historia terenów powiatu wołomińskiego

w dokumentach i wspomnieniach

II Wojna Światowa Tłuszcz życiorysy

Walka kolejarzy z Tłuszcza z niemieckim okupantem (III)
0 (0)

Ojciec

W związku z tym, że już trochę napisałem o moim ojcu i jego udziale w Tłuszczu w walce z Niemcami wydaje się, że trzeba przybliżyć czytelnikowi jego postać.

W 1918 r. poszedł na front. Najpierw walczył w obronie Lwowa, a później na froncie ukraińskim. Po pokonaniu armii ukraińskiej wcielono go do Pułku Hallerczyków, który przyjechał do Polski w ramach korpusu zorganizowanego przez Generała Hallera we Francji. W tym Pułku wziął udział w ofensywie na Kijów, a później w walkach odwrotowych od Białej Cerkwi i Dniepru do Lwowa. Uzyskał stopień oficerski, był dwa razy ranny i nadano mu dwukrotnie Krzyż Walecznych.

W 1924 roku opuścił wojsko i podjął pracę na kolei w Skarżysku – Kamiennej. Początkowo był hamulcowym pociągów towarowych, czyli jechał w budce umieszczonej na ostatnim wagonie i pilnował, aby nic złego nie zdarzyło się od tyłu. Była to najgorsza funkcja w całej służbie kolejowej. Jednakże dość szybko awansował i został kierownikiem pociągów towarowych. Prawie 10 lat prowadził pociągi z wielkiej stacji rozrządowej w Skarżysku – Kamiennej na wschód, do centralnej Polski i na południe. Pamiętam, że z wyjazdów do Tarnopola zawsze przywoził mi arbuzy, a z Warszawy różne zabawki, np.: modne wtedy „jojo”. Kiedyś z Warszawy przywiózł mi wielką kopertę, a w niej 1000 znaczków pocztowych z całego świata. Zostałem więc filatelistą.

Władysław Trojanowski
Władysław Trojanowski

W 1934 roku wstąpił na kurs dyżurnych ruchu odbywający się w Radomiu. Kurs trwał 12 miesięcy. A więc bardzo długo. Dziś, obecnie takie kursy są nieporównywalnie krótsze. Po kursie odbywał praktyki na różnych stacjach i posterunkach stacyjnych, np.: w Jastrzębiu, Kielcach, na Targówku, w Wieliszewie, Legionowie, itd.. Czasem zabierał mnie ze sobą, co było dla mnie ogromnie interesujące.

W 1936 roku mianowano go na stałe dyżurnym ruchu na stacji Warszawa – Okęcie na nowowybudowanej trasie Warszawa – Radom. Tam zdarzyła mu się okropna przygoda. Zawiadowcą stacji Okęcie był pan Trochimczuk, który wymówił umowy dzierżawy na wypas krów i pozyskiwania siana na poboczach torów – kolonistom niemieckim. Niemcy poszli ze skargą do swojego ziomka Ministra Kolei – pułkownika – legionisty Ulricha. Ten polecił, aby prokuratura aresztowała zawiadowcę stacji i wszystkich trzech dyżurnych ruchu i skierowała akt oskarżenia do sądu. Kolejarzy aresztowano i osadzono najpierw w areszcie na ul. Daniłowiczowskiej a później na Pawiaku. Wstrzymano też wszystkim wypłatę poborów.

Związek Zawodowy Kolejarzy oburzony decyzjami Ministra Ulricha, a był to jeden z najsilniejszych związków zawodowych w ówczesnym czasie – przydzielił kolejarzom adwokata i wypłacał każdej rodzinie równowartość podstawowych poborów. Sąd wszystkich uniewinnił, ale trzy miesiące przesiedzieli w więzieniu na Pawiaku. Minister nie ustępował i kazał wytoczyć kolejarzom dochodzenie dyscyplinarne w Warszawskiej Dyrekcji Kolei. Sąd dyscyplinarny uwolnił kolejarzy od winy naruszenia obowiązków służbowych. Ale Minister Ulrich nie mógł przegrać z jakimiś tam czterema kolejarzami z Okęcia więc zlecił wytoczyć dyscyplinarkę przed Sądem Dyscyplinarnym w Ministerstwie Kolei. Polecił też zwolnienie wszystkich ze służby, a bez wyroku sądowego lub dyscyplinarnego nie było to prawnie możliwe, gdyż zawiadowca i dyżurni ruchu byli pracownikami mianowanymi. Sąd Dyscyplinarny Ministerstwa Kolei również uniewinnił kolejarzy.

