Wdowa po Stanisławie Ręczajskim

Stanisław ożenił się z Zofią córką Mikołaja z Kosin i Doroty Kosińskich, Rogalanka, czy Rawiczanka, trudno wiedzieć. Kosińscy Rogalici w płockiem województwie dom starodawny, „męztwa nie w domiech, ale tam kędy ludziom rycerskim wiecznie imię z dobrą sławą, się mnoży, pokazowali“ (Paprocki, herby stron. 655 w Bibliot. polsk. Turowskiego). Rawiczanie zaś mieszkali na Podlasiu i tam senatorskich dorastali krzeseł, a z Ossolińskiemi się spokrewniali. Bądź co bądź Zofia Kosińska miała świetna parentele.

Mąż niedługo jej umarł i zostawił żonie jedną córeczkę Maryannę, za mężem poszedł ojciec i tylko matka jedna biednej wdowie została.

Młoda Zofia mogła iść powtórnie za mąż, miała w istocie grono młodzieży, co wzdychało za jej posagiem czy wdziękami. Ale ciało męża było jeszcze nie pogrzebione i dla tego nikomu obiecywać ręki swojej nie mogła. Było to w obyczajach staropolskich, że świetnie obchodzono pogrzeby drogich osób; póki tej ostatniej nie dopełniło się powinności, wdowa czy sierota uważała się za niewiastę żałobną, a nieraz tak bywało, że i lata całe na pogrzeb czekać było potrzeba, gdy to i owo stawało na przeszkodzie. Tak i nasza wdowa o małżeństwie nowem myśleć zawczasu nie chciała, czy nie mogła.

Mieszkała zwykle we wsi Grabiach, którą posiadała po mężu. Przy niej znajdowała się nieodstępnie matka i przyjaciel domu Adryan Gołyński podkomorzy zakroczymski, który często do Grabiów zaglądał. Matka z podkomorzym swatali młodą wdowę za Benedykta Witosławskiego. Nie wiemy zapewne, czy o nim to wspomina Niesiecki, jako o rotmistrzu królewskim. Pani Ręczajska dała się wreszcie namówić i obiecała rękę swoją Witosławskiemu. Zapewne przywiązanie grało rolę w tym wyborze Zofii, co zresztą następne poświadczyły wypadki.

Było to w dzień świętej Maryi Magdaleny przed południem około godziny 8ej na pół-zegarzu (22 maja 1615 roku). Pan Witosławski zjechał na zaręczyny do Grabiów i obrząd odbył się podług wszelkich form używanych wśród podobnych okoliczności. Obrączki poświęcał młodym narzeczonym ks. Adam Narzymski, zdaje się zakonnik pauliński, bo akta go nazywają, że był ex ordine eremitarum. Swiadkami obrzędu byli matka i podkomorzy zakroczymski, oraz dwie panny służebne Zofia Sielska i Zofia Święcicka. Pani Ręczajska przystępowała do aktu z wolną niekrępowaną przez nikogo wolą. Czasu ślubu nieoznaczono, ale wesele miało się odbyć zaraz po uroczystym pogrzebie zwłok Stanisława Ręczajskiego.

Jeszcze się goście nie rozjechali z Grabiów, aż przybywa posłaniec z listem do wdowy od p. Tomasza z Leżenic Gostomskiego wojewody i jenerała mazowieckiego. Wojewoda nastręczał się sam za pośrednika pomiędzy wdową, a Wojciechem Ręczajskim bratem Stanisława: szło tam o jakiś układ familijny, o podział dóbr, czy też o coś takiego. Gdy Zofia porozumieć się w tym względzie nie potrafiła z bratem męża, wojewoda chciał jej zrobić tę przysługę i jako uproszony sędzia polubowny, najgrzeczniej nazajutrz do siebie do Rudna zapraszał panią Stanisławowę Ręczajską.

