Dzień 16.VIII był już czwartym zkolei dniem zaciętych walk pod Radzyminem. O świcie tego dnia oddziały polskie znajdowały się na stanowiskach osiągniętych późnym wieczorem 15.VIII w natarciu, które oddało zpowrotem w nasze ręce miasto Radzymin. Na płn. skraju miasta czuwały do rana 16.VIII dwie kompanje 30 p. s. kan., które niebawem ściągnięto do pułku. Natomiast w tym kierunku został skierowany III baon grodzieńskiego puł­ku, który otrzymał zadanie obsadzenia 1 pozycji przedmościa w okolicy Dybowa. Położenie było niejasne, gdyż ’w ciągu nocy nie zdołano ustalić sytuacji oraz nawiązać łączności między oddziałami.

Rano 16 sierpnia III-ci baon grodz. p. wyruszył z miasta. Na czele baonu maszerowały dwie kompanje z ppor. Lipinem i k. k. m. ppor. Miciuka, któ­re dążyły wzdłuż szosy na Dybów. Reszta baonu w raz z dowódcą baonu Posuwała się szosą.

Wkrótce kompanje minęły cmentarz radzymiński i wysunęły się poza miasto. Na pobliskich polach i łąkach było pusto, dalsze przedpole zakrywa­ła mgła poranna. W lewo, obok szosy stały nieruchomo wiatraki a dalej na północ rysował się obok ciemnego tła lasu skraj zabudowań wsi Mokre. Na szosie nie było widać żadnego ruchu. Niebawem kompanje przekroczyły linję okopów, znajdujących się pod miastem i dochodziły do rozwidlenia dróg. Nagle zobaczono na szosie od strony Dybów a samochód pancerny a za chwilę rozpoznano i drugi, któ­ry posuwał się w pewnej odległości.

Ppor. Lipin zatrzymał kompanję obok szosy i wysłał naprzód patrol. Nie wiedziano bowiem, do kogo mogły należeć te samochody. Za chwilę jednak znikły wszelkie wątpliwości: pierwszy samochód podjechał na odległość 200 — 300 m, zatrzymał się i… dał ognia z karabinów maszynowych. Żołnierze padli na ziemię i kilka minut przeleżeli bez ruchu. Następnie próbowali wycofać się skokami do tyłu, lecz silny ogień k. m. uniemożliwił wszelki ruch na szosie. Trzeba więc było pełzać w stronę rowu, a następnie pod druty kolczaste okopów znajdujących się na płn. wsch. od miasta.

A tym czasem maszynki rosyjskie kładły jedną za drugą serje ognia. W piekielnym ogniu pojedyńcze grupki żołnierzy przedostawały się przez druty i zajęły okopy, w których podjęły dalszą walkę.

Jednakże baon był bardzo słaby liczebnie (100 do 120 bagnetów) oraz nie miał broni, która mogłaby zwalczać broń pancerną nieprzyjaciela. Nie posiadał również granatów ręcznych. Z tych powodów jedynie zwalczano ogniem piechotę nieprzyjacielską, któ­ra posuwała się za samochodami pancernemi. Usiłowano również zatarasować drogę, aby przeszkodzić samochodom pancernym przy posuwaniu się do miasta. „Wówczas” — jak wspomina por. Lipin — „plut. 10 komp. Kusierowski zgłosił się na ochotnika zabarykadować szosę znajdującemi się obok kozłam i hiszpańskiemi, co też przy moim w spółudziale uczynił”.

W tym czasie na pomoc oddziałom, broniącym się pod Radzyminem , śpieszyła 2-a kompanja 30 p. s. kan. oraz jechały czołgi. Marsz czołgów, które miały do odbycia drogę z Pustelnika do Radzymina, trwał długo, gdyż maszyny były zużyte w w alkach dnia poprzedniego, a obsługa tak przemęczona, iż żołnierze spali stojąc.

