Pachniało tatarakiem, ścielącym cię na placu w środku miasteczka, na szosie wiodącej do Warszawy, na ścieżkach, po których snuli się ludzie. Setki nóg zmiatały więdnące szybko łodygi, a koła umajonych samochodów roztrząsały je na boki. Ciżba parła na placyk pod szkołą, mijając kościół, gdzie pod murem zakrzepłe nieruchomo starowinki odmawiały różaniec przed sumą. Pod szkołą wśród ustawionych, świeżo ściętych brzózek tak zielonych, jak sztandary zawieszone nad portretami zaaferowany chłopak osłaniał czapką mikrofon, do którego właśnie przemawiał poseł Wąsik.

Mówił o Święcie Ludowym, o wielkich chłopskich manifestacjach, że jak Polska długa i szeroka, pracujący lud wiejski wyraża swą niezachwianą wolę budowy socjalizmu. Megafony roznosiły słowa o sojuszu z klasą robotniczą, nieodzownym warunku pomyślnego rozwoju wsi. Nad miasteczkiem kłębiaste chmury groziły niebieskimi smugami deszczu. Wiatr się wzmógł, furkocząc wstążkami, wplecionymi we włosy dziewcząt. Mówca nawiązał do przeszłości. I wtedy, gdy padać zaczęły pierwsze krople deszczu, jął przypominać chłopom spod Jadowa o strajku chłopskim, o masakrze na rynku, o trupach, które słały drogę odwrotu, cofających się spod ognia granatowej policji. Wreszcie wezwał do uczczenia poległych ciszą.

Tłum stał skamieniały.

Wiatr rozpędził chmury — na trybunę kolejno wchodzili mówcy. Na placyku tłum gęstniał z każdą chwilą. Zajeżdżały furmanki, chłopi zakładali koniom torby z obrokiem i szli posłuchać. Kobiety niosły dzieci na rękach, niektóre przysiadały na wilgotnej murawie, karmiąc niemowlęta. Z tyłu za ludzką ciżbą rżały konie banderii, niezwykłe takiego ścisku. — Szły mowy jedna za drugą, bez pompy, bez patosu, mówili do chłopów działacze robotniczy, studenci, mówił także czarniawy, przysadzisty oficer, o chłopskich synach na uniwersytetach i w wojsku.

O władzy robotników i chłopów.

Chodziłem wśród tłumu, przyglądając się ludziom, słuchając cichych pogwarek, aprobujących celniejsze fragmenty przemówień. Towarzysz, miejscowy korespondent, pokazał stojącą na uboczu kobiecinę w szarym płaszczyku, w gumowych, trochę przydeptanych pantoflach, włożonych na bose nogi, z chustką zsuniętą na tył głowy, odsłaniającą siwe pasma wśród gładko przyczesanych włosów. To Czesława Siwińska, wdowa po jednym z poległych w czasie pamiętnego starcia chłopów z policją, gdy w 1932 r. wybuchł tu w Jadowie bunt chłopski. Przysiedliśmy na ławeczce pod szkołą. Nad głowami huczał megafon.

Wiec trwał.

Kobiecina splotła małe, zniszczone ręce i spoglądając na flagę, którą wiatr zaplątał w gałęzie brzózki, jęła gawędzić.

— 11 lipca to było… Jechałam z mężem na targ coś kupić… Nie pamiętam już co. Na rynku chmara gospodarzy się zebrała. Krzyczeli, klęli, radzili coś głośno. Stary poszedł się spytać, co się tu dzieje. Przyszli sąsiedzi, dawaj pomstować. Gmina wynajęła plac targowiska jakiemuś prywatnemu przedsiębiorcy. On — wiadomo — zaraz chciał na chłopach interes zrobić. Podniósł stawki za placowe dwukrotnie. Chłopi się zbuntowali. Co tam! Nie będzie z nas drań skóry darł — mówili. Nie zapłacimy. Ani podatku nie zmniejszyli, ani zboże, an; jajka nie podrożały. Jakim prawem podnosi stawki? Odmówili zapłaty. Tymczasem policja granatowa otoczyła plac i nikogo nie wypuszczali. Chłopi zbili się w gromadę. Ten i ów schylił po kamień. Policja dała salwę w górę i biegiem — bić chłopów. Mój stary chwycił kłonicę i naprzeciw napastników! Chłopy ruszyły ławą. Policja uciekła za mur szpitala — zaczęły gwizdać kule. Ktoś mnie wepchnął w podwórko. Wtedy zobaczyłam jak mąż skrwawiony upadł.

Żył jeszcze godzinę.

Orkiestra zagrała hymn chłopski, a tłum podchwycił słowa ,,..za kraj nasz krwią bratnią zbryzgany”. Manifestacja dobiegała końca. Przejęci ważnością roli strażacy szeregowali poczty sztandarowe, krzycząc i nawołując delegacje, beztrosko rozłażące się po całym placyku. Dyrygent orkiestry wojskowej, sierżant o zuchowato zadartym nosie z dezaprobatą obserwował wysiłki ustawienia niesfornych cywilów w jakim takim ordynku. Wreszcie podniósł batutę i ruszył zamaszystym krokiem, pociągając pochód za sobą.

