Wspomnienie o Tadeuszu Ostojskim

W latach terroru hitlerowskiego rozwijał się i umacniał nie tylko podziemny zbrojny ruch oporu, ale równolegle, szczególnie właśnie w szeregach tego ruchu, rodziły się najlepsze, o najwyższych walorach etycznomoralnych, a przy tym bardzo młodzieńczo-żywiołowe, bezprzykładnie ofiarne – koleżeńskie przyjaźnie. Były to rzeczywiste przyjaźnie na „śmierć i życie”. Los chciał, że okupacyjny czas złączył mnie taką właśnie młodzieńczą przyjaźnią z nieodżałowanym, wspaniałym, wybitnie prawym, młodym człowiekiem – Tadeuszem Ostojskim.

Okupacyjna młodzież miała za sobą dobre, wyzute z fałszu i dwulicowości, bardzo patriotyczne, oparte na haśle „Bóg – Honor – Ojczyzna”, choć w większości materialnie ubogie, dzieciństwo. Dla ówczesnej młodzieży honor stanowił autentycznie większą wartość jak życie. To może nieracjonalne, a dzisiaj tak trudno zrozumiałe (lub wręcz obce) ale przekonanie, że człowiek bez honoru nie jest człowiekiem, że ofiara za ojczyznę to nie poświęcenie lecz sięgnięcie po szczyt chwały – żyło jednak w każdym z nas. To przekonanie sprzyjało walce konspiracyjnej, a koleżeńskość i przyjaźnie stawały się fundamentem siły walki z okupantem.

Tadeusza Ostojskiego zawsze uważałem za godny wzór cnót patriotycznego oddania sprawie walki o wolność i koleżeńskość. Wiosną 1943 roku Tadeusz z podnieceniem, radością i dumą powiedział: mam cztery „pestki” (naboje do pistoletu) do ćwiczebnego wystrzelenia z pistoletu – dwa dla ciebie i dwa dla mnie. Strzelamy pojutrze wieczorem w lasku po drugiej stronie torów. Spotykamy się u „Madzi” na Ręczajskiej o 18.00. Pamiętam niecierpliwość czekania na to „pojutrze”. Wyszliśmy sprzed piętrowego „drewniaka”, w którym mieszkała „Madzia”. Madzia szła w środku, z prawej Tadeusz prowadząc rower, a ja z lewej. Dzień był pogodny. Droga do lasku wydała się nam bardzo krótka.

Oddane w lesie strzały były udane. Wszystkie trafione. Wracamy mając „siódemkę” (pistolet kal. 7) z kilkoma nabojami w magazynku. Jesteśmy radośni i dumni z siebie. Przed dojściem do torów kolejowych, które musieliśmy przejść, Tadeusz mówi: weź pistolet i idźcie z Madzią trochę przede mną, bo nasza trójka wieczorem to grupa zwracająca uwagę. Wziąłem pistolet (gotowy do strzału) i wsunąłem do wewnętrznej kieszeni szkolnego „szynela” (płaszcza szkolnego), trzymając go cały czas prawą ręką, wsuniętą między klapy szynela. Obok szła Madzia. Tadzio pozostał z rowerem z tyłu. Mrok wieczoru zgęstniał na tyle, że widoczność nie była większa jak na kilkanaście kroków.

Wchodzimy na nasyp kolejowy z kilkoma w tym miejscu nitkami torów (bocznice) i… o zgrozo… słyszymy wyraźnie liczne głosy niemieckiej rozmowy. Głosy dochodzą ze stojących na przeciw kilku towarowych wagonów, których jeszcze przed dwoma godzinami tu nie było. Nie mamy wyboru – idziemy wprost w kierunku pierwszego wagonu, przed którym – już widzimy wyraźnie – stoi wartownik z karabinem.

Z wagonu dobiegają odgłosy niemieckiej rozmowy. Nie, strachu nie czułem żadnego. Pamiętam, że byłem spięty lecz czujny. Wiedziałem, że po zawołaniu „halt” Niemiec-wartownik, obok którego przechodzimy, zginie z mojej ręki. Zdawałem sobie sprawę, że w kilka sekund po moim wystrzale zginiemy tu razem z Madzią. Przez głowę przemknęła myśl: „Boże spraw cud”. Mijają sekundy i nasze kroki. Przeszliśmy nie dalej jak 2-3 metry obok wartownika. Już go nie widzimy… i cisza. Cisza, w której słyszeliśmy własne tętna. Weszliśmy w ul. Ręczajską i zaraz przy płocie zatrzymaliśmy się nasłuchując. Co z Tadeuszem? W tym momencie dobiegł nas donośny niemiecki okrzyk: halt… halt! i cisza. Po kilku sekundach karabinowy strzał. Potem drugi i trzeci. Tupot wojskowych butów. Serca nam zamarły. Tadzio zginął – taka była nasza pierwsza myśl i nerwowy odruch: muszę tam wrócić, muszę pomóc… Energiczne przytrzymanie mnie za rękę przez Madzię i wracający rozsądek udaremniły ten bezsensowny, szaleńczy odruch. Staliśmy przy płocie bez słowa i bez ruchu. Nie wiem jak długo. Była ciemna noc. Rozmowy niemieckie ucichły. Ruszyliśmy Ręczajską w kierunku domu, w którym mieszkała Madzia. Weszliśmy w podwórze i usiedliśmy na przydomowej ławeczce smutni i zatopieni we własnych myślach. Żadne z nas nie wiedziało co czynić dalej, ale żadne nie kwapiło się pójść do domu, choć mijała „godzina policyjna”. Siedzieliśmy obok siebie bez słowa przez całą prawie noc.

