historia terenów powiatu wołomińskiego

w dokumentach i wspomnieniach

II Wojna Światowa Strachówka wspomnienia

Styczniowe wysiedlenie (I)

Pewnego dnia Frania przynosi wiadomość, że ludzie opowiadają, jakoby już od dwóch dni jadą wagony z Warszawy z Żydami na Treblinkę. Niektórym udało się wyskoczyć w biegu, ale ich powystrzeliwano. Ktoś ze wsi leżącej przy torze opowiadał, jak Żydzi konali na zimnie, leżąc w polu, jęczeli straszliwie, ale wieśniacy bali się im dopomóc, opatrzeć rany. Za to złodzieje mieli bal, obrabowali ofiary, nie zawahali się nawet przed ściągnięciem z nich ubrań. Cóż, odzież jest droga, a tym umierającym i tak się nie przyda.

Jurek chrząka, zaciskam wargi. Gdy Frania wychodzi, wybucham płaczem. Może rodziców już nie ma, może to oni właśnie leżą gdzieś na śniegu. Biedni, nieszczęśliwi ludzie z ghetta. Ala i Jurek uspokajają mnie. “To tylko plotki”. I ja chcę wierzyć, że to kłamstwo.

Po dwóch dniach przyjeżdża Gerta. Wiadomości, niestety, potwierdzają się. Znów masowe wysiedlenie. Placówki przestały wychodzić na robotę, opowiadają, że rzucano pociski na niemców, że kilka domów spalono. Robię sobie wyrzuty, oskarżam się, że podczas mojego 5-miesięcznego pobytu po aryjskiej stronie nic dla rodziców nie zrobiłam i dałam im zginąć.

– Zastanów się – mówi Jurek – cóż mogłaś zdziałać, przecież cały czas myślałaś o nich, a same, czy jesteś dobrze urządzona? Czy jesteś w bezpiecznym miejscu? Wiesz, jak wszystko tu stoi na kurzych łapkach.

– Ale żyjemy – upieram się – dziś żyjemy. Jeżeli teraz przetrwamy, muszę ich ściągnąć i już się z nimi nigdy nie rozłączę.

– Jeżeli przetrwają – mówi nieopatrznie Ala, widząc moją rozpacz – napiszesz, aby tu przyjechali. Co będzie, to będzie. Wiem, że żyć bez najdroższych to tak, jakby wcale nie żyć.

Ach, Alu, jakaś ty dobra!

Czekamy teraz z niecierpliwością na przyjazd Gerty, która ma się dowiedzieć o nich w ghetcie i przesłać im tragicznie brzmiące listy, zaczynające się od słów: “Jeżeli Opatrzność pozwoli, aby pismo to doszło do waszych najdroższych rąk…”

Po kilku dniach przyjeżdża. Widzę ją z daleka i wybiegam na spotkanie. Gerta rzuciła: Wszystko w porządku. Wszyscy wasi żyją. Ojciec, matka, wujek, teściowa, Zosia i Benio.

Nieprzytomna ze szczęście wpadam do pokoju, gdzie przy akompaniamencie moich nieartykułowanych dźwięków, wykonuję dziki taniec, który ma wyrazić największą radość, a może być śmiało przyjęty za atak furii.

Wywieziono z ghetta znów kilka tysięcy ludzi, na razie jest spokój i placówki wychodzą do pracy.

Sto razy każę sobie opowiadać o telefonicznej rozmowie Gerty z ojcem i wujkiem. Wreszcie piszę listy szczęśliwe i szalone, zraszając je obficie łzami szczęścia i nieopatrznie, za pozwoleniem Ali, zapraszam ich na Sławek.

“Zawsze macie tam miejsce zabezpieczone, nie narażajcie się na następne wysiedlenie. Jeżeli los był dla was dotychczas łaskawy, nie trzeba go nadużywać”.

Jurek pisze do matki i siostry podobne epistoły z takim samym zakończeniem (za pozwoleniem Ali), “przyjeżdżajcie”, dodając przezornie “w ostatecznym wypadku, bo u nas też nie jest pewnie”. Gerta przewozi listy pod korkiem w pantoflach, ulubione miejsce dla korespondencji ghettowej. Po pewnym czasie otrzymuje odpowiedź. Rodzice piszą, że szczęśliwym przypadkiem udało im się przeżyć. Ojciec jest niezbyt zdrów (co rozumiem, że jest bardzo chory), że na razie jest tam cisza, a przyjechać do nas boją się ze względu na nasz spokój. Uczynią to w ostateczności, gdy już nie będzie innego wyjścia.

Ale skąd można wiedzieć – myślę – kiedy jest ostateczność, owa minuta przed dwunastą?

Po upływie tygodnia Ala w sobotę rano dostaje zawiadomienie, że odprawa tajnego wywiadu organizacji podziemnej tym razem odbędzie się u niej na Sławku. Uczestnicy mają przyjechać około godziny 12-ej w południe, Sławek jest tak szczęśliwie położony na uboczu, że jest wymarzonym miejscem na tajne zgromadzenia, Jurek i ja, jako nie należący do organizacji, mamy stać się niewidzialni, do czego już przywykliśmy. Najgorsza sprawa z Erykiem, który kręci się, jak bąk po całym domu. W końcu zabieram go na spacer. Idziemy pustym polem koło lasu, jest piękny, słoneczny dzień lutowy, Rzucamy w siebie kulami ze śniegu. Eryk opowiada mi jakieś historie szkolne. W końcu zmęczeni wychodzimy na drogę, kierując się w stronę domu.

– Patrz – woła nagle mały – idzie mama i jeszcze kilka osób

Mrużę krótkowzroczne oczy, ale oprócz wielu kresek w dali, nic nie mogę dojrzeć.

– Pójdziemy na ich spotkanie – proponuje chłopczyk. – Czy jesteś pewny, że to twoja mama? – pytam.

– Ale naturalnie – oburza się Eryk – moją mamę poznałbym na drugim końcu świata.

– Kogo jeszcze widzisz?

– Jeszcze dwie kobiety i trzech mężczyzn.

– Może moi rodzice – przebiega mi przez myśl – ale czyżby szli tak nieopatrznie grupą przez wieś, gdzie wszystko zwraca na siebie uwagę?

Eryk biegnie do matki. Podążam za nim i oto jesteśmy już przy nich, Gerte, teściowa, Zosia i trzech nieznajomych mężczyzn w butach z cholewami i w kurtkach.

– Mamo – woła dziecko, ale Gerta nie uśmiecha się.

Kobiety patrzą na nas z rozpaczą i zgrozą. Mężczyźni zatrzymują nas.

– To wasze dzieci? Zdejmuję opadający szalik z głowy. – Ach, to pani? – kłania się jeden z nich.

Poznaję w nim policjanta Jurowskiego, który wraz z kolegą przyjechał na wywiady zaraz po naszym przybyciu na Sławek.

– Te panie zatrzymano, posądzone są o pochodzenie żydowskie, oświadczyły, że idą na Sławek, Więc pójdziemy razem.

Po drodze wypytuje mnie, jak długo Eryk jest na Sławku. Każą mu odpiąć spodenki. Idę obok nich nieprzytomna, na Sławku jest odprawa – zakonspirowane zebranie, na które przyjechało około 20 osób. Co robić? Jak ich uprzedzić, gdzie Jurek? Po prostu ciągnę nogi, staram się chodzić jak najwolniej, ale każdy krok niemiłosiernie i bezapelacyjnie zbliża nas do wesołego drewnianego domku, w którego ścianach za chwilę rozegra się tragedia.

Wchodzimy na podwórze. Teraz wypadki rozgrywają się z taką szybkością, że trudno mi samej się zorientować, jak wszyscy znaleźliśmy się w pokoju, gdzie było zebranie. Jak przez mgłę przypominam sobie Alę, wołającą na grubiańskie przywitanie policji: wolnego, wolnego; jeszcze je tu jestem gospodynią! (wieczna jej werwa), jak te rozwścieczone draby wpadły, gnając nas do pokoju, gdzie wszyscy, ostrzeżeni przez straż mężczyźni, wstali od stołu.

– Cóż to za zebranie? – zawołał jeden z policjantów – dawać dowody!

Zebrani wyciągnęli rewolwery, gotowe do wystrzału. – Oto nasze dokumenty.

Policja schwyciła również za broń. Chwila śmiertelnej ciszy, a potem:

– Strzelaj! – zabrzmiał głos jednego z organizatorów, – I my możemy strzelać, nabojów nam starczy, tylko weźcie panowie policjanci, dwie rzeczy pod uwagę: nas jest dużo, was mało, Poza tym mam nadzieję, że chociaż służycie niemcom, wiecie jednak o tym, że jesteście Polakami. Natrafiliście na polskie zebranie wolnościowe. Jeżeli nam chcecie szkodzić, to wiecie zapewne jaki los was czeka. Takie rzeczy wam bezkarnie nie ujdą.