Minister był bezradny. Aby się zemścić kazał wszystkich czterech przenosić co roku na inną stację. Ot taka szykana! Zawiadowcę przeniesiono do Kutna, a mojego ojca do Baboszewa koło Płońska. Po roku zaś do Łochowa. Wtedy to Minister Ulrich odszedł, a na jego miejsce przyszedł Minister Kostrzewski. Ojciec rychło dostał awans i Krzyż Zasługi.

Traf chciał, że w pierwszych dniach września 1939 r. ojciec pojechał do Warszawskiej Dyrekcji Kolei na ul. Wileńską. Bomba, która zburzyła część budynków wywaliła na podwórko archiwa. W tym teczki osobowe. Ze zdziwieniem zobaczył swoją teczkę i zabrał ją oczywiście do domu. Na teczce tej zobaczyłem na okładce odręczny napis: „Zwolnic z kolei i oddać pod sąd – Ulrich”.

Interesowałem się co robił pułkownik Ulrich. W czasie wojny, był w Anglii. Po wojnie był windziarzem w hotelu w Londynie. A więc los chociaż trochę zemścił się na nim.

Wracając do mojego ojca… Poza służbą aktywnie pracował w Związku Zawodowym Kolejarzy oraz w Kolejowym Przysposobieniu Wojskowym i występował w kółku teatralnym kolejarzy. Wiosną 1939 roku ponownie awansował i został przeniesiony na dyżurnego ruchu w Tłuszczu. Miał wtedy już 15 lat pracy na kolei i był dobrze przygotowany do służby. Nawet kolejarze niemieccy przybyli na stację w 1939 roku byli zaskoczeni poziomem polskich kolejarzy. Spodziewali się, że to niedouczeni partacze, a stwierdzić musieli, że polscy kolejarze okazali się o wiele lepsi od nich.

Do wybuchu wojny ojciec przepracował w Tłuszczu zaledwie cztery miesiące. Okazało się to dla niego pozytywne, gdyż był w Tłuszczu obcy, nikt go nie znał i nie mógł złożyć Niemcom żadnych obciążających go zeznań. Miał więc trochę szczęścia. A do jego wiedzy fachowej Niemcy musieli odnosić się z jakimś jednak uznaniem. A to ułatwiło mu działalność w organizacji podziemnej, w organizacji wywiadu, w sabotażu, dywersji i różnorakich działaniach przynoszących szkodę okupantowi niemieckiemu.

Mój ojciec nie przepadał za sanacją i obozem piłsudczykowskim. Myślę, że powodów po temu było kilka. Po pierwsze długoletnia służba frontowa i wojskowa w pułku Hallerczyków – antagonistów obozu, który później doszedł do władzy. Po drugie osobiste urazy, jakich doznał od wysokiego przedstawiciela sanacji – Ulricha. Po trzecie sympatia dość powszechna wśród większości kolejarzy, którą obdarzali Polską Partię Socjalistyczną i jej lewicowy program polityczny.

„Aresztowania wojenne”

Wiosną 1943 roku pod bramę prowadzącą do osiedla kolejarzy w Tłuszczu podjechał samochód osobowy. Wysiadło z niego trzech niemieckich funkcjonariuszy i żwawym krokiem mijając wejścia do innych mieszkań podeszli pod wejście do naszego mieszkania. Widać było, że znają topografię osiedla. Weszli i zwrócili się do ojca słowami: „proszę z nami!” Ojciec zapytał „czy mam rozumieć, że jestem aresztowany?” Otrzymał krótką odpowiedź: „tak”. Matka wręczyła mu przygotowaną teczkę z bielizną, ręcznikiem itd., która zawsze stała w sypialni za szafą.