Wiadomości o natarciu nieprzyjaciela, prowadzonem od strony Dybowa na płn. wsch. kraniec miasta, oraz o niebezpieczeństwie w darcia się do miasta samochodów pancernych szybko rozeszły się w Radzyminie. Był to moment krytyczny, gdyż nie posiadano pod ręką oddziałów, które mogłyby wesprzeć obronę 111 baonu grodz. p. Artylerja własna w tym czasie zajęta była urządzaniem nowych stanowisk i punktów obserwacyjnych, a ponadto nie mogła dosięgnąć ogniem samochodów pancernych, gdyż były one za blisko własnych oddziałów, a raczej między niemi. Aby jednak za w szelką cenę uniemożliwić samochodom w darcie się do miasta, żołnierze oddziałów sztabowych grodzieńskiego p. rzucili się do barykadowania ulic. Z ogrodu plebanji wycięto kilka drzew, przewrócono szereg słupów telegraficznych, a z zabudowań, przylegających do szosy, wyrzucono na jezdnię wszystko, co mogło stanowić przeszkodę. Następnie obsadzono domy na skraju miasta a w gmachu szkoły umieszczono w oknach karabiny maszynowe.

Tymczasem przemaszerowała przez miasto 2 kompanja 30 p. s. kan. Nie dochodząc do okopów, w których bronił się III b. grodz. p. ppor. Szymański, dowódca te j kompanji, zatrzymał kolumnę, a sam udał się naprzód, by zorjentować się w położeniu. W tej chwili panował spokój, gdyż nieprzyjaciel, widząc, iż pierwsza próba w darcia się do miasta nie udała się, przestał strzelać. 2 kompanja 30 p. s. kan., pozostawiona pod dowództwem sierż. Ranieckiego, stanęła obok zabudowań przy szosie, oczekując dalszych rozkazów. „A wtem” — jak opowiada sierż. Raniecki —„ jakby z pod ziemi stanął przed nami, w odległości kilku kroków, samochód pancerny, który dał do nas ognia”. Sierż Raniecki jednak nie stracił przytomności i szybko rozwinął plutony w prawo i lewo od szosy. Był to najwyższy czas, gdyż nieprzyjacielska artylerja poczę­ła ostrzeliwać płn. wsch. skraj miasta.

Niebawem ppor. Szymański (został ranny, lecz pozostał w linji), wrócił do kompanji, która zajęła okopy i wzmocniła obronę miasta. Mimo to położenie było nadal przykre. W prawdzie wszyscy byli pewni, iż piechoty nieprzyjacielskiej nie dopuszczą do miasta, lecz trudno było zwalczyć samochody pancerne, które bezkarnie poruszały się na szosie. W pew nej chwili przyszła wiadomość, iż w krótce nadjedzie czołg z pomocą. Niebawem usłyszano z daleka turkot czołga, który jechał z rynku w stronę cmentarza. Żołnierze zwiększyli ogień, by zgłuszyć hałas maszyny. Był to czołg pod dowództwem kpr. Makowskiego, uzbrojony w działko 37 mm.

Nie upłynęło wiele minut, kiedy na oczach walczącej piechoty zawiązał się ciekawy pojedynek polskiego czoł­ga z sowieckiemi samochodami pancernemi. Z zakrętu koło cmentarza wysunął się czołg i pełzł szosą w prost na nieprzyjacielskie samochody. Gąsienice ze zgrzytem przesuwały się po gładkiej jezdni i niebawem doprowadziły czołg aż do okopów. Czołg zbliżył się na odległość 100 — 200 m do samochodów pancernych. Widać było wysuniętą z wieżyczki czołga lufę działka, które teraz szukało nieprzyjaciela. W tym momencie kpr. Makowski oddał dwa strzały, które celnie ugodziły w jeden z samochodów pancernych. Nieprzyjaciel stracił ochotę do dalszej walki — samochody wycofały się w stronę Dybowa. Na jakiś czas piechota odetchnęła, czołg zaś w rócił do miasta, gdyż jego pluton czekało inne zadanie.

W alki trwały jeszcze w ciągu tego dnia, lecz ostatecznie popołudniu III baon 30 p. s. kan., który przybył z odwodu, wykonał przeciw natarcie i osią­gnął I pozycję w okolicy Dybowa.

W ten sposób zakończyła się jedna z ostatnich walk na pozycjach przedmościa Warszawy. Żołnierze, którzy brali udział w tej walce, często wspominali o tem starciu i zawsze z dumą mówili, że w prawdzie nie mogli rozbić samochodów pancernych, gdyż nie mieli granatów ani broni przeciw pancernej, lecz zabarykadowali im drogę oraz zerwali mostek, w ten sposób uniemożliwiając im dalsze posuwanie się. Wówczas, z piechotą nieprzyjaciela dali sobie radę…

B. Waligóra

Żołnierz Polski
1931, R. 13, nr 33

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.