Cisza. Policjanci chrząkają.

– Myśmy po Was nie przyjechali teraz, więc i dowody wasze nam nie potrzebne, chodziło nam tylko o waszą rasę (!!!), ale widzę żeście Polacy, poznaję kilku z was (było tam kilku miejscowych nauczycieli, urzędników gminnych) – nic wam, naturalnie, nie zrobimy. Możecie być spokojni, pozwólcie nam tylko rozprawić się z tymi zatrzymanymi Żydówkami i z tym Joskiem (Eryk).

– Ten mały, to żyd? Niemożliwe!

– Ha, ha, sprawdzone.

– Pani dowód? – pyta policjant. Podchodzę do szafki i wyjmuję “kennkertę”.

– A gdzie mąż?

– W Warszawie – odpowiada za mnie Ala.

Domyślam się, że udało jej się go ukryć, za co dziękuję Bogu.

Wracają pozostali policjanci, obszukali dom, nie znalazłszy nikogo.

– Kim pani jest? – pyta mnie policjant. – Przecież pan trzyma moje dokumenty.

– Dokumenty mogą być sfałszowane. Te kobiety też zwiały z ghetta, mają fałszywe dokumenty, a jeszcze jaka bezczelna: Żydówka na niemieckie dokumenty!

“Niemieckie dokumenty” wymawia po prostu z szacunkiem, jakby wspomniał jakąś świętość.

Ironia losu! Czyż może być bardziej prawdziwy dokument od dowodu Gerty. Niestety, musi milczeć, bo za przechowanie dziecka grozi jej tak samo kara śmierci, jak ze pochodzenie, Eryk jest blady jak śmierć. Gerta wydobywa z torby przywiezione ze sobą karty, chcąc go uspokoić, gra z nim w jego ulubioną grę. Policja rewiduje torby kobiet, wyciąga z torebki fotografie, przeglądając pilnie notatki.

– Cóż za bezczelność nosić przy sobie fotografię polskiego oficera! – wybucha znów jeden z policjantów.

– To mój mąż, który walczył o Polskę – odpowiada głuchym głosem Zosia. – Niejedną jego fotografię noszę przy sobie.

Zebrani siedzą, jak na przedstawieniu, czy w sądzie, gdzie “najwyższy trybunał” w postaci trzech ordynarnych drabów “sądzi” cztery kobiety i jedno dziecko. “Sądzi za rasę” i wydaje jednogłośnie wyrok śmierci. Zebra. ni członkowie organizacji wolnościowej okazują żywe zainteresowanie tym obrazkiem, ale nie zabierają głosu w tej sprawie. Szepczą tylko, że Ala, znająca jak wszyscy członkowie organizacji, instrukcję o niemieszaniu się w sprawy żydowskie, co może zawsze zagrażać bezpieczeństwu i może naprowadzić, jak to się stało obecnie, na ślady organizacji, powinna była być obojętniejsza.

Ala tymczasem odciąga coraz to innego policjanta do przyległego pokoju. Policjanci jeden przez drugiego przekrzykują się wygrażając kobietom:

– Zabijemy jak psów, pomścimy naszą krzywdę (jaką?), krzywdę naszych braci!

Stoję wtulona we framugę okna. Podchodzi do mnie kilku członków organizacji, którzy mnie znają z wizyt na Sławku.

– Skąd do was te żydówki, co za nieostrożność! Skąd je pani zna?

Teraz orientuję się, że mnie wzięto za aryjkę. Przyłącza się do nich policjant. Może powinnam ich w tym utwierdzić, coś mądrego powiedzieć, ale milczę. Po prostu braknie mi sił.

– No, szykujcie się, przed klombem was ułożymy, albo trochę dalej koło lasku, żeby p. Alinie nie psuć widoku.

Gerta jeszcze ciągle gra z Erykiem w karty. Znów podchodzi do mnie jeden z policjantów.

– Ja tam co do pani pochodzenia mam również wątpliwości. Mnie się zdaje, że pani jest Żydówką, wyszła pani za naszego i mąż tu panią ukrywa.

– Czemu pan tak myśli? – pytam, ciesząc się w duchu, że choć Jurek ma u niego dobrą opinię.

