historia terenów powiatu wołomińskiego

w dokumentach i wspomnieniach

harcerstwo II Wojna Światowa PRL wspomnienia wydarzenia Zielonka

Wydarzenia z 11 listopada 1939 roku na podstawie relacji świadków
5 (1)

Jeden z dramatów II wojny Światowej rozegrał się w rembertowskim lesie 11 listopada 1939 r. Tego dnia hitlerowcy rozstrzelali sześciu harcerzy i trzech mieszkańców Zielonki. Była to pierwsza publiczna egzekucja podczas okupacji niemieckiej. Nie wiadomo dokładnie, dlaczego hitlerowcy posunęli się do tak okrutnego czynu. Istnieją tylko pewne poszlaki, które sugerują, iż była to zemsta za rozwieszenie na terenie Zielonki plakatów z tekstem „Roty” Marii Konopnickiej.

Mieszkańcy Zielonki próbowali przypomnieć radość roku 1918. Przyszło im jednak zapłacić bardzo wysoką cenę za bohaterski czyn – okupili go własnym życiem. Ich ofiara nie poszła w zapomnienie. 11 listopada stał się dla mieszkańców Zielonki dniem szczególnym. Ten dzień, w którym wszyscy Polacy składają hołd tym, którzy walczyli o wolność i niepodległość Polski, dla mieszkańców Zielonki nierozerwalnie związany jest z rocznicą rozstrzelania harcerzy. Święto przez lata zakazane zawsze było w mieście w szczególny sposób pamiętane.

Na szczęście możemy dziś oficjalnie obchodzić pamiątkę tamtych wydarzeń. Co roku odbywają się apele pod pomnikiem, przy którym zbierają się licznie mieszkańcy z okolicznych terenów, a od 1972 r. harcerze organizują rajd „Rota”, na który zjeżdżają się drużyny z najdalszych zakątków Polski. Wysoka frekwencja jest dowodem na to, że pamięci o bohaterach nie zatarł czas. Ich losy niosą ze sobą wciąż aktualne przesłanie, są świadectwem i drogowskazem dla młodych ludzi.

Wydarzenia z 1939 roku, które miały miejsce na terenie Zielonki nie zostały w pełni poznane. Jest wiele pytań, na które być może nigdy nie znajdziemy odpowiedzi. Z tamtego okresu do dzisiejszych czasów przetrwały jedynie zapiski i informacje, zawierające wiele nieścisłości. Artykuł ten zawiera istniejące przekazy, aby uczynić tę tragiczną historię pełniejszą.

Najczęściej przedstawiana jest relacja:

Zbliżała się kolejna rocznica Dnia Niepodległości. Było jednak wiadomo, że najeźdźcy uniemożliwią jakiekolwiek próby uczczenia tego święta. W nocy z 10 na 11 listopada, kiedy cała Zielonka zdawała się być pogrążona we śnie, kilka osób przygotowywało się do swojego zadania. Świadomi niebezpieczeństwa ruszyli szybkim krokiem w kierunku kościoła. Kiedy dotarli pod bramy, przystanęli i rozejrzeli się. Wokół panowała niczym niezmącona cisza. Energicznym ruchem wyciągnęli ukrywane dotąd trzy plakaty, po czym przykleili je na płocie. Po chwili już ich tam nie było. Skryli się w mrokach pobliskiego osiedla. Zostawili jednak po sobie coś bardzo ważnego — słowa, które miały być przypomnieniem niepodległości i nadzieją na ponowne jej odzyskanie.

Następny dzień zapowiadał się wyjątkowo słonecznie, jakby sama natura przypominała o wadze Święta, które przypadało 11 listopada. Ponieważ była to sobota, na ulicach znajdowało się wiele spacerujących osób. Nikt nie spodziewał się, że za chwilę na oczach przechodniów rozegra się początek dramatu. O złudnym poczuciu bezpieczeństwa, jakie żywili mieszkańcy świadczy fakt, że nawet kiedy podjechały pod stację PKP samochody okupanta, ludzie nie bali się do nich podejść. Kiedy kilkunastu Niemców rozeszło się po Zielonce, wokół pojazdów zebrała się grupka gapiów. Wśród nich byli też dwaj studenci Politechniki: Tadeusz Cieciera i Zbigniew Czapliński. Po chwili wrócili żandarmi prowadząc ze sobą harcerzy: Józefa Kulczyckiego, drużynowego Jana Rudzkiego, hufcowego Stawiarskiego, szesnastoletnich harcerzy – Zbigniewa Dymka, Stanisława Golcza, Józefa Wyrzykowskiego oraz dwóch mieszkańców Zielonki – Aarona Kaufmana (narodowości żydowskiej) oraz Edwarda Szweryna. Dymek i Kaufman szli z łopatami. Oficer niemiecki po przeliczeniu zatrzymanych wydał rozkaz załadowania ich na samochód, w którym siedział już jeden mężczyzna. Do aresztowanych dołączono Tadeusza Ciecierę i Zbigniewa Czaplińskiego. Po chwili samochody ruszyły w kierunku Rembertowa. Zatrzymały się w gęstym lesie około 2 km za Zielonką. Następnie zaprowadzono ich na polanę. Podczas drogi uciekł Czapliński, a zaraz po dotarciu – Cieciera. Pozostałych zmuszono do wykopania sobie grobów, potem ich pobito w odwecie za to, że dwóm udało się umknąć.

Ostatecznie zostali rozstrzelani: harcerze – Zbigniew Dymek, Stanisław Golcz, Józef Kulczycki, Jan Rudzki, Józef Wyrzykowski, Stanisław Stawiarski, oraz mieszkańcy Zielonki – Edward Szweryn, Aaron Kaufman i jedna osoba nieznana.

Innym źródłem opisu wydarzeń z 11 listopada 1939 r. jest relacja Andrzeja Kołodziejczyka. Według niego wydarzenia miały następujący przebieg:

Tadeusz Cieciera to był mój wuj, brat mojej mamy. Przeżył 11 listopada 1939 r. Był wtedy studentem Politechniki Warszawskiej. Jak doszło do dramatycznych wydarzeń tamtego dnia? Po prostu w rocznicę [odzyskania] niepodległości 11 listopada ktoś rozrzucił po Zielonce różne ulotki, czy też okleił nimi miasto. W Zielonce wojska niemieckie nie stacjonowały, tylko część Niemców ochraniała linię kolejową (…) Mojego wujka zabrali ze stacji w Zielonce. Jechał na zajęcia do Warszawy. Niektórych brali z ulicy, a innych z domu – m.in. harcerzy z Zielonki. (…) Z tego co mi dziadek opowiadał, Niemcy załadowali ich na samochód gdzieś między przejazdem kolejowym a ulicą Lipową.

Niemcy zażądali łopat i zatrzymani musieli zabrać je ze sobą. Mój dziadek przyniósł jedną i dał swojemu synowi. Wywieźli ich w kierunku Rembertowa do lasu, gdzie musieli sobie wykopać dół.

Jadąc tymi samochodami obaj – mój wujek i pan Czapliński – zaczęli się umawiać, że będą uciekać i namawiali wszystkich do wspólnej ucieczki. Ludzie byli bardzo przestraszeni, więc zdecydowali się uciekać sami. Pan Czapliński zrobił to pierwszy. Przy wysiadaniu złapał Niemca i pchnął w grupę stojącą obok. Zanim się zorientowali, co się stało, przygotowali broń i zaczęli strzelać, już go nie było. Mój wuj opowiadał, że postanowił wtedy także spróbować (…). Biegł w kierunku Rembertowa, bo tam chyba mieszkała w tym czasie jego siostra. Tadeusz dostał się jakoś do niej. Pościg za nim trwał dosyć długo. Niemcy jednak zmęczyli się goniąc go (…) i wrócili bez uciekiniera.

Mówi się, że egzekucja ta była odwetem za rozwieszone plakaty. Tylko skąd Niemcy mieliby wiedzieć, kto jest odpowiedzialny za tę akcję? Przecież nie udało im się złapać harcerzy “na gorącym uczynku”. A jednak osoby nie były wybrane z tłumu przypadkowo, Niemcy dokładnie wiedzieli kogo szukają. Nasuwa to wniosek, że ktoś doniósł. Niektóre informacje wskazują na naczelnika stacji PKP w Zielonce, który był Niemcem (…).

Przy założeniu, że prawdą jest teza, że ktoś powiedział Niemcom o plakatach i podał dane „winnych”, nie pasuje jeszcze jeden element. Dlaczego oprócz harcerzy rozstrzelano jeszcze dwóch mieszkańców Zielonki, w tym jednego Niemca – Edwarda Szweryna?

Kwestią sporną pozostaje także treść zamieszczona na rozwieszonych tamtej nocy plakatach. Podano wyżej, że był to tekst „Roty” Marii Konopnickiej. Zgadzałoby się to z protokołem Tadeusza Cieciery, który napisał, że na plakatach widniał „wiersz o treści patriotycznej”. Michał Kulczycki, brat rozstrzelanego Józefa, również pamięta, że jego mama widziała plakaty z tekstem „Roty”. Odmienne zdanie mają natomiast autorzy książki „A serce mieli jedno” – Jan Łukomski i Stanisław Nienałtowski. Relacje, które przedstawili wskazują, że pomysłodawcą i inicjatorem akcji był Jan Knap. Twierdzą, że to on dał harcerzom plakaty z napisami „Niech żyje Francja!”, „Niech żyje Anglia!”, „Niech żyje Polska!”, a oni je rozwiesili w nocy na terenie miasta. Niemcy zostali przysłani na skutek meldunku miejscowych żandarmów. Ta relacja wydaje się jednak wątpliwa, chociażby ze względu na fakt, że nie było wtedy jeszcze w Zielonce posterunku policji niemieckiej. Informacje zamieszczone w książce „A serce mieli jedno” nie są też zgodne z innymi dokumentami na temat tamtych wydarzeń. Z informacji od rodziny autora wynika, że ich źródłem był Jan Knap, który pod koniec lat siedemdziesiątych zgłosił się do autorów książki. Świadectwo Jana Knapa znacznie różni się od sprawozdań innych świadków. Według dokumentów z Urzędu Miasta faktycznie Jan Knapp żył w Zielonce podczas II wojny światowej. Zwrócić należy uwagę na różnicę w zapisie nazwisk. Czy ujęty w dokumentach Jan Knapp jest zdającym relację Janem Knapem? Różnica w zapisie nazwisk wydaje się mała. Mogła zajść pomyłka podczas wypełniania dokumentów, ale różnica może też oznaczać, że mamy do czynienia z dwiema różnymi osobami.

Najbardziej spójny i nie budzący wątpliwości wydaje się być opis, który sporządził w 1946 r. zbiegły przed egzekucją Tadeusz Cieciera:

Dzień 11 XI 1939 r. był wyjątkowo słoneczny i ciepły. Mieszkańcy Zielonki, korzystając z pogody, a może i z powodu przypadającego na ten dzień Święta Niepodległości, wyszli w większej niż zwykle ilości na ulice i do kościoła, wraz z dziećmi, a nawet z niemowlętami w wózkach. Około godziny 11-ej zajechały do Zielonki dwa samochody wojskowe niemieckie: jeden samochód ciężarowy marki Ford, drugi samochód pancerny. Na samochodzie ciężarowym było około 20 umundurowanych Niemców. Nie wszyscy mieszkańcy Zielonki orientowali się wtedy w oznakach wojskowych niemieckich i nie przypuszczali, że są to żandarmi. Samochody zatrzymały się za torem kolejowym przed kawiarnią „Belle rue”. Do przybyłych przyłączyli się: Niemiec zawiadowca stacji i jako tłumacz pracownik kolejowy, a późniejszy folksdojcz Wdzięczkowski i w niewiadomym mi charakterze Hauptman Zygmunt i Grams Gustaw, a później kasjerka kolejowa Biadosz Weronika, Polka z poznańskiego, która starała się bronić aresztowanych co udało jej się nawet w stosunku do zatrzymanego Leśnikowskiego Zdzisława. Organizacje konspiracyjne wówczas w Zielonce jeszcze nie działały i nikt z mieszkańców Zielonki nie czuł się winnym w stosunku do Niemców, którzy do tej pory, poza Bydgoszczą nie stosowali masowych mordów, jakie nastąpiły później. W poczuciu pełnego bezpieczeństwa, dzieci, a nawet starsza młodzież i niektórzy dorośli zbliżali się do przybyłych samochodów przez ciekawość – dla obejrzenia. Do liczby ciekawych należałem ja i mój kolega student Politechniki Warszawskiej Zbigniew Czapliński, gdyż nowy typ samochodu interesował nas jako sportowców. Obaj zostaliśmy zatrzymani jako pierwsi.

