W chałupie porządki Już były porobione. Jeszcze tylko trzeba było wynieść na gnojownik śmiecie i zagrabić podwórze, bo przecież na Matkę Boską Zielną wszędzie musi być czyściuteńko – i jakże mogłoby być inaczej. Dwa dni świąt w tym roku, a i ludzi do wsi zjedzie co nie miara. A te obce to strasznie ciekawe. Zajrzą nawet tam, gdzie się ich człowiek najmniej spodziewa.

Było słoneczne sobotnie popołudnie. Chaty brodate przyczaiły się przy drodze, płoty bielusieńko wymalowane biegły gdzieś aż pod las, gubiły się i znowu pokazywały, przy zbliżeniu. Ludzi we wsi prawie nie było. Wszystko w polu — przy pracy. Chłopi podorywali pod orkę jesienną, dzieci pasły krowy na wielkim błoniu. Gwar wszystek ze wsi przeniósł się na rozległe urodzajne równiny mazowieckie…

Kowalikowa pobiegała jeszcze chwilę po podwórzu — zagnała kury do kurnika, świniom rzuciła garść lucerni, bo kwiczały, — poprawiła na głowie kwieciatą chustę, wzięła z sobą przetak i wybiegła drepcąc na pole, by uzbierać najróżniejszego ziela na wianek. Na Zieloną święci się wieńce. To ważna rzecz i ziele musi być wybrane doborowe. Zaraz za stodołą uszczypnęła kilka gałązek rumianku, na miedzy zerwała powoju, potem macierzanki, potem nad strumykiem piołunu. Na świecie było tak pięknie, że aż rozpierało. Poczęła rozglądać się po polach…

— O stara Kuboczka też zbiro ziele…— Pobiegła do niej.

— Coście to nazbirali — hę?…

— A różności. Bo wis Maryś, ze w wionku musi być wszyćko co święto ziemia rodzi. Naści Maryś, po kwioteczku, bo jo mom już dość

— Bedziecie się ta szkodować.

Ale wzięła, bo któż we wsi mógł lepsze ziele wyszukać od niej… Pocałowała starowinę w rękę i pobiegła na łąkę do dzieci.

— Cichojta, nie róbta jargotu, bo czasu nimom, a wieniec na zielną musi być… — Franek lećno pod las na górkę i narwij mi „bożych ran”. Józiek — leć do sadu przynieś porę czerwonych jabłek i kwiat słonecznika…

Krowy tymczasem skubały powoli trawę; robiło się już chłodno pod wieczór, więc nie trzeba ich było znowu tak bardzo pilnować, bo się nie gziły… Od czasu do czasu tylko spoglądała na nie krzyknęła, gdy się zbytnio oddalały. Wnet rozłożyła ziele na ziemi i poczęła układać w bukiet. Każdą łodyżkę nićmi przymocowywała do drugiej, by się broń Boże po poświęceniu nie zmarnowało. Marchew czerwoną pięknie umytą, dwie makówki zarumienione, dwa jabłka zatknięte na patyki — wszystko związała silnie w wiązankę. Potem wplotła żyta parę kłosów, pszenicy, jęczmienia i owsa. Nie wiadomo kiedy powstała wielka i piękna wiązanka — tylko jeszcze parę kwiatków z ogródkach, ale to już jutro, by nie zwiędły, palmy niewiele i gałązkę z zeszłorocznego wianka.

Bo tak mówi tradycja, że moc z jednego wianka przechodzi na drugi wraz z gałązką. Już cały ceremoniał dopełniony…

— Franuś, zanieś wionek do chałupy i połóż przed obrazem…

W dzień Matki Boskiej rozpoczęło się już od samego ranka wykończanie strojenia bukietu. No i oczywiście spór kto wianek poniesie do kościoła.

— Łociec — chyba ty weźmies do święcenio…

— Iii… nie pasuje…

— Matulu — jo, jo poniese…

— O widzds ją — jako jucha pobożnica. Zagodos sie z chłopokaml i wionek bedzie nie oświęcony.

Były łzy i krzyki, ale koniec końców Weronkia wieniec poniosła. Wystroiła się w białą pięknie haftowaną bluzkę, założyła bielusi fartuszek — i roześmiana wyszła z domu —jak zorza, a za nią reszta rodzeństwa… Szła pyszna nie spoglądała na nikogo…

Tymczasem już i z innych domów zaczęli wychodzić z wieńcami i radość, śmiechy i pokpinki sypały się ze wszystkich stron.

Ossów w tym roku, choć nie ma tu partii, święcił wianki u siebie, bo z okazji 18-lecia bitwy na polach ossowskich, przyjechał ksiądz, by na cmentarzyku poległych odprawić uroczystą mszę św. Zjechało się z różnych stron ludzi co nie miara — kompania wojska z Rembertowa, Straż Obywatelska z Warszawy i gości najróżniejszych bez liku. Dziewczęta miały się do togo wdzięczyć, więc jedna chciała być piękniejsza od drugiej. Do twarzy było im z wiankami. Młodzież i starsi zaczęli gromadzić się na cmentarzu. Za ogrodzeniem zakwitło jak w ogródku, zaroiło się i zabarwiło. Chłopi pozdejmowali granatowe maciejówki — porozpinali na piersiach koszule — bo gorącz był straszny.