Wyszli z ojcem do samochodu. Zostawili natomiast koło stołu czarną teczkę. Nie wiedzieliśmy z matką czy zapomnieli, czy zrobili to specjalnie, jako test na nasze zachowanie. Nie dotykaliśmy tej teczki. Po około 15 minutach jeden z nich wrócił i teczkę zabrał. Ojca zawieźli do Warszawy i osadzili w areszcie w piwnicach budynku przy ul. Skaryszewskiej na Pradze. Tego samego dnia był przesłuchiwany. Funkcjonariusz niemiecki miał na biurku list od Polki i jego tłumaczenie, w które zaglądał. Ojciec zdołał przeczytać trochę z tego listu. Był to donos napisany przez żonę sąsiada – kolejarza. Była dość ekscentryczną osobą z kompleksem, że nie jest doceniana. Natomiast jej mąż był solidnym i przyzwoitym człowiekiem. Był wysoki, silny i to on dźwigał w październiku 1939 roku najcięższe bagaże na wędrówce spod Łukowa do Tłuszcza. Zarzucała ojcu w donosie buntowanie kolejarzy przeciwko władzom niemieckim, brak fachowości w służbie kolejowej, okradanie pociągów jadących na front i nienawiść do Niemców.

Ojciec przesłuchiwany był czterokrotnie. I czwartego dnia zwolniono go z aresztu. Z późniejszego zachowania niemieckiego zawiadowcy stacji wynikało, że był poinformowany tak o donosie, jak i o zamiarze aresztowania ojca. A także, że musiał wydać szczegółową opinię o ojcu. Tak o jego pracy, jak i stosunku do Niemiec. Ojciec – o ile wiem – nie rozmawiał z nim wprost o tej sprawie, ale wiedział, że zwolnienie oparto o opinię zawiadowcy stacji. Z autorką donosu i jej mężem ani w czasie wojny, ani po wojnie nie rozmawiał. Uznał, że sprawy nie było.

Podobny donos złożył jakiś Polak na dyżurnego ruchu pracującego na stacji Szewnica, a mieszkającego w Tłuszczu w tym samym domu osiedla kolejarskiego, w którym mieszkała nasza rodzina. Pewnego dnia chyba jesienią 1942 roku do domu Karpińskich przyszło trzech miejscowych żandarmów i zaczęło przeprowadzać rewizję. W mieszkaniu była tylko żona Karpińskiego z niemowlęciem. Jej mąż był w pracy na stacji w Szewnicy. Kolejarze natychmiast powiadomili go o „wizycie” żandarmów. Natychmiast porzucił służbę i zniknął. I nigdy już w Tłuszczu się nie pojawił. Radząc już sobie znośnie w niemieckim pomagałem pani Karpińskiej odpowiadać żandarmom na ich pytania. W czasie rewizji skonfiskowali kilkaset paczek papierosów, alkohole, różne ocieplacze dla niemieckich żołnierzy, w tym rękawice z foczego futra dla strzelców karabinów maszynowych i szereg artykułów, które uznali za należące do wojska niemieckiego.

Pani Karpińska była ogromnie zdenerwowana i zwyczajnie przerażona. Żandarmi zabrali skonfiskowane rzeczy, ale ją samą zostawili w spokoju. Po kilku miesiącach wyjechała z Tłuszcza zostawiając puste mieszkanie. A kolejarze w tym mieszkaniu i w jego piwnicy urządzili skład rzeczy rabowanych z niemieckich transportów. Wejście do mieszkania było zasłonięte krzewami, nie rzucało się w oczy i do końca mieszkanie nie było zamieszkałe.