– Nie wiem, zresztą może tak nie jest, trzeba by panią przesłać na śledztwo, bo jako tu zameldowaną, nie mamy prawa pani rozstrzelać. Trzeba będzie wszcząć dochodzenie.

Jeden z bohaterów, który przeszukiwał tymczasem z wielką gorliwością torebkę Zosi, znalazł w niej list. O, o, o! Czyta go na głos. Serce przestaje mi bić. To list moich rodziców, pisany do mnie… W tym pokoju, pełnym wrogów, w tragicznej chwili “sądu” i mającej się odbyć “kary”, słowa rodziców brzmią jak słowa pożegnania. Czemuż jednak słowa, drogimi rękoma pisane, myśli i życzenia najukochańszych, odczytywane są przez przeklęte, nikczemne usta?

“Najdroższe nasze dziecko! Odgrodzone od nas wielkimi murami i daleką niebezpieczną drogą, a tak nam bliskie, tęsknimy za tobą w dzień i w nocy. Myślimy o tobie i modlimy się, abyś choć ty przetrwała. Nasza mała córeczko, każda twoja sukienka, każda twoja drobnostka, to nasz talizman. W najcięższe dni i najtragiczniejsze noce, w ciężkie godziny męki w schronach, gdzie człowiek czuje się jak żywcem pogrzebany, radujemy się, że ty nie przeżywasz tego. Piszesz o swoim do nas przywiązaniu, o twojej ku nam miłości, ach, błogosławione twoje listy. Tu u nas jesteśmy zdani na samych siebie, nie ma tu przyjaźni, ludzie są przestraszeni i w męce, w tej gorączce przed śmiercią stają się sobie wilkami. Dziecko drogie, prosisz nas o przyjazd, ale czy to wam nie zaszkodzi? Czy ta prośba jest podyktowana rozumem, czy tylko sercem?”…

Nie mogę zapanować nad sobą. Łzy płyną mi po twarzy. Kilku siedzących obok panów wyjmuje chusteczki i podejrzanie wyciera nosy. Policjant czyta, czyta słowa o miłości i o konaniu, czyta o zbrodni, niesprawiedliwości i grozie, czyta o sercach niewinnych i dobrych, przepełnionych miłością, czyta:

“Nie myśl o nas, twoje szczęście jest i naszym szczęściem, innego nie mamy. Twoje życie jest naszym życiem”…

Drab kończy czytanie listu, który nie wywarł na nim żadne go wrażenia.

– Do kogo ten list, do kogo?

– Do znajomej w Warszawie, ale jej już nie znalazła – odpowiada Zosia.

– Kłamiesz, kłamiesz! – wścieka się chłopisko wymachując rękoma przed nią.

W końcu Ala wyprowadza go na konferencje. Po kilku godzinach wszyscy policjanci są obrobieni i godzą się na okup pieniężny. Oddaje połowę naszych zapasów pieniężnych i policja opuszcza nas, a uczestnicy zebrania również rozjeżdżają się. Zostajemy sami. Ale przyprowadza Jurka, którego ukryła w jakimś chlewiku. Patrzymy długo, milcząco na siebie. Zosia dostaje silnego krwotoku i leży na wpół przytomna. Teściowa spazmuje. Gerta siedzi jak posag kamienny z Erykiem na kolanach, Ala i ja biegamy od teściowej do Zosi, nie wiedząc jak in pomóc. Jurek i Cybulski, zupełnie wytrąceni z równowagi, palą papierosy jeden za drugim, Frania w kuchni zalewa się łzami i oświadcza, rzucając mi się na szyje, że wszystko wie i nas nie opuści aż do śmierci (tek się też stało), że członkowie partii to świnie, bo wcale nie reagowali na naszą krzywdę i że ona wypisze się z tej organizacji. Uspokoiwszy się nieco teściowa i Zosia opowiadają o strasznej akcji styczniowej.

