Urle, willa włościańska, rok 1906
(Korespondencja własna Dzwonu Polskiego).
Urle, d. 6 sierpnia 1906 r.
Z podwarszawskich miejscowości najwięcej to uczęszczane letnisko. Przebywa tam po parę, niekiedy po kilka tysięcy osób, dzięki jedynie lasowi i jego balsamicznym woniom. Natura i świeże powietrze pociągają tysiące ludzi, chcących cokolwiek odpocząć po trudach, a nie mogących wyjechać z rodziną dalej. To co natura daje, jest jedynym magnesem dla letników i wycieczkowiczów, bo to co ludzie im ofiarują, sprowadza się do zera. Zdaje się, że odpowiednie czynniki myślą tylko o tem, jakby utrudnić dojazd i pobyt w lasach urlowsklch.
Przedewszystkiem dojazd. Kolej żelazna petersburska wcale nie dba o wygodę dla pasażerów i o odpowiedni rozkład pociągów, zwłaszcza w drodze powrotnej z Urli do Warszawy. Do Wołomina zazwyczaj bywa taki straszny ścisk, że pasażerowie zmuszeni są siedzieć na stopniach wagonów. O umieszczeniu pasażerów w odpowiednich klasach nie może być mowy, na czem korzystają zazwyczaj specyficzni mieszkańcy Wołomina, jeżdżąc w połowie na t. zw. „gapę”. Skrupulatniejsza bowiem kontrola biletów jest możliwa dopiero za Wołominem, w którym wysiada 2/3 pasażerów.
Z Urli pociągi odchodzą z rana w czasie najhaniebniejszym; najpóźniejszy wychodzi o 6 i pół, przybywa do Warszawy o 8-ej minut kilka; następny odchodzi dopiero przed samą jedenastą, co dla urzędników i zawodowców jest znów za późno. Szczęśliwi są mieszkańcy Tłuszcza, bo ci mają jeszcze jeden pociąg pośredni o godz. 8 -ej zrana. Kolej, dbająca o pasażerów, umiałaby zrobić połączenie Urli tym właśnie pociągiem. Ale na to trzeba, żeby kolejami zarządzały jednostki, wychodzące z łona naszego społeczeństwa i chcące pracować dla niego.
Drugą niedogodnością kolejową jest brak stacji towarowej w Urlach. Bagaże wysyłane są do Łochowa, o 4 wiorsty od Urli, stamtąd sprowadzane furmankami, o ile kto nie da paru rubli urzędnikom bagażowym, żeby mu wyrzucili rzeczy w Urlach. I dzieje się tak bardzo często i pociąg się przez to nie opóźnia, jeno letnicy niepotrzebnie wydają po parę rubli i napychają pieniędzmi kieszenie pp. urzędników kolejowych.
Trzecią wreszcie niewygodą i anormalnością jest pobieranie opłaty za bilety do Łochowa, zamiast do Urli i to opłaty — wprost bajecznej. Prawda, w kalendarzach stoi wyraźnie, że do Małkini obowiązują bilety podmiejskie, w praktyce jednak rzecz się przedstawia inaczej. Bilety podmiejskie istnieją tylko do stacji Tłuszcz. I oto za 63 wiorsty do Skierniewic płacimy 55 kop., a za niecałe 50 do Urli 61 kop., wówczas, gdy według taksy należy się tylko pół rubla do Łochowa. A że nadto na dworzec petersburski w Warszawie nie można korzystać z taniej, tramwajowej komunikacji, bo tramwajów na tej linji zawsze brak (dawniej chodziły w letniej porze podwójne tramwaje), trzeba jechać dorożką, przeto jedna wycieczka do Urli tam i z powrotem, nie licząc nadszarpanego w tłoku ubrania i nadłamania żeber, wyniesie dla pasażera 3-ej klasy — dwa ruble, a dla pasażera 2-ej klasy — trzy. Jest więc to rozrywka dość kosztowna. Za kilkanaście takich wyjazdów do rodziny w niedzielę i święta płaci się tyle, że można byłoby mieć za te pieniądze bilet ulgowy na zrobienie porządnego touru po Europie.
Dobiwszy się za słoną cenę do Urli musi szanowny wycieczkowicz wstąpić zaraz do jadłodajni, aby się ochłodzić. Na wstępie wita nas budka z wodą sodową, sprowadzoną z pobliskiego Jadowa i wyróżniająca się „niesmakiem”. O krok dalej „Café Urle”, nazywane przez mieszkańców letniska „Café Luré”. Jest to nazwa z dawniejszych jeszcze pochodząca czasów, kiedy to drugie miano było istotnie sprawiedliwsze. I dziś nie jest to miejscowość wykwintna, ale można tu zjeść wcale nieźle i wypić niezgorzej. Ot taka sobie polska restauracyjka prowincjonalna i nie droga. Ale, jak wszędzie u nas, brak jej przedsiębiorczości. Pism prawie niema, zwłaszcza ilustracji, dosyć tu brudno i niepociągająco, światła wieczorem maluczko, to też chociaż gospodarze są uprzejmi i kręcą się, jak mogą, nie są w stanie przyciągnąć szerszej publiczności.

Niedaleko od tej kawiarni wystawiono przed dwoma laty maleńką kapliczkę, w której zawsze w niedzielę i święta pełno. Urządzono też pocztę; mieści się ona blisko stacji, ale cóż kiedy pociecha z niej niewielka. Mieszkając o 1½ godziny od Warszawy, letnicy w Urlach otrzymują ranne numery pism dopiero na drugi dzień w południe. Mieszkańcy Zagłębia Dąbrowskiego są szczęśliwsi, bo warszawskie poranne pisma czytają o godz. 2-ej po południu tegoż samego dnia. Zakrawa to na humorystykę, a jednak tak jest istotnie.

Pod Urlaml przepływa rzeczka Liwiec. Co prawda, podczas tegorocznych upałów rzeka ta mocno wyschła, tak, że o kąpieli trudno marzyć, ale, niestety, bywa tak i nie podczas upałów. Uparci zwolennicy kąpieli kładą się na wznak w wodzie, a i wtedy jeszcze nie są całkowicie pogrążeni w nurtach owego Liwca. Woda bowiem nie sięga tu kostek. Jest skromna. A jednakże możnaby zrobić tamę koło mostu i mieć kąpiel wcale przyzwoitą.
Na dużej polance wystawiono kasyno, które w przyszłości może niedalekiej będzie siłą przyciągającą i punktem zbornym towarzystwa. Będzie tu czytelnia, bilard, kręgielnia, fortepian, sala koncertowa i t. d. Dzisiaj dają tu już przedstawienia amatorskie, urządzają wieczorynki i koncerty, zbierając w ten sposób powoli fundusze na porządne urządzenie kasyna.
Od dwóch lat są w Urlach pewne nowe udogodnienia, a mianowicie: jest parę pensjonatów, gdzie za cenę niezbyt wygórowaną można dostać bądź całkowite utrzymanie z mieszkaniem, bądź tylko to pierwsze. Jest też na miejscu filja apteki, istniejącej w Jadowie, odległym o parę wiorst od Urli. Z mieszkań zasługują na wyróżnienie wille Zamoyskiego, których jest tu kilkadziesiąt. Nie są one urządzone wykwintnie, