Maria Symonowiczowa
Rzecz dzieje się gdzieś w pierwszej dekadzie XX wieku, chyba już po rewolucji 1905 roku. Bohaterów tego melodramatu jest troje. Maria Symonowiczowa, żona właściciela majątku Miąse, jej mąż Władysław Symonowicz i ten trzeci Stefan Stasiak, przyszły profesor, a wtedy nie bardzo wiadomo kto. Maria jest kobietą bardzo piękną, ma buzię jak z żurnala, długie włosy dodawały jeszcze powabu. Inne atrybuty piękności znał tylko jej mąż. Człowiek postronny nie mógł zachwycić się jej nogami, bo damy nosiły suknie do samej ziemi, a biust skrępowany gorsetem u każdej wyglądał jednakowo. Pani Maria miała wówczas około 30 lat. Jej mąż Władysław, wiemy to od Zofii Solarzowej, był o 18 lat starszy. Czyli doświadczony mąż, spontaniczna żona. Idealna para. W rzeczywistości nie było aż tak dobrze. Przynajmniej w miłości.
Pan Władysław nieźle gospodarzył na stosunkowo niewielkim majątku, osiągał spore dochody a żona zajmowała się czym chciała, tak jak wszystkie dziedziczki. Pani Maria prowadziła dom otwarty, goście byli w nim zawsze i to ci z najwyższej półki. Podobno w Miąsem bywał nawet Stefan Żeromski, na pewno znany aktor Józef Kotarbiński, na pewno brat Marii, malarz Kazimierz Młodzianowski późniejszy minister. Pani Maria jeździła często do Krakowa, Zakopanego, słowem życie wyjątkowo piękne. Ale była jedna skaza. Małżeństwo nie mogło mieć dzieci. Można być wścibskim i pomyśleć, że w „tych sprawach małżeńskich” coś nie grało. Maria była młoda a pan Władysław jednak o pokolenie starszy. Ale te wątpliwości obaliłby początkujący lekarz – seksuolog. Młoda kobieta może i stulatka namówić do miłości. Problem był na pewno inny. Jedno z małżonków było bezpłodne. Jak się potem okazało na tę chorobę cierpiał pan Władysław.
Bezpłodność znana była od wieków. Jeden z naszych władców, Leszek Czarny (1240-1288), też nie mógł mieć potomstwa. Leczył się u najlepszych wówczas lekarzy, ale choroby nie pokonał. Czy leczył się Symonowicz – nie wiemy. Okres „bezdzietności” trwał z pewnością co najmniej kilka lat, więc Maria i Władysław zdecydowali się na adopcję dziecka. W ten sposób do ziemiańskiej rodziny wkroczyła mała Zosia Michałowska, późniejsza Zofia Solarzowa. Adoptowana córeczka spełniła ojcowskie oczekiwania pana Władysława, a Marii chyba nie, chociaż też kochała małą Zosię, ale być może miała jakiś żal do siebie i nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie „dlaczego ja nie urodziłam tej dziewczynki”. Ale to chyba nie był powód, przynajmniej nie jedyny powód, że pani Maria zdecydowała się porzucić męża i maleńką Zosię i wyjechać do Paryża. Powody były inne. Gdybym był obrońcą pani Marii w jakimś wyimaginowanym procesie to zadałbym kilka trudnych pytań panu Władysławowi. Panie Symonowicz, czy zdarzyło się panu wyjechać z żoną do któregoś warszawskiego teatru? Odległość do Warszawy nie tak wielka, z Tłuszcza jeździły pociągi. Czy wyjechał pan kiedyś ze swoją panią na dwa tygodnie do Paryża, Rzymu, Wiednia, Wenecji, Berlina, aby pana małżonka mogła przynajmniej liznąć wielkiego świata? Na te pytania odpowiedziałby pan z pewnością negatywnie. „Nie miałem czasu, bo przecież w gospodarstwie pracuje się siedem dni w tygodniu, chciałem wszystkiego dopilnować osobiście”. To prawda, ale pana koledzy też mieli gospodarstwa a ich rola ograniczała się często do liczenia pieniędzy, ewentualnie skupowania weksli, a żony nie były skazane na cztery ściany dworu. I dlatego gdy zjawił w Miąsem nikomu nieznany, rzekomy naukowiec, mniej więcej równolatek pani Marii, Stefan Stasiak, oczarował Symonowiczową do tego stopnia, że zdecydowała się porzucić męża. Nie mam cienia wątpliwości, że do tego czynu on przekonał panią Marię. Właśnie żeby porzuciła „wiochę” i wyjechała z nim do „stolicy świata”. Był jednak jeden szkopuł. Przyszły uczony był goły jak święty turecki i nie miał nawet na bilet do Paryża. I to on z pewnością namówił panią Marię by odzyskała swoje wiano włożone w zakup majątku. Symonowicz nie miał wyjścia, musiał sprzedać ukochane Miąse i przekazać duże pieniądze swojej żonie. Sam zdecydował się wyjechać jak najdalej od Miąsego w Sandomierskie, aby przynajmniej częściowo zapomnieć o swojej tragedii.