“Uratowałyśmy się, siedząc w schronie. Była tam murowana nisza, do której wchodziło się przez otwór zamaskowany zlewem. Zabrano bardzo znaczną ilość ludzi z szopów, domów i placówek. Z opustoszałych mieszkań wywożono rzeczy. Trwało to kilka dni. Niemcy, do których strzelano z okien i których obrzucano pociskami, z bezwzględnym okrucieństwem męczyli ludzi i tak już skazanych na śmierć. Gdy kilka domów stanęło w płomieniach, sądziłyśmy, że nie ma ratunku, ale potem uspokoiło się. Postanowiłyśmy uciec stamtąd, ponieważ nie ma sensu zostawać na miejscu, gdzie zewsząd czeka nas zagłada. Boimy się nowego wysiedlenia i tak życie jest tam straszne. Nie możne zupełnie poruszać się po ulicach, po których niemcy bez uprzedzenia strzelają. Jest na przykład taki młody hitlerowski bandyta, który “kursuje” od 5-7 wieczorem, mierząc przeważnie do kobiet. Wyloty ulic są najczęściej obstawione, tak, że chcąc dostać się z jednej ulicy na drugą, czasem nawet z jednego domu do drugiego, trzeba wędrować przez dachy, piwnice, skakać przez mury. Przez ulice mogą chodzić jedynie grupy oficjalnie pracujących. Każdy list doręczony przez rodziców, każda paczka odzieży, którą od nich otrzymałam, to narażenie życia, to ciężka i niebezpieczne wyprawa”.

Kiedy w końcu zdecydowały się opuścić ghetto, porozumiały się ze znajomym kierownikiem placówki – Żydem. Była to grupa robotników pracujących na dworcu. Czekano kilka dni na łagodną wachę i w końcu udało się kierownikowi przetranslokować je na stronę aryjską. Łagodna wacha porządnie obiła teściową, poddając w wątpliwość, czy będzie w stanie pracować na dworcu ze względu na wiek, Potem obszukali “szmugiel” pracowników, którzy wywozili ubrania z ghetta, zamieniając je na żywność u Polaków i opustoszyli im plecaki. Przez trzy dni starały się one jakoś ulokować w Warszawie. W końcu zdecydowały się, że w mieście żyć nie sposób i przyjechały za Sławek.

Późno kładziemy się spać.

– Będziemy musieli stąd wyjechać – mówi Jurek – Dwudziestu członków organizacji wie, że tu byli Żydzi. Każdy z nich opowie o tym swojej żonie, ta z kolei matce, czy też przyjaciółce, rozejdzie się wieść po okolicy, sensacja. Policja ze swej strony też podejmie kroki, ponieważ będzie chciała być kryta przed żandarmerią. Puścili Żydówki przy świadkach! Pozycja Cybulskiego i Ali też mocno ucierpiała. I tak skończy się szczęście sławkowskie, mały domek nie będzie schronieniem dla bezdomnych, gnanych i prześladowanych ludzi, jego ściany nie będą już nas odgradzać od wrogów, złe oczy nas wytropiły.

Nazajutrz Gerta wyjeżdża z Erykiem. Umieści go na razie u Fiutkowskiego, a potem będzie się starać o jakieś miejsce. Proszę ją, aby i dla nas coś przyszykowała, przyrzeka, ale ja z góry wiem, że sama jest bezradna i nic nie załatwi. Zosia jest chora i tak słaba, że nie może być mowy o jej wyjeździe.

Znów do ghetta? Może już lepiej kryć się w bunkrach? Ludzie składają się na budowę wielkich schronów. Ale jak okropnie jest myśleć o powrocie do piekła. Obie mają wyrzuty sumienia, że swoim przyjazdem zepsuły nam locum. Jak lekkomyślne były listy pisane do rodziców o przygotowanym dla nich schronieniu! Moi biedni staruszkowie, nie mam już ani dla was, ani dla siebie kąta!

Na razie zostajemy na Sławku z tej prostej przyczyny, że nie mamy dokąd jechać. Cybulski przynosi z gminy coraz gorsze wiadomości, plotki rozchodzą się z niebywałą szybkością. Ala dostaje formalne ostrzeżenie z organizacji za przetrzymywanie Żydów. Siedziny jak na minie, która w każdej chwili może wybuchnąć.

Wybieram się znów do Warszawy, aby coś wynaleźć, choć nie mam na to żadnych nadziei. W przeddzień niego wyjazdu przyjeżdża Olszewski. Zupełnie nie jesteśmy w nastroju do bimbru i muzyki. Teściową i chorą Zosię transportujemy do niszy Frani, ponieważ Bolutek ma zwyczaj latania po całym domu. Staramy się robić dobrą minę dla niepoznaki. Bolek jest w poważnym i jakby uroczystym nastroju. W pewnej chwili oświadcza, ni, że mówią w gminie o różnych rzeczach i jeżeli jesteśmy w to wmieszani (słowo “Żyd” jest zbyt straszne, nie zostaje naturalnie wymówione), powinniśmy się mieć na baczności. On ze swej strony będzie w miarę możliwości donosił nam o tym, co mówią na posterunku policji granatowej.

– Jeżeli nie macie dokąd jechać, mogę was na razie umieścić we wsi u wuja. Jurek to mój stary przyjaciel, chce odpocząć. Albo, że oficer, a takich chętnie się przetrzyma, Będę wam pomagał…

Jestem wzruszone, bąkam coś pod nosem, nie wiedząc jaką dać mu odpowiedź.

Tego samego dnia wieczorem dostaję ataku ślepej kiszki. Najbliższy lekarz mieszka w odległości 10 km. Nocą jechać po niego niebezpiecznie. Męczę się okrutnie, nie pomagają żadne domowe środki. Bez przerwy nam torsje. Płaczę z bólu i rozpaczy, że przez kilka przynajmniej dni będę przykuta do łóżka, nie będę mogła jechać do Warszawy, a czas teraz jest nam drogi. Nazajutrz torsje ustały, za to przy najmniejszym ruchu bok boli niemiłosiernie. Stasiek z Alą jadą po ciężkiej błotnistej drodze do Miedz do doktora.

Jurek majstruje coś w tajemnicy w stodole. W pewnej chwili ktoś puka do wejścia frontowego, które obecnie ze względu na pobyt Zosi i teściowej, jest stale zamknięte. Obie uciekają do niszy przy schodach. Powoli złażę z łóżka i patrzę przez szparę. Nogi uginają się pode mną. Nie, ja śnię chyba. Otwieram drzwi, moi rodzice! Płaczę i śmieje się na przemian. Ojciec wygląda na pierwszy rzut oka dobrze, ma twarz okrągłą, pełną, mamusia maleńka, drobna, siwiutka jak gołąb, o twarzy zmarszczonej jak pieczone jabłko, ma wygląd nie 60 letniej kobiety, ale 80 letniej staruszki, ściągają ze siebie ubrania, nałożone jedno na drugie. Grzeją się przy piecu.

Dobry wygląd ojca jest, niestety, opuchlizną, spowodowaną głodem, ciężką pracą fizyczną i chorobą serca. Kładę go na tapczanie, całuję, rozcieram zziębnięte ręce. Teściowe, Zosia i Jurek są tak dalece przerażeni ich przybyciem, że nie mogą się zdobyć na życzliwe przywitanie. Ból w boku nieznośnie mi dokucza, mimo to krzątam się koło nich. Frania grzeje kawę. Tyle pytań, tyle słów ciśnie się na usta – ale wpierw niech odpoczną.

Przyjeżdża Ala. Lekarz pojechał w teren na lustrację tyfusowych i nieprędko wróci. Za to Ala wystarała się dla mnie o zastrzyk pantoponu, który natychmiast prawie przynosi mi ulgę. Na widok moich rodziców okazuje serdeczność, wprost tkliwość. Nigdy w życiu nie zapomnę jej tego. Jest jak zwykle gościnna. Krząta się koło nich, nalewa kawę.

– Nie trzeba na razie mówić im – szepcze – o nowym niebezpieczeństwie, przecież aż żal na nich patrzeć jak są wychudnięci i wystraszeni, niech odpoczną.

Tego dnia kładę się z błogą świadomością, że tuż obok śpią moi rodzice, nie chcę myśleć o niebezpieczeństwie, o tym, że znów grozi mi utrata ich. Dziś jesteśmy razem. Jeszcze raz wsteję, zapalam świecę i cichutko wchodzę do ich pokoju. Patrzę na najdroższe twarze i czuję, że nigdy na świecie nikogo nie kochałam, nie kocham i nie będę kochać tak, jak ich.

Teraz całymi dniami siedzimy w trójkę, przytuleni do siebie. Opowiadamy sobie wszystko bez końca. Chcą o wszystkim wiedzieć i ja również o każdym szczególe ich życia. Chciałabym, aby ojciec dużo leżał i żeby dużo jedli, żeby w ciągu krótkiego czasu na Sławku zdobyli jak najwięcej sił. Jedzenie nasze składa się wprawdzie przeważnie z kartofli, mleka i chleba, ale oni i tego tam nie mieli.

 294 odsłon,  2 odsłon dzisiaj

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.