Zaczęła się defilada.

Dzieciarnia otoczyła rojem orkiestrę, depcząc muzykantom po nogach. Na trybunie udekorowanej czerwienią i zielenią stanęli miejscowi przedstawiciele władz. Tłum wypełnił uliczkę, kobiety wysadzały nosy spoza ramion mężczyzn, witając znajomych, kroczących w pochodzie. A więc szli ludzie z Samopomocy Chłopskiej, czapkując wszystkim po drodze. Dalej migotały kolana wiejskich zespołów sportowych, dumnych najwyraźniej ze swych nowych kostiumów. Skandowali — Pokój! Pokój! Za nim, dziewczęta ze starannie zaplecionymi warkoczykami dreptały szybko, niosąc transparent, na którym był napis „Dobra nauka, nasz wkład w plan 6-letni” i małe szkraby ze szkoły powszechnej wyciągały nogi, usiłując dorównać dorosłym. Dalej nadjechały furmanki, a na nich całe rodziny chłopskie — mężczyźni, kobiety i dzieci, wystawiające głowy zza drabin, jak jaskółki z gniazda. Wreszcie banderia: niektórzy w siodłach, a niektórzy na płachtach przywiązanych lejcami do okrągłych, wypasionych końskich grzbietów. Były traktory z PGR-u. Kierowcy, jak na wojskowej defiladzie, odwracali opalone twarze w stronę trybuny, podnosząc ręce do daszków czapek.

Kończyła pochód zwarta kolumna podchorążych, wybijając nogami takt na kocich łbach bruku.

Tłum powoli odpływał z powrotem na placyk przed szkołą, zatrzymując się przed budkami z kiełbasą i z piwem, bo pora była obiadowa i słońce przypiekało po deszczu. Tam, na placu, przygotowano część artystyczną Święta Ludowego. Ludzie ustawili się w czworobok, bijąc zapamiętale brawo orkiestrze i chórowi wojskowych. Megafony zapowiedziały właśnie „Kantatę o Stalinie”, kiedy do samochodu, gdzie usadowiłem się na dachu, podszedł chłop wyschnięty jak szczapa, w samodziałowej marynarce, ze spodniami wpuszczonymi w cholewy wyglansowanych butów. Zaczęliśmy rozmowę, a obok przysiadł się inny gospodarz, z czapką naciśniętą na oczy, w koszuli bez kołnierzyka, pod szyją spiętej zapinką. Rozmowa jak zwykle — o urodzajach, o tym, że wreszcie deszcz. Po kilku zdaniach zboczyła w stare dzieje, w sprawę owego strajku, go którego fragmencie opowiadała wdowa. Z rozmowy wynikało, że właśnie oni, a więc Adam Wójcik z gminy Strachówka i Białek z Sulejówka należeli do organizatorów chłopskiego buntu.

Mówił Wójcik, żując w zębach łodygę tataraku o podłożu strajku. Od dawna narastało po gromadach głuche niezadowolenie. Najpierw sprawa podatków. Na gminę Jadów spadać zaczęły dodatkowe świadczenia, bo gmina nie wywiązała się z zobowiązań — tak tłumaczono urzędowo. W istocie nie wywiązała się jedynie obszarnicza rodzina Kurnatowskich, gospodarująca na kilku folwarkach. Wobec tego owe obszarnicze manko podatkowe rozłożono „sprawiedliwie” na chłopów. To pierwszy powód. Drugi — to nigdy niezrealizowana „rychła” reforma rolna. Trzeci — nieopłacalność produkcji rolnej. Czwarty — języczek uwagi chłopskiej cierpliwości — to zdzierstwo przedsiębiorcy pobierającego wygórowane opłaty placowe. Po wsiach, w chałupach biedoty, gromadzili się co radykalniejsi działacze chłopscy, przybywali robotnicy z KPP, wyjaśniając chłopom przyczyny ucisku. Postanowiono omijać targowice — nie płacić, wszcząć bojkot, stawiać postulaty. 11 lipca, kiedy bojkot chłopski już trwał blisko miesiąc — starosta Morawski wydał policji rozkaz zmusić hołotę do posłuchu.

Zginęło 4 chłopów, 7 raniono, aresztowania objęły gminę szeroką falą.

Na placu tłum bił brawo jakiemuś soliście, do występu przygotowywał się chór dziewcząt. Wracaliśmy do miasteczka, mijając ruchliwą rzekę ludzką, szumiącą śpiewem i okrzykami. — Święto Ludowe — mówił Białek, ojciec siedmiorga dzieci i organizator buntu, klepiąc Wójcika po ramieniu. Co bracie? Święto. Nasze.

Tadeusz Jackowski

Życie Radomskie
31 maja 1950
nr 148

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.