Kobiety opalone w żółtych, niebieskich i białych bluzkach, kwiecistych chustkach na głowie przysiadły na murawie i zwrócone twarzami do kaplicy modliły się przesuwając ziarka różańca. Dziewczęta tylko i chłopcy roili się po placu — spoglądając na kompanię honorową żołnierzy ustawioną przed wejściem do kaplicy. Wnet jednak zadźwięczał dzwonek — ludzie ucichli — msza się rozpoczęła. Cały plac pochylił się i rozmodlił. Tylko komenda dowódcy kompanii w czasie ewangelii i podniesienia, w ton modlitewny, sielankowy nastrój, wnosiła twarde słowa; krótkie a mocne uderzenia dłoni żołnierskich o karabiny zdawały się mówić — módlcie się spokojnie, my nad wami czuwamy… Msza wnet się skończyła i ksiądz stanął ma progu kaplicy by poświęcić wieńce. Znowu pochyliły się głowy i ludzie żegnali się z przejęciem.

Teraz już wieńce trzeba było nieść nabożnie i uważać, by się coś nie ukruszyło, bo święcone…

Ludzie ławą zaczęli wychodzić z cmentarza. Chwileczkę popatrzyli jeszcze na odchodzące wojsko, pozdrowili gromkim ,„niech żyje” i czym prędzej szli do wsi, gdzie już stała gotowa strażacka kapela.

Weronka zawinęła wieniec w fartuch, by święconego nie zgubić i czym prędzej wracała z ojcami do domu. Spieszyła się, by jak najprędzej zjeść obiad i wracać na zabawę. Kowalikowa na progu domu odebrała wieniec Weronce, wyjęła zeń jabłka, rozkrajała i każdemu dała po cząstce, sama zaś nalała wody święconej na miskę umaczała w niej wieniec i żegnając się poświęciła najpierw obrazy, izbę i komorę i oddała chłopu. Ten zaś z odkrytą głową, wyszedł na podwórze, święcił oborę, stodołę, szopy i wszystkie narzędzia, wreszcie wyszedł na poIe i machnął święconą wodą na cztery strony świata…

— By nos omijały nieszczęścia i by się w polu rodziło…

— Daj, Panie Boże. Amen. – Odpowiedział Franek, który przez cały czas asystował ojcu.

A potem wrócił do domu i zatknął święcony wieniec za obrazem Matki Boskiej, a stary wyniósł na górę i założył za krokwie. Wyrzucić go nie wolno, bo nie daj Boże, krowa zachoruje czy inne stworzenie, to wtedy służy do kadzenia…

— Mamo, dajcie z 50 groszy na los — rzekła nieśmiało po obiedzie Weronka… Czuć jednak było, że to nie prośba o pieniądze, a przypomnienie, że we wsi już zabawa w całej pełni.

— Na złotówkę, ale pamiętoj, byś przed zachodem słońca przyszła do chałupy.

Tymczasem przed karczmą na łączce muzyka grała siarczyste oberki, polki i walce, że ustać było ciężko. Zjechała skądś do wsi karuzela, znaleźli się lodziarze. Przed salką zebrań tłoczyło się najwięcej ludzi. Tu właśnie była loteria fantowa urządzona na budowę nowej szkoły we wsi. Los 30 gr. Można było wygrać wszystko co wieś dać może! Najwięcej było oczywiście drobiu. Przy stole, na którym sprzedawano losy jakiś młodzieniec wykrzykiwał.

— Wygrata kurę do domu na rosół i pożytek bedzie miała cało rodzina — dota pieniądze bedzie szkoła i pożytek bedzie miała cało wieś…

I kupowali ludzie, leciały choć drobne groszaki, ale leciały… Karuzela kręciła się bezustannie, dziewczęta i chłopaki co starsi tańczyli najpierw tańce ludowe, a potem zmęczeni już widać rozpoczęli „miejskie wygibane” tanga. Starzy stali pod płotami lub rozsiedli się na murawie i pogwarzali o swoich sprawach. Może małżeństwo jakieś kojarzyli, może mówili o plonowaniu zboża, może robotach w polu, a może o nowej szkole i drodze przez wieś, która aż się prosi naprawy! Nie wiem, bom się roztańczył i rozśpiewał z innymi.

Tymczasem od lasu, poligonu i łąk szedł już szary zmrok. Różowe niebo jak olbrzymie ognisko płonęło na zachodzie. Pastuchy zganiały już bydło do domów, przerzedziło się trochę, bo ludzie poszli dojrzyć inwentarza przed nocą.

Z łąk niewidzialną falą pchał się w nożdża zapach suchego siana — a chłód rozpływał się po ziemi. Mgła lekka zawisła nad polami i wraz z mrokiem tuliła wieś do snu. Matki zbierały rozbawione, zmęczone, umorusane w kurzu dzieci, prowadziły za ręce do domów, by je położyć na spoczynek. Na podwórzach słychać było nawoływania gospodyń, skrzyp żurawi studziennych, ryk bydła, rżenie koni i ujadanie psów…

— Weronka — wracaj już do domu, bo krowy trza doić…

Muzyka nawet ucichła zmęczona, by odsapnąć na godzinkę, a strażacy tymczasem zapalali latarnie i lampiony, bo zabawa miała trwać aż do rana…

Władysław Suszek

Kurjer Poranny
R. 62, 1938, nr 226

 155 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.