Spodziewała się pewno tego poselstwa pani Zofia, bo ją to wszystko nic a nic nie zdziwiło, ale widać domyślała się jakiegoś na siebie spisku w tych zamysłach wojewody, bo nierada przyjęła zaprosiny i chciała ich owszem szczerze uniknąć. Zawaśnienie z bratem musiało być niemałe, a biedna sierota nie ufała sobie i nie pojechała nazajutrz do Rudna, jakby to ją nic wcale nie obchodziły, ani prośby, ani nastręczanie się wojewody. Zniecierpliwiona rodzina wysłała wtedy do Grabiów poważniejszego dyplomatę, przyjechał po Zofią 3ci brat Jan Ręczajski z żoną. Zwłóczyła długo z wyjazdem, a wreszcie widząc, że się bez tego nie obejdzie, pokryjomu urządziła tak swoje sprawy, że w czasie potrzeby mogła się spodziewać odsieczy od przyjaciół. Zamiast więc 23 pojechała dopiero do Rudna 26 lipca w powozie państwa Ręczajskich i z niemi razem. Towarzyszyła swojej pani jedna tylko służebna Zofia Sielska.

W Rudnie przyjęto ją grzecznie, ale nie zaraz wojewoda rozpoczął rzecz o układ familijny. Zeszedł ten dzień, zeszły dwa następne, a o sprawie ani było słychać.

D. 29go sama wojewodzina mazowiecka Anna, zdajesię sz Leśniowolskich, przyszła po Zofię, żeby razem z nią udać się na mszę świętą. Po mszy zbliżył się do pani Ręczajskiej wojewoda, i wskazując jej na młodziana, którego z sobą przyprowadził, wręcz oświadczył, że to jej narzeczony i że ślub natychmiast się odbędzie. Nazywał się ten zaimprowizowany mąż Floryan Sierakowski. Zofia odparła bledniejąc, że nie może iść za mąż za pana Sierakowskiego, bo już poprzednio zaręczyła się z kim innym. Powiedziano, że to nic nie szkodzi, wiec tłumaczyła się jaśniej pani Ręczajska, że już poszła za mąż, że wiarę swoją ślubowała komu inszemu. Przemoc była jawna, kiedy w podobny sposób musiała się wymawiać biedna ofiara intrygi. Ale porwała ją za rękę opierającą się, gniewna pani wojewodzina i prowadziła do ołtarza, za drugą rękę uchwycił Jan Ręczajski i pomagał wojewodzinie. Zofia mało znała panią Gostomskę, skoro potem nawet imienia jej przed sądem nie mogła sobie przypomnieć. Mszę odprawiał Fryderyk Danigiel proboszcz z Wiskitek, dawniej officyał warszawski i prałat, który zostawał w pewnych stosunkach przyjaznych z wojewodą, skoro był u niego wtedy kapelanem. Danigiel wchodził do spisku i po skończeniu mszy nie odchodził od ołtarza, żeby ślub dawać. Wojewodzina z Ręczajskim przyciągnęli tedy Zofię, Sierakowski stanął obok niej a Danigiel rozpoczął święty obrzęd. Biedna Zofia płakała, krzyczała w kościele, mdlała, wołała na cały głos, że już wzięła ślub z Witosławskim; nic nie pomogło, wojewodzina odpowiadała za nią jak za Halszkę z Ostroga odpowiadał stryj, a potem matka. Danigiel zaś związał stułą ręce Zofii z Sierakowskim i zamienił im obrączki.

Oczywiście państwo Gostomscy wiedzieli dobrze o wszystkiem, co się działo w Grabiach, i nie wierzyli Zofii, że była już po ślubie z Witosławskim. Właśnie dla tego, że wypuścić ją teraz z Rudna byłoby to ślub przyśpieszyć, wzięli się prędko z Sierakowskim.