Około czwartej nad ranem od strony ul. Kościelnej usłyszeliśmy szmer kroków. Tak – wyraźnie ktoś idzie. Siedziałem z ręką na kolbie pistoletu. Po chwili skrzyp furtki i na tle szarzejącej nocy widzimy znajomą sylwetkę. Tadeusz! Spokojny – jak zawsze – i pogodny, prawie uśmiechnięty. No co – nic się wam nie stało?! to były jego pierwsze słowa. Zapytałem: gdzie rower? Niestety – rower straciłem, ale nic mi nie jest – odpowiedział. Kiedy przechodziliście obok wagonów widziałem wasze sylwetki. Zatrzymałem się na ścieżce plantowej przed torami. Uznałem, że lepiej będzie gdy odjadę rowerem po tej ścieżce w kierunku Zagościńca. Zdążyłem kilka razy nacisnąć pedały gdy usłyszałem: halt, halt! Widziałem, że dalej po prostej ścieżce uciekać nie mogę, bo kule mnie dosięgną. Skręcam gwałtownie i walę się w lewo w dół. Słysząc pierwszy strzał biegłem już co sił przez jakieś pole i ogród. Słyszę drugi i trzeci strzał, słyszę biegnących po torach żołnierzy niemieckich. Z nasypu jednak nie zeszli – był przecież całkowity mrok, a oni też znają uczucie strachu. Rower chyba zabrali. Ja biegłem stale co sił w kierunku lasku, w którym niedawno byliśmy. Usiadłem wyczerpany przy pierwszych drzewach. Było ciemno i cicho. Wiedziałem, że teraz przejście w tym miejscu przez tory jest absolutnie niemożliwe. Musiałem więc odejść jak najdalej – ruszyłem w kierunku Zagościńca. Tory przeszedłem przy mostku na „Trzeciaku” (Trzeciakiem nazywano potocznie małą strugę przepływającą na trzecim kilometrze od Wołomina) i omijając wieś Duczki szedłem polami – bacznie nasłuchując – w kierunku wsi Lipiny. Siedziałem czas jakiś w polu rozmyślając: iść dalej nocą, czy czekać dnia… Zdawałem sobie sprawę z waszego niepokoju. Nie miałem wątpliwości, że do domów nie pójdziecie. Postanowiłem iść dalej bez względu na ciemność i godzinę policyjną. Kierowałem się na tył kościoła – no i jestem.

Dnia doczekaliśmy szczęśliwie już w trójkę. Rozeszliśmy się do domów. Bogu dzięki nic się przecież nikomu nie stało. Zdarzenie jedno z wielu w czasie okupacji. Szkoda tylko, że nie było Tadeuszowi sądzone przeżyć tę okupację – doczekać wolności. W końcu 1943 r. Tadeusz powiedział mi, że podobnie jak ja, ma polecenie podjęcia pracy u Niemców. Ja – mówił – nie straciłem jak ty wskutek ulicznych łapanek dwu kolejnych kenkart, ale też chciałbym mieć taki jak twój „Philipowski” ausweis. Porozmawiaj tam z kim trzeba, może i mnie przyjmą. Omówiłem sprawę z „moim” majstrem u Philipsa i już po 2 tygodniach Tadeusz został zatrudniony w przyzakładowych warsztatach. Jeździliśmy więc do pracy razem, ale znaliśmy się tylko do fabrycznego wejścia. Kartę zegarową „odbijaliśmy” w wartowni już jako zupełnie obcy sobie ludzie. Tak było bezpieczniej. Tego wymaga konspiracja.

W maju 44 roku Tadeusz dostał dwa czy trzy dni okolicznościowego zwolnienia z pracy. Miał na to właściwe zaświadczenie, co bardzo ułatwiało wykonywanie konspiracyjnych zadań. 12 maja 1944 roku wczesnym, pogodnym przedpołudniem wracał Tadeusz z kolegą z konspiracyjnego spotkania „na Sławku”. Minęli ul. Tramwajową (dziś J. Piłsudskiego), gdy zatrzymał się z tyłu za nimi jadący z Radzymina samochód osobowy (DKW zwany popularnie „dekawką”) z dwoma niemieckimi żandarmami. Nie wiadomo dlaczego nie podobał się jadącym Niemcom ten poranny spacer dwu młodych ludzi. Żandarm, który wysiadł z samochodu, zażądał dokumentów. Tadzio podał Niemcowi swój philipsowski ausweis, a kolega kennkartę. Po wylegitymowaniu samochód odjechał, a legitymujący żandarm pozostał i polecił legitymowanym iść przed sobą bez rozmawiania.

