Wacław Wierzba
W hołdzie matce
Parę zdań chciałem poświęcić naszej matce. Była prosta wiejską kobietą. Bez mała analfabetką. Potrafiła jednak docenić konieczność nauki swych dzieci. Ciężko pracując na roli, kosztem olbrzymich wyrzeczeń zdołała trzech spośród czterech synów posłać do szkół średnich i wyższych. A gdy wybuchła wojna? Najprzód wrzesień 1939 roku. Dwóch nas było na froncie a jeden w dalekiej, pieszej wędrówce aż do Kowla i z powrotem. Jej nieprzespane wówczas, pełne niepokoju, wrześniowe i październikowe noce ciągnęły się w nieskończoność w oczekiwaniu na nasz powrót. Gdy wstąpiliśmy do ZWZ i AK stałą się ona automatycznie jednym z tych wielu w ówczesnej Polsce niezaprzysiężonym żołnierzem AK. Świadomie nie wprowadzaliśmy Jej w żadne nasze sprawy związane z konspiracją i walką podziemną. Ona i bez tego wiele wiedziała i wiele nam pomagała.
Czuliśmy zawsze Jej bezgranicznie wierną obecność przy nas i Jej gotowość do wszelkich poświęceń. Katowana przez Niemców, bita przez bandy rabunkowe i terroryzowana przez sowietów nigdy nie zeszła ze swego matczynego posterunku. Nasz los był Jej losem i tak było do końca Jej utrudzonego życia.
Był wrzesień 1944 roku. Już byli sowieci. Trafiła do nas na Krawcowiznę młoda kobieta, szef kontrwywiadu Obwodu „Rajski Ptak” Wanda Maciejewska „Marcin”. Przy powitaniu podała matce rękę i w głębokim ukłonie powiedziała „ja tyle o pani słyszałam…”. Takich matek i w ogóle kobiet było wiele. Jedną z nich była żona starszego Beredy, gospodarza ze wsi Malcowizna w pobliżu Krawcowizny. Wskutek jakiegoś donosu Niemcy przeprowadzili rewizję w budynkach Beredów i znaleźli karabin. W takich wypadkach mężczyźni byli skazywani na śmierć. Mąż i syn Beredowej leżeli już związani przy wykopanych wcześniej dołach. Gotowa na wszystko matka zdołała zmylić czujność Niemców. Podeszła do związanego syna i przecięła jego sznury. Chłopak rzucił się do ucieczki. Niemcy otworzyli za nim szaleńczy ogień z pistoletów maszynowych. Trafiony jednym pociskiem w policzek zdołał uciec. Żyje dotychczas. Jego bohaterską matkę Niemcy zastrzelili razem z mężem. Jej poświęcenie nie było daremne.

Jesienią 1955 roku został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie mój starszy brat Wacław „Odrowąż”. W czasie aresztowania przeprowadzono szczegółową rewizję ale nic kompromitującego nie znaleziono. Już znaczenie wcześniej, w końcu lat czterdziestych dochodziły do nas informacje, ze Urząd Bezpieczeństwa poszukuje dowódcy oddziału AK, który dokonał likwidacji grupy rabunkowo-bandyckiej na terenie gminy Zabrodzie. Było jasne, że chodzi o akcję z końca grudnia 1942 roku którą ja jako dowódca plutonu dywersyjnego przeprowadziłem na rozkaz komendanta Obwodu Rajski Ptak „Joga”. Z wiadomości, jakie otrzymywaliśmy wynikało że całe śledztwo K.B. ukierunkowane było nie na mnie, lecz na osobę mojego brata, co było dla nas zagadką. W rozmowach, jakie na ten temat prowadziliśmy z Wacławem mówiłem, żeby w przypadku aresztowania pod zarzutem likwidacji bandy „Zabrodzie” wskazał mnie, jako wykonawcę tego zadania. Uważałem, że on nie może ponosić odpowiedzialności za moją działalność okupacyjną. Odrowąż był szantażowany przez U.B. znacznie wcześniej, kilka miesięcy przed aresztowaniem. Próbowano pozyskać go do współpracy i wyznaczyć rolę donosiciela. Obiecywano różne korzyści materialne, dobra i popłatną pracę, mieszkanie, przydział samochodu itd. Gdy mimo tych obietnic spotykali się z ciągłą odmową współpracy zagrozili mu wprost, że znajdą na niego haka i wsadzą do więzienia. I tak to się stało. Wiadomość o aresztowaniu Wacława załamała mnie w pierwszej chwili. Byłem przekonany, że trafił do więzienia za moje dawne sprawy. Dopiero później okazało się , że nie jest to zupełnie tak jak myślałem. Przygotowany na swoje aresztowanie czekałem na dalszy bieg wypadków. Wacław, jak się później okazało odrzucał oskarżenie dot. „Zabrodzia” ale również nie wskazał mnie jako wykonawcę akcji. Po trzech miesiącach pobytu Wacława w więzieniu otrzymałem wezwanie do Urzędu Bezpieczeństwa w Warszawie. Żegnając się z rodzina byłem zrozpaczony. Odjeżdżałem w przekonaniu, że zostanę skazany na długoletnie więzienie pozostawiając w domu samotną niepracującą żonę z dwojgiem małych dzieci. Moja dzielna Ludka dużo lepiej zniosła moment rozstania.
Gdy znalazłem się w UB byłem przygotowany na najgorsze, ale zupełnie już spokojny. Na wstępie przesłuchania (dwóch oficerów UB jednocześnie) oświadczono mi, ku mojemu zdumieniu że mam zeznawać jako świadek oskarżenia w sprawie Wacława dotyczącej likwidacji w czasie okupacji członków Polskiej Partii Robotniczej na terenie gminy Zabrodzie. Gdy zaczęto stawiać mi nieistotne pytania, nie mające związku ze sprawą przerwałem im proponując konkretne pytania, abym mógł dawać rzeczowe odpowiedzi. Ale nie – oni muszą podchodzić do sprawy dialektycznie. Taka była ich odpowiedź. Gdy nareszcie dobrnęli do sprawy „Zabrodzia” oświadczyłem, że akcję likwidacji tych osób przeprowadziłem ja osobiście a nie Wacław, że akcję przeprowadziłem na pisemny rozkaz komendanta Obwodu „Joga” (on już wówczas był w Argentynie – niech go szukają) a zlikwidowani byli normalnymi przestępcami dokonującymi napadów rabunkowych. Miałem satysfakcję patrząc na miny tych dwóch esbeków. Cała ich konstrukcja oskarżenia Wacława jaką budowali przez kilkanaście miesięcy runęła w jednej chwili. Obaj równocześnie wymyślali mi, że kłamię dla osłony brata i że on i tak pójdzie do więzienia a ja również za fałszywe zeznania. Odpowiedziałem, że odnośnie wszystkiego mogę postawić wielu świadków. To było realne. Wówczas wielu chłopców z mojego plutonu jeszcze żyło.
Przesłuchanie trwało siedem godzin. Protokół podpisano zgodnie z moimi zeznaniami i dano mi do przeczytania. Protokół podpisałem. I znowu zaskoczenie. Zapłacono mi za koszt przejazdu pociągiem z Sosnowca do Warszawy i odwrotnie i wypisano przepustkę na wyjście z UB. Czekałem w domu jeszcze pewien czas na swoje aresztowanie. Po upływie dwóch czy trzech miesięcy wypuszczono z więzienia Wacława i sprawę umorzono.
goniec tłuszczański
nr 1/2018 (15)
19 stycznia 2018