Po pewnym czasie Niemcy przyprowadzili dalsze osoby: harcerzy – Golcza Stanisława lat 16, Dymka Zbigniewa lat 16, Wyrzykowskiego Józefa lat 17, hufcowego studenta Rudzkiego lat ca 38 oraz Kulczyckiego Józefa studenta S.G.H. lat 25, Szweryna – właściciela restauracji, który jak dowiedziałem się później zatrzymany został z powodu handlu naftą kolejową, Żyda rzeźnika z Zielonki, którego nazwiska nie pamiętam i dwie nieznane mi osoby. Dymek i Żyd zostali przyprowadzeni z łopatami i fakt ten zaczął mnie i Czaplińskiego niepokoić. Samochodem ciężarowym wywieziono nas na szosę w kierunku Rembertowa. Przypuszczalnie na 2-gim kilometrze od Zielonki kazano nam wysiąść. Zauważyłem już w samochodzie, że Czapliński przygotowuje się do ucieczki, gdyż zrzucił pas i kożuszek. Gdy prowadzono nas w głąb lasu, Czapliński rzucił się do ucieczki, przebiegł obok mnie i oficera niemieckiego, zrzucił po drodze kożuszek i znikł w lesie. Strzały doń kierowane chybiły, a pościg wrócił z niczym. Kolega Zbyszek ocalał. Po powrocie, żandarmi wyładowali swą złość na pozostałych skazańcach, kopiąc ich, bijąc kolbami i złorzecząc. Najbardziej ucierpiał Rudzki. Dalej prowadziło każdego z nas po 2-ch żandarmów, trzymając za kark. Przy niewielkiej polanie, która miała być miejscem egzekucji, otoczono nas kołem, a oficer pokazał nam arkusz papieru, na którym miał być napisany wiersz o treści patriotycznej i zapytał kto wiersz ten napisał, obiecując, że w razie przyznania się nic nam nie będzie. Nikt się nie przyznał, a ja w międzyczasie podsłuchałem rozmowę Niemców, że nas rozstrzelają czy przyznamy się, czy nie. Zdecydowałem się uciekać lecz przedtem chcąc ratować pozostałych, a będąc pewnym, że Zbyszek zbiegł, oświadczyłem żandarmom, że wiersz napisał ten, co uciekł.

Nie odniosło to skutku, a oficer przez tłumacza oświadczył, że będziemy rozstrzelani. Zaczęła się tragedia i rozpacz. Golcz i Dymek harcerze Zielonki płakali, Kulczycki zbladł i milczał, nikt nie prosił ani o litość ani o łaskę, jedynie Szweryn całował buty Niemcom dla ratowania życia. Scena powyższa obezwładniła na chwilę mój umysł i czułem, że słabnę, lecz trwało to chwilę. Uprzedziwszy Golcza i Kulczyckiego, że po spisaniu personaliów i ostatnich słów do rodziców będę uciekał, gdy Niemcy ustawili się w szereg do wykonania egzekucji i kazali zdjąć czapki, rzuciłem się w bok, klucząc między drzewami i rowem melioracyjnym dostałem się do Zielonki, będąc cały czas pod ostrzałem żandarmów. Działo się to około godziny 2 po południu. Przenocowałem u państwa Dziedziców przy ul. Piotra Skargi, a dnia następnego udałem się na tułaczkę. Do Zielonki powróciłem dopiero przed Powstaniem Warszawskim. Swoje ocalenie zawdzięczam przede wszystkim Bogu, zdecydowanej woli i śmiałej decyzji, które zdobyłem w pracy harcerskiej oraz w zaprawie fizycznej, którą uzyskałem uprawiając sport.

12 listopada 1939 r. ówczesny proboszcz ksiądz Bolesław Jagiełłowicz odprawił „cichą” mszę za spokój dusz pomordowanych w lesie zielonkowskim. Kronika Danuty Ellert opisuje następującą po egzekucji niedzielę. W niedzielnym kazaniu ksiądz Bolesław Jagiełłowicz mówił: „o życiu człowieka, że każdy powinien być przygotowany na śmierć, bo nikt nie zna dnia ani godziny (…) Ludzie serdecznie płakali, bo wiedzieli, że to co spotkało wczoraj harcerzy, każdego z nich może spotkać jeszcze dziś…”.

Kilka dni po egzekucji ciała rozstrzelanych przeniesiono na cmentarz i złożono razem we wspólnej mogile. Obecnie nie wiadomo, kto w mogile leży, ponieważ po wojnie rodziny pomordowanych przeniosły swych najbliższych do rodzinnych grobowców, np. ciało Józefa Kulczyckiego znajduje się dziś na Cmentarzu Powązkowskim.

Wszystko wskazuje na to, że godzina śmierci zatrzymanych 11 listopada powinna być ta sama. Dostępne dokumenty mówią, że tak nie było. Według ksiąg parafialnych większość zginęła o godzinie 17.00, z wyjątkiem Józefa Kulczyckiego, u którego zapisana jest godzina 12.00. Skąd taka rozbieżność? Według zeznań różnych świadków raczej precyzyjnie można ustalić, że wywieziono ich do lasu w samo południe. Nasuwa się teza, że godzina zgonu Kulczyckiego jest zbyt wczesna, natomiast reszty zbyt późna. Trudno będzie już zapewne ustalić dokładną godzinę. Ciekawym faktem jest też, że zgon Józefa Kulczyckiego został zgłoszony dopiero 15 czerwca 1945 r. To może być także przyczyną pomyłki w zapisie godziny jego śmierci. Dokładna rekonstrukcja tamtych tragicznych wydarzeń nadal jest zadaniem lokalnych historyków.

O zamordowanych nie zapomnieli mieszkańcy Zielonki, którzy w dwa lata po wojnie dla upamiętnienia tragedii złożyli w miejscu egzekucji głaz. 11 listopada 1948 r. na ziemi uświęconej krwią mieszkańców i harcerzy odbyła się uroczysta msza Święta, którą odprawił ksiądz Zygmunt Abramski. O wadze tego wydarzenia świadczy fakt, że zebrali się tam ludzie różnych wyznań i opcji politycznych.

Msza była pierwszym krokiem upamiętniającym tragiczne wydarzenia 1939 roku, natomiast kolejnym była budowa pomnika ku czci pomordowanych. Oczywiście od projektu do realizacji upłynęło, ze względu na koszty, sporo czasu. Według kronik miasta wynika, że Społeczny Komitet Budowy Pomnika „Rota” powstał w 1956 roku. Zaś w osiemnastą rocznicę śmierci pomordowanych dokonano podpisania aktu erekcyjnego. Komitet jednak nie był w stanie prowadzić dalszej budowy, gdyż wymagała ona zbyt wielkich nakładów finansowych. W 1958 r. Koło ZBoWiD zorganizowało zbiórkę pieniędzy, aby dokończyć realizację projektu. Przewodniczący Komitetu Budowy Pomnika Zdzisław Tyraj przechowywał do końca swojego życia pokwitowania wpłat na pomnik. Widnieją na nich różne nazwiska i instytucje, np. wpłata pracowników kolejowych stacji Zielonka – 1700 zł. Na drugim kwicie figuruje kwota 3500 zł z podpisem „Żydzi z Nowogródka”. Pracownicy Mazowieckiego Przedsiębiorstwa Ceramiki Budowlanej wpłacili 5000 zł, zaś członkowie Koła ZBoWiD opodatkowali się po 50 zł miesięcznie.

Pod koniec roku 1958 prezes ZBoWiD-u Józef Ciszewski uzyskał u władz powiatowych zezwolenie na kontynuację budowy. Głównym fundatorem pomnika była już zielonkowska jednostka wojskowa (faktycznie budowę przeprowadził Departament Finansów Obrony Narodowej). Pieniądze pochodzące ze składek społecznych, które zostały z budowy pomnika, zarząd ZBoWiD przeznaczył na sztandar dla Wojska Polskiego.

Wykonaniem projektu zajęli się p. Gozdawa i ppłk Mieczysław Handzel. Uroczyste odsłonięcie pomnika „Rota” odbyło się 22 lipca 1962 r. Natomiast w 1964 przy udziale ministra Wieczorka i władz wojewódzkich przekazano pomnik społeczeństwu Zielonki.

Nie bez wątpliwości pozostaje ustalenie daty zakończenia budowy pomnika. Z kroniki miasta wynika, że w 1962 r. ukończono budowę i pomnik uroczyście odsłonięto, jednak z dokumentu Urzędu Miasta z 1977 r. – w którym jest mowa o powołaniu Miejskiego Komitetu Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa – wynika, że pomnik ten został wzniesiony w latach 1952-1954.

Kolejnym wydarzeniem związanym z uczczeniem Śmierci rozstrzelanych było odsłonięcie pamiątkowej tablicy w kościele pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej w Zielonce. Odbyło się to podczas uroczystej mszy 11 listopada 1982 r. Tablicę zaprojektował artysta plastyk Jacek Zamościk. Początkowo znajdowała się ona w lewej nawie, natomiast dziś wyeksponowana została po lewej stronie przy głównym wejściu.

W kronikach parafialnych tak opisano tę uroczystość:

11 listopada 1982 r. o godzinie 18.00 odbyła się w naszym kościele uroczystość poświęcenia tablicy upamiętniającej męczeńską śmierć harcerzy 86. Warszawskiej Drużyny Harcerzy z Zielonki rozstrzelanych 11 listopada 1939 r. w pobliskim lesie. W podniosłej uroczystości połączonej z mszą świętą w intencji pomordowanych i apelem poległych wzięli udział liczni parafianie, harcerze oraz rodziny rozstrzelanych, a wśród nich bratanek zabitego – prowadzący dziś drużynę – Juliusz Kulczycki. Sprawy związane zufundowaniem tablicy (zbiórki do puszek pod kościołem) zbliżyły harcerzy do parafii.

Nie tylko pomniki i tablice wybudowano dla uczczenia pamięci poległych w listopadzie 1939 r. Powstał także harcerski rajd „Rota”, organizowany rokrocznie przez 27. Szczep Drużyn Harcerskich i Zuchowych. Zjeżdżają na niego do Zielonki drużyny z całej Polski, aby razem z harcerzami oddać hołd pomordowanym. Obowiązkowym punktem programu jest apel pod pomnikiem w rembertowskim lesie. Pierwsza „Rota” zorganizowana została w 1972 r. Od tego czasu rajd ten nie odbył się tylko raz – w 1996 r. W Zielonce gościło dzięki niemu wiele znanych postaci. Wśród nich byli weterani walk o niepodległość w latach 1914- 921, uczestnicy II wojny światowej z byłym Naczelnikiem Szarych Szeregów dh. Stanisławem Broniewskim „Orszą” na czele.

11 listopada jest dla mieszkańców Zielonki świętem podwójnym. Z jednej strony wspominane jest odzyskanie niepodległości z 1918 r., a z drugiej oddawany jest hołd pomordowanym w 1939 r. harcerzom. Od lat na zakończenie uroczystości tego dnia w kościele pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej w Zielonce odbywa się msza święta, podczas której odczytywany jest apel poległych.

Bibliografia, źródła:

  • Kronika miasta Zielonka (autorstwa D. Ellert).
  • Jan Łukomski, Stanisław Nienałtowski, A serce mieli jedno, Warszawa 1986.
  • Wywiady z Michałem Kulczyckim i Andrzejem Kołodziejczykiem.
  • Protokół spisany przez Tadeusza Ciecierę.

Anna Twarogowska, Magdalena Zalewska
Pod kierunkiem Urszuli Wysockiej
Ludzie i Historie
Zielonka 2004

 37 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Oceń ten tekst
[Total: 1 Average: 5]

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.