Sytuacja zatrzymanych była bardzo groźna. Tadeusz miał wprawdzie bardzo dobry ausweis, ale wiedział, że idący obok kolega ma przy sobie nie tylko kennkartę, ale i pistolet. Żandarm prowadził ich do centrum miasta, na pewno do budynku komisariatu polskiej „granatowej” policji na ul. Polną 4 (w tym czasie nie było w Wołominie miejscowych żandarmów niemieckich). W milczeniu doszli ul. Wileńską do rogu ul. Legionów. Los chciał, że ul. Legionów szedł naprzeciw „granatowy” polski policjant uzbrojony w karabin. Niemiec zatrzymał tego policjanta i polecił mu iść obok siebie w eskorcie. Doszli do ul. Kościelnej, w którą niespodziewanie zaczął uciekać jeden z eskortowanych. Żandarm krzyczał do policjanta: strzelaj z karabinu i z pistoletem w ręku pogonił za uciekającym. Policjant zdjął karabin, ale zdecydowanie przytrzymany przez Tadeusza nie strzelał. Żandarm oddał za uciekającym dwa strzały, ale niecelne. Ucieczka się udała.

Nikt nigdy się nie dowie, dlaczego Tadeusz nie skorzystał z prawie 100%-owej szansy odzyskania wolności w czasie, gdy stał „sam na sam” z policjantem. Czy był tak zdenerwowany, że nie był zdolny do oceny sytuacji czy też wierzył w moc swojego ausweisu. Wiedział przecież, że czeka go przesłuchanie na temat uciekającego kolegi. Znając dobrze Tadeusza jestem skłonny twierdzić, że tak był emocjonalnie zaabsorbowany troską o powodzenie ucieczki kolegi (przecież ludzie widzieli jak przytrzymał karabin policjanta), że przez tą krótką chwilę nie był zdolny do racjonalnego myślenia. Tadeusz został doprowadzony do komisariatu policji na Polnej (gdzie był drugi żandarm z samochodem).

Wspominana w tym tekście Armia Krajowa to w rzeczywistości Narodowe Siły Zbrojne.
Teraz wypadki toczą się bardzo szybko. Od „swoich” policjantów z „granatowej” wiadomo, że jeżeli w ciągu godziny czy dwu nie przyślą z Radzymina drugiego samochodu, to Tadeusz będzie wieziony przez tych dwu żandarmów „dekawką” do Radzymina. Wydano błyskawicznie niezbędne rozkazy i kilkuosobowa grupa AK-owskiej młodzieży udała się na szosę radzymińską w okolice wsi Czarna w celu odbicia Tadeusza. Grupa dysponowała jednym rkm-em i kilkoma pistoletami. Uznano, że wykonanie zadania będzie łatwe. Wystarczy jedna seria po oponach i samochód musi się zatrzymać. Los jednak okazał się okrutny. Rkm oddał w kierunku uciekającego samochodu tylko jeden strzał. Zerwanie kryzy pierwszego pocisku unieruchomiło automat, a zaskoczeni niepowodzeniem koledzy nerwowo strzelali za nim z pistoletów. Podskakująca na nierównym bruku (tzw. kocie łby) dekawka zniknęła za zakrętem szosy. Nikt nie przewidział, że strzały oddane bezładnie w tył samochodu trafiały w plecy Tadeusza, który leżał związany na tylnym siedzeniu samochodu, skutecznie chroniąc siedzących z przodu żandarmów. Wprawdzie żandarm kierujący samochodem został zraniony w rękę, jednak zdołał doprowadzić wóz do komendy w Radzyminie. Na podwórzu komendy, Żandarmi butami tratowali martwe ciało Tadeusza trafione kulami kolegów, którzy z narażeniem życia chcieli mu wrócić wolność. Ciało Tadeusza zakopano na pobliskim polu, skąd zostało – właściwym rozkazem wołomińskiej placówki AK – po kilku dniach przeniesione i pochowane po katolicku w głównej, wejściowej alei cmentarza kobyłkowskiego.

Tragiczna śmierć Tadeusza to nie jedyna tragedia tego zdarzenia. Następnego dnia po Jego śmierci, mieszkańców Wołomina zaskoczyły bijące w niebo chmury dymu i serie strzałów z pistoletów maszynowych. To była zemsta żandarmów. Oblali benzyną i podpalili dom państwa Ostojskich na ul. Ręczajskiej. W płonącym domu zginęły spalone żywcem babcia i kuzynka Tadeusza. Matki, na szczęście, nie było.

Tak zginął mój serdeczny kolega i przyjaciel, którego każdy z tych co go znali na zawsze zachowa w pamięci jako przykład i wzór polskiej młodzieży walczącej pod hasłem „Bóg – Honor – Ojczyzna”,

Eugeniusz Ostrowski

* W Zakładach Philipsa pracował również ale pod zmienionym nazwiskiem harcmistrz z Wołomina – pan Mieczysław Cichecki.

Wieści Podwarszawskie
R.3, 1993 nr 10 (110) (21 III)

Więcej tego autora:

+ Nie ma komentarzy

Add yours

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.