Zadąsana siedziała cały ten dzień Zofia w Rudnie i dopiero nazajutrz puścili ją państwo Gostomscy, ale już razem z Sierakowskim jako z mężem do Grabiów. Było to 30 lipca. W domu jak w Rudnie Zofia niedopuszczała do siebie narzuconego męża i zamykała się osobno w swoich komnatach, tęsknąc i płacząc. Ale zbawienie było blisko i na to ostatnie rachowała. Doniesiono jej nazajutrz po przyjeździe do domu, że uwija się w Grabiach trzech szlachty dworzan Witosławskiego: narzeczony dowiedział się widać z boku od kogoś, że uwieziono panią Ręczajską do Gostomskich, ale nie wierzył temu, ztąd na wywiady wysyłał naprzód służbę. Przyjechali więc do Grabiów Marcin Lurkowski, Marcin Olszewski i Adam Liszewski. Ułożyła tak Zofia sprawy, że mogła widzieć się z Lurkowskim, naturalnie w tajemnicy przed swoim panem, i w krótkich słowach opowiedziawszy mu rzecz całą, kazała mu co prędzej biedz do Witosławskiego z uwiadomieniem, co się stało: czasu jest dosyć, może przybiedz z pomocą i wyzwolić narzeczoną z rąk nieprzyjaciół. Na dowód zaś, że serdecznie pragnie takiej pomocy, zdjęła Zofia z palca swego pierścień złoty z rubinem i poleciła, żeby go Lurkowski oddał narzeczonemu. Chodziło o to, żeby zapewnić sobie wygrane; Sierakowski mógł najście odeprzeć zbrojną ręką. Więc przemyśliwając nad tem Zofia, urządziła tak zawczasu już sprawę, żeby uwiezienie jej obyło się bez rozlewu krwi i niebezpieczeństwa. Nazajutrz tedy miała wyjechać na spacer do żniwa w pole i tam powinien ją był porwać Witosławski Sierakowskiemu. Trzech dworzan odjechało Grabiów, a Zofia odetchnęła. Sierakowski ani się domyślał o spisku. Zofii nie odstępowała na krok czuła bratowa pani Janowa Ręczajska, Katarzyna z Płochocina, taż sama, która z mężem uknuła taki spisek na niewinną ofiarę, ale umiała się dobrze wziąść do rzeczy Zofia, skoro potrafiła podejść czujność niebezpiecznych swoich argusów; dla Sierakowskiego pewnie udawała więcej grzeczności, dosyć, że postawiła na swojem. Wszyscy troje: Zofia, Katarzyna i pan Sierakowski mieli się udać na spacer do żniwa. Było to 1 sierpnia. Katarzyna kazała zaprządz swój powóz, bo jeszcze zupełnie bratowej nie dowierzała i wsiadła z nią razem, pan Sierakowski konno towarzyszył mniemanej żonie i pani Janowej Ręczajskiej. Jechali i w poufnej gawędzie rozmawiali sobie, a Zofii serce biło. Już odjechali daleko od dworu, aż czujne oko pani Katarzyny dojrzało wysuwający się z lasku, który zasłaniał dalszy widnokrąg, liczny orszak zbrojnych. Tknęło ją to niemiło; czego nie widziała, to sercem odgadła, aż wreszcie ostrowidzowem wpatrzywszy się okiem, rozeznaje wyraźnie Witosławskiego na czele orszaku. Można sobie wystawić przerażenie jej i Sierakowskiego. Zadrżała i woźnicy swojemu kazała natychmiast zawrócić konie i jechać piorunem do Ręczaj. Złapali się, Ręczaje już bliższe były jak Grabie, a do tego większa pewność dla nich w Ręczajach aniżeli w Grabiach, gdzie służba oczywiście więcej sprzyjała Zofii jako własnej pani. Na nic się to wszystko nie zdało. Chociaż woźnica tęgo popędzał konie, Witosławskiemu lżej było, biegł jak szalony a za nim cały orszak zbrojny. Wreszcie dogonił powóz i wieńcem go otoczył ze swemi. Kazał stanąć woźnicy, który rad nierad wśród grobowego milczenia swoich państwa, posłuchał. Wtedy Zofia widząc, że jest wśród swoich, wychodzi pośpiesznie z powozu Ręczajskich a wsiada natychmiast do powozu swojego obrońcy, który był tak oględny że nawet i o tem nie zapomniał, że trzeba wygodnie uwozić kochankę. Zofia tedy w powozie, Witosławski obok niej, a za nim orszak cały, wszystko to pojechało do Grabiów na chwilę. Oczywista rzecz albowiem, że zostać się dłużej w Grabiach było to na czyste wystawić się niebezpieczeństwo, gwałt byłby na gwałt, i to gwałt teraz straszniejszy. Zatem wziąwszy co kosztowniejsze i co potrzebniejsze rzeczy, Zofia zostawiła wieś swoją i pojechała dalej z Witosławskim.