Maria i Stefan wyjechali do Paryża, podobno całe dnie spędzali w muzeach. W nocy też nie próżnowali toteż bardzo szybko Maria zaszła w ciążę. Zdarzyło się, że przyjechała z Paryża do Miąsego. W jakim celu? Nie wiadomo. Spotkał ją Jan Sasin, karbowy dworski i prosił na kolanach, by została w Miąsem. Pani Maria kilkakrotnie powiedziała, że nie może. Może już wtedy była „przy nadziei” i nie mogła powrócić z brzuchem z wielkiego świata. Co by ludzie powiedzieli? Chociaż z pewnością Symonowicz wybaczyłby jej ten grzech, a mała Zosia miałaby braciszka. Sprawy potoczyły się inaczej.
Pani Maria być może nie wiedziała, że pierwsza ciąża u kobiety po trzydziestce jest zagrożeniem życia, a ówczesna medycyna, nawet francuska, nie umiała sobie z tym problemem poradzić. I tak się stało. Maria zmarła po porodzie, a synek żył kilka tygodni, Symonowicz miał go adoptować, ale niestety, noworodek też umarł. Maria spoczęła na jakimś podrzędnym cmentarzu, dziś nie ma już najmniejszego śladu po tym grobie. Stefan Stasiak wrócił do Polski, przez pewien czas pracował na Uniwersytecie Lwowskim, zajmował się sprawami indyjskimi, po wojnie osiedlił się w Londynie, gdzie klepał biedę żyjąc z doraźnych tłumaczeń. Zmarł tragicznie (wpadł pod samochód) w 1962 roku. Odwiedziła go kilka miesięcy przed śmiercią Zofia Solarzowa. Rozmawiali oczywiście o pani Marii, ale treść tej rozmowy oboje zabrali do grobu. Po śmierci Marii Stasiak nie związał się już nigdy na stałe z żadną kobietą. Może autentycznie kochał długowłosą i może długonogą Marię.
Władysław Symonowicz po opuszczeniu Miąsego osiedlił się w okolicy Sandomierza, najpierw zarządzał majątkiem w Zalesiu, następnie pracował jako urzędnik a kiedy dość poważnie zachorował ostatnie lata życia spędził w Szycach u swojej ukochanej przybranej córki Zosi, która troskliwie opiekowała się swoim Tatusiem. Zmarł w 1926 roku i spoczął na cmentarzu w Białym Kościele. Symonowicz też nie związał się po odejściu Marii z żadną kobietą. On do końca kochał swoją panią. A piękna Maria kochała z pewnością tych obydwu panów. Najpierw Władysława Symonowicza w Miąsem, a potem Stefana Stasiaka w Paryżu.
Miąse i Paryż. A jednak coś połączyło te miejscowości.
Andrzej Sowa
goniec tłuszczański
nr 1/2018 (15)
19 Stycznia 2018