Zawiercie więc — umarłe pod względem przemysłowym miasto — wysiłkiem pracy wszystkich obywateli — stwarza sobie możliwości lepszego kontaktu i zbytu towarów na tak wielkiem zesypisiku ludzikiem, jakiem jest Śląsk.

Tymczasem Radzymin, leżący tuż opodal ostatnich przedmieść Warszawy, odseparowuje się zupełnie od tej stolicy, pędząc żywot miasteczka z głuchej prowincji. Położony w pięknej zdrowej okolicy, otoczony ze wszystkich stron lasami, mający w pobliżu miłe letnisko wraz z rzeczką Rejentówkę — Radzymin mógłby się stać, dzięki swym warunkom naturalnym idealną siedzibą dla ludzi pracujących, którzy czy ze względu na zdrowie, czy to z powodów natury finansowej nie mogliby mieszkać w stolicy. Czy jednak zrobiono coś aby ludzi tych ściągnąć do Radzymina, podnosząc w ten sposób ogólny dobrobyt, zwiększenie obrotów miejscowego handlu i rozbudowę całego miasta? Kilkakrotnie zadawaliśmy te pytanie, otrzymując odpowiedzi, że właściwie wybrukowano przecież ulice, że jest światło elektryczne, tylko ta kolejka…

Wszystkie więc winy ponosi nieszczęsna kolejka. Trudno uważać, że tak rzecz wygląda naprawdę. Kolejka — kolejką, a senność i brak należytej inicjatywy sobie. 7500 mieszkańców liczące miasto posiada takie urządzenia, jak rzeźnia, elektrownia, łaźnia, hala targowa, świeżo wybudowaną szkołę. Stan zadłużenia tego 7 i pół tysięcznego miasta wynosi obecnie wraz z długami krótkoterminowemi 350 tysięcy złotych, z czego większość przypada na dług w Banku Gospodarstwa Krajowego, reszta na skarb Państwa i Polski Bank Komunalny.

Niewątpliwie pięknym projektem był plan stworzenia parku, mającego powstać na terenie zakupionej przez miasto 28-morgowej resztówki. Na 4-ch morgach stworzono targowicę miejską, reszta zaś przeznaczona została na rozbudowę miasta oraz stworzenie parku miejskiego. Szkoła, piękny dwupiętrowy budynek, została już wzniesiona. Tak jednak jakoś nieszczęśliwie ją rozplanowano, że jak narazie dzieci bawią się w błocku przechodzącej opodal drogi, zaś okna wychodzą na pełen brudnej wody kanał. Park miejski pozostaje dalej w sferze projektów. Narazie stworzono zaczątek w postaci szkółki rozmaitych drzew, z których część ma służyć do wysadzania ulic. Wartoby jednak, aby zanim przystąpi się do rozplanowywania parku i wysadzania ulic drzewami — wybrukowano szereg najbliższych rynkowi ulic, tonących w błocie. Nawet jedna z części rynku do tej pory jeszcze nie została wybrukowana, stwarzając całe połacie pokryte lepkiem błotem.

Senność atmosfery miasta — ośrodka o znaczeniu promieniującem — odbija się również na terenie całego powiatu. Cały powiat radzymiński posiadający charakter wybitnie rolniczy (przemysł reprezentują jedynie cegielnie pod miastem) posiada kilkanaście organizacyj o charakterze społecznym. Organizacje te niezwykle słabe wykazują tempo życia. Wprawdzie odbywają się walne zebrania i posiedzenia tych organizacyj, ale — niestety — ich działalność wyczerpuje się na tem. Powiat, podobnie jak miasto nie wykorzystuje w racjonalny sposób swego bliskiego sąsiedztwa z Warszawą.

Odseparowawszy się jakimś chińskim murem od stolicy, Radzymin śpi! Nie jest bynajmniej przesadą podobne twierdzenie. Cisza unosząca się nad miastem i powiatem potwierdza to. Zwalanie całej winy na złe połączenia kolejowe nie jest istotne. Pod Warszawą znajduje się szereg miejscowości posiadających identyczne środki komunikacyjne co Radzymin, które jednak wysiłkiem i celowością swych dążeń potrafiły wykorzystać bliskość stolicy, jako terenu zbytu, czy też stworzyć u siebie letinisika, bądź też stałej siedziby dla ludzi ze stolicy.

Nic narazie nie znamionuje, aby kolejka Marecka — w myśl pobożnych życzeń luminarzy Radzymina — miała być niebawem zelektryfikowana. Nie znaczy to chyba, że przez to zahamowany zostanie ad infinitum rozwój miasta. Jeśli chodzi o powiat, to przedewszystkiem bardzo celowem byłoby przyjście z pomocą rolnictwu przez stworzenie sieci kooperatyw, czy spółdzielni. Pozatem należy koniecznie obudzić do życia ludzi, którzy — w myśl własnych twierdzeń — ciążą raczej w stronę… Wyszkowa, niż Warszawy. Sen już trwa zadługo. Możnaby się z tego otrząsnąć.

Nawet ostatnie wrażenie, jakie na wyjeżdżającym robi Radzymin, nie jest dodatnie. Wracając spowrotem do Warszawy zatrzymujemy się na chwilę przy pięknie położonym i rozplanowanym cmentarzu bohaterów poległych pod Radzyminem w walkach z 1920 roku. Jesteśmy chwilę przy wspólnych mogiłach, potem przechodzimy do kapliczki. I tu niestety widzi się brak jakiejś staranności, czy opieki. Osypujący się tynk z obmurowań wspólnych mogił, opadające dachówki z dachu kapliczki, jakieś zacieki — to wszystko sygnalizuje, że nikt spośród mieszkańców, czy władz Radzymina nie interesuje się losem mogił tych, którzy oddali swe życie, walcząc tuż obok, pod miastem. Ten zaniedbany cmentarz jest ostatniem wrażeniem, jakie wywozimy z Radzymina.

Wrażeniem — niestety nienajlepszem.

J. R.

Kurjer Poranny
R. 59, 1935, nr 79

 49 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.