Co było właśnie powodem do takiej napaści na Zofię, akta tego nie wykrywają dostatecznie, ale domyśleć się można mniej więcej. Jużcić tu głównie chodziło zapewne o stosunek majątkowy; mieli w tem jakiś interes Ręczajscy, żeby wydać bratowę za mąż według własnej woli, może kupili by sobie przez to pewne korzyści.

Zofia musiała być bogatą, więc obudzała w innych łakomstwo, a cóż dziwnego, że chciała być panią swojej woli? Oczywiście była wtedy młodziutką chociaż wdową. Gostomscy zaś sprzyjali tej intrydze i wyraźnie jej dopomagali, bo musieli być spokrewnieni albo z Ręczajskiemi albo z Floryanem Sierakowskim – pomagali więc swoim. Wypadek cały zresztą bliznięco podobny do wypadku Halszki księżniczki na Ostrogu.

Ale biedę na siebie wielką wywołali. Zofia oczywiście postanowiła prawem się bronić i pomścić swojej krzywdy; nie było czasu do stracenia. Obiegła przyjaciół natychmiast, i wielkich ludzi rzeczypospolitej postawiła przeciw Gostomskim. Ujął się za nią Feliks Kryski kanclerz wielki koronny, dalej Ludwik Wejher podkomorzy chełmiński, starosta słuchowski, nareszcie mazowiecki, pan Jędrzej Nakwaski. O! źle z wami panowie Ręczajscy! W tydzień po tych wypadkach kanclerz z podkomorzym i Nakwaskim zeszli do konsystorza warszawskiego i jako świadkowie podpisali się na zeznaniu pani Zofii Ręczajskiej, która z najdrobniejszemi szczegółami opisywała przemoc, jakiej padła ofiarą. Zeznanie to przyjmował ksiądz officyał Raciborski i pisarz konsystorza Szymon Szawłowski. Zofia oświadczyła, że prawem tej rzeczy chce dochodzić. (Acta Cons. Varsav. ks. 12 fol. 203.–206.)

Rzeczywiście sprawę tę wywołała Zofia przed sądy świeckie, ale z wielką naszą żałością nie mogliśmy dotąd wynaleść śladów, jak się to wszystko skończyło. Światełko małe rzuca na ten przedmiot inna okoliczność, że 12 października następnego roku a więc 1616, także w konsystorzu warszawskim stanął Mikołaj Milewski, dworzanin służebny Floryana Sierakowskiego, i w imieniu pana zapozwał proboszcza z Siennicy księdza Jana Chojnowskiego, żeby zeznał i przysiągł, gdzie widział pana Sierakowskiego w niedzielę po ostatniem Przemienieniu Pańskiem. Stanął na pozew proboszcz i zeznał: że 7 sierpnia w niedzielę widział pana Florjana w Żelechowie w gościnie u Michała Cieciszewskiego; przyjechał Sierakowski do Żelechowa tego dnia pod sam koniec obiadu, jadąc z Lublina; w dwie godziny po obiedzie proboszcz wyjechał do siebie do Siennicy a Sierakowski został na dłużej w Żelechowie. (Acta Cons. Vars. ks. 2, fol. 294)

Juljan Bartoszewicz
Kalendarz Illustrowany dla Polek na rok 1861

 122 odsłon,  2 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.