Pewnego razu mój ojciec wybrał się do swojego ojca, a mojego dziadka, który mieszkał w Nowym Targu. I zabrał mnie w tę podróż. Jechaliśmy przez Warszawę, Katowice, Suchą Beskidzką. Listem zawiadomił swoją siostrę mieszkającą wtedy koło Zawiercia przyłączonym do Rzeszy, że będzie jechał i poprosił, aby była przy moście nad pobliską Zawiercia rzeczką po lewej stronie toru do Katowic. Kiedy pociąg dojeżdżał do mostku zobaczyłem siostrę ojca z córką. Ojciec wyrzucił im przez okno paczkę z żywnością i książkę, w której było tysiąc marek niemieckich. A później pociąg stał dość długo na jakiejś stacji, która była wtedy włączona do Rzeszy Niemieckiej. Ojciec podszedł do niemieckiego dyżurnego ruchu, który stał na peronie i zapytał o powód postoju. Ten stanął na baczność, zasalutował i poinformował, że za 2 minuty odjazd. Ojciec był w mundurze kolejarza Ostbahm, a te mundury nie wiele różniły się od mundurów kolei niemieckich. Ten dyżurny ruchu wziął ojca za jakiegoś dygnitarza kolei niemieckich i stąd takie jego zachowanie. A ja zaśmiewałem się stojąc w oknie.

Przyjechaliśmy wieczorem do mojego dziadka w Nowym Targu. W południe następnego dnia wezwano ojca do Gestapo i polecono mu opuścić Nowy Targ rano następnego dnia. Oczywiście nie podając powodów. I wyjechaliśmy. Skąd Gestapo dowiedziało się o naszych odwiedzinach u dziadka? Widocznie ktoś musiał o tym donieść. Nie wiem czy słusznie, ale decyzję tę tłumaczę sobie zachowaniem mojego dziadka. Kiedy Wacław Krzeptowski tworzył „Goralenvolk” współpracujący z Niemcami, dziadek poszedł do Krzeptowskiego. Powiedział, że chce wstąpić do tego „Związku Narodowego Górali”. Krzeptowski ucieszył się i zapytał, gdzie się urodził. Dziadek odpowiedział, że w Kielcach. Krzeptowski z oburzeniem powiedział „przecież to nie góry”. Dziadek zaś zaoponował mówiąc „przecież to też góry, Góry Świętokrzyskie”. Krzeptowski uznał, że dziadek sobie kpi z niego i ze „Związku Narodowego Górali”. Dziadek niby żartem, ale dobitnie, chociaż „na wesoło” – pokazał Krzeptowskiemu co Polacy myślą o nim, jego „Związku” i stosunku do okupanta niemieckiego. Wydaje mi się, że Krzeptowski poskarżył się Niemcom i stąd taka decyzja Gestapo wobec wizyty syna mojego dziadka. Być może przyczyna decyzji Gestapo była inna, ale myślę, że domyślam się dobrze. Ale jedno pozostaje pewne. Dziadek był obserwowany i to przez kogoś, kto znał jego powiązania rodzinne, kogoś kto wiedział, że odwiedził go syn i wnuk.

Ojciec mój natomiast „zaliczył już” dwa więzienia. Przed wojną polskie, a teraz niemieckie. Ale to nie był koniec, bo w 1944 roku znalazł się w obozie radzieckiego NKWD. A było to tak. Jakieś dwa tygodnie po wypędzeniu wojsk IV Korpusu Pancernego „SS” z Tłuszcza i wkroczeniu 44 Radzieckiej Dywizji Piechoty Gwardii, rano o 5 ej przyszło czterech żołnierzy NKWD i polecili iść z nimi. Dowodził ekipą starszy sierżant. Matka spakowała ojcu znów bieliznę, ręcznik i dość dużo jedzenia. Jedzenie zapakowała w gazety, bo przecież papieru nie miała. I ojciec pomaszerował w konwoju przy torze w stronę Małkini. Po około godzinie ruszyliśmy we dwójkę z matką za nimi. Po trzech kilometrach znaleźliśmy przy torze gazetę od jego kanapek. A więc idziemy dobrze. Doszliśmy do wsi Chrzęsne, w której kwaterował jakiś wielki sztab armii radzieckiej. O ile wiem był to Sztab I Frontu Białoruskiego. Chłopi we wsi pokazali nam dom, do którego przyprowadzano aresztantów, oficerów i członków Armii Krajowej. W tym domu gospodarz potwierdził, że nie tak dawno przyprowadzono kolejarza w mundurze, ale już go zabrano w stronę wsi Stryjki. Poszliśmy więc do Stryjków. Tam znów pokazano dom z aresztantami i potwierdzono, że był dziś kolejarz. Ale już go nie ma, bo wysłano go do obozu w Rządzy w powiecie Mińsk Mazowiecki. Poszliśmy, więc do Rządzy. Obóz był zorganizowany w młynie wodnym nad rzeczką Rządza i było w nim kilkudziesięciu AK – owców. Niektórzy oficerowie byli w pełnej gali przedwojennego munduru oficerskiego. Nawet z koalicyjką. Luz był zupełny. Mogliśmy wejść bez żadnej kontroli i bez żadnych kłopotów i rozmawiać, z kim chcemy. Zaczepiony przez nas jeden z aresztantów zaraz przyprowadził ojca. Nie był jeszcze przesłuchiwany, ale widzieliśmy coś w rodzaju kancelarii, gdzie przesłuchiwano zatrzymanych. Wieczorem wyruszyliśmy z Rządzy przez Międzyleś do Tłuszcza.

Najgorsze w tej eskapadzie było to, że matka nie mogła się zatrzymywać i odpoczywać po drodze. Powiedziała mi, że jeśli usiądzie odpocząć, to już nie wstanie. A iść może, chociaż coraz to wolniej. A było to przecież łącznie około 50 kilometrów. W nocy dotarliśmy do domu. I następnego dnia sam pomaszerowałem znów do ojca do Rządzy.

Kolejnego dnia poszedłem z siostrą. W drodze wymijaliśmy grupę około 300 jeńców – niemieckich żołnierzy – prowadzoną w kierunku Mińska Mazowieckiego. Wszyscy z pułków IV Korpusu Pancernego „SS”, co wynikało z naszywek pułkowych na rękawach mundurów. Tak chodziłem codziennie do Rządzy, raz z mamą, raz z siostrą. Ósmego dnia wróciłem około 17-ej. Dwie godziny później w drzwiach stanął ojciec z jakimś mężczyzną, który też został zwolniony. Przenocował u nas, a rano wyruszył do swojego domu w Radzyminie. Powiedział, że jest też oficerem A.K., ale jeszcze dziś opuści Radzymin, bo boi się ponownego aresztowania.

A obóz w Rządzy dość szybko zlikwidowano. Większość oficerów i żołnierzy A.K. wcielono do polskiego wojska, ale niektórych wywieziono do Rosji, głównie do pracy w kopalniach w Donbasie. Życie nie oszczędzało mojego ojca. Siedział w więzieniu w Polsce, w więzieniu niemieckim i w obozie NKWD. Jak na jednego człowieka, to chyba nadmiar dolegliwych upokorzeń i urazów.

Sam spotkałem tylko jedną osobę, która też siedziała w trzech więzieniach: radzieckim, niemieckim i polskim. Był to mój bliski znajomy z lat 1952-1960 – poseł na Sejm Teofil Głowacki. Wybitny działacz przedwojennej lewicy w Polskiej Partii Socjalistycznej i w okresie okupacji niemieckiej. Muszę chyba dodać, że pobyt mojego ojca w więzieniu niemieckim w Warszawie na ul. Skaryszewskiej miał dla naszej rodziny pewien ciąg dalszy.

„Zrządzenia losu”

Moja żona po ukończeniu studiów pedagogicznych na Uniwersytecie Warszawskim otrzymała pracę w Liceum Pedagogicznym dla Wychowawczyń Przedszkoli w Warszawie i uczyła tam pedagogiki oraz psychologii. Liceum mieściło się na Pradze na ul. Skaryszewskiej. W tym samym budynku, w którym w czasie wojny w jego piwnicach siedział mój ojciec. Można to nazwać „zrządzeniem losu”, ale dla mnie miało to swoje znaczenie. Któregoś dnia wybrałem się na ul. Skaryszewską i zszedłem z żoną do piwnic zobaczyć miejsce, gdzie Niemcy więzili mojego ojca – kolejarza z Tłuszcza.

Ale na tym nie koniec „zrządzeń losu”. Moja żona po kilku latach została awansowana na wizytatorkę w Ministerstwie Oświaty. I rozpoczęła pracę w gmachu Ministerstwa Oświaty w Alei Szucha. A przecież w czasie wojny w tym gmachu była siedziba Gestapo. I przecież latem 1941 roku została aresztowana i tam uwięziona. Siedziała najpierw w tzw. „tramwaju”. Tam, na piwnicznym korytarzu, postawiono ławki i krzesła, stojące jak w tramwaju dla aresztantów oczekujących na dalszy los: przesłuchania, torturowania, odprowadzenie do cel przylegających do korytarza, wywózkę na Pawiak lub do Auschwitz. Później z „tramwaju” trafiła do celi Gestapo tam na Szucha. Znów „zrządzenie losu”, że znalazła się w gmachu, w którym ją samą więziło niemieckie Gestapo. Pracowała w tym gmachu kilka lat. Nigdy nie zeszła do piwnic i swojej celi. Jej doznania z pobytu w Gestapo były tak traumatyczne, tak ciężkie i bolesne, że powiedziała mi „gdybym tam znów się znalazła pewnie serce by mi pękło”. To tyle dygresji o „zrządzeniach losu”.

Może jeszcze jedno – ojciec miał duże zdolności językowe. Był zwykłym kolejarzem, dyżurnym ruchu w czerwonej czapce, ale biegle znał rosyjski, niemiecki i francuski. W czasie wojny powiedział mi, „trzeba zacząć uczyć się angielskiego, bo po wojnie będzie to najważniejszy język”. Kupił samouczek angielski i zaczął się uczyć. Po rosyjsku mówił pięknym literackim językiem. Kapitan Kitajgorodzki, którego zaprosił do zamieszkania w naszym mieszkaniu powiedział mi tak: „Twój ojciec mówi takim językiem, jakiego używają pisarze, literaci, reżyserzy filmowi, ludzie kultury. A ja chociaż pochodzę ze stolicy kulturowej naszego kraju – Leningradu, mówię tak jak ulica”. Kapitan mieszkał u nas prawie rok. Pracował na stacji nadzorując przewozy transportów wojskowych. A mnie kapitan nauczył rosyjskiego.

Ojciec znał też dobrze niemiecki i w 1939 i 1940 roku był tłumaczem języka niemieckiego na stacji.

Wszyscy w rodzinie dziedziczymy jego zdolności językowe. Moje córki są nauczycielkami niemieckiego. Jedna w Polsce, druga w Szwajcarii. Wnuczka Ania mająca 27 lat jest tłumaczką angielskiego, portugalskiego i niemieckiego. Pozostałe wnuczęta mówią podobnie jak mój syn trzema językami. A i ja radzę sobie w pięciu językach. Zaś moja prawnuczka Julia mająca 5 lat mówi z mamą po polsku, z ojcem po francusku, a w przedszkolu w Nowym Jorku, gdzie mieszka – po angielsku. Ojciec przekazał nam swoje dobre geny językowe.

Ten kolejarz mający bogate życie, pełne różnych zwrotów, a także trudnej, ale owocnej pracy w konspiracji ruchu podziemnego A.K., zawsze związane z koleją zakończył też „zrządzeniem losu”, bo zginął w wypadku kolejowym w 1954 roku.

Henryk Trojanowski

 45 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Oceń ten tekst
[Total: 0 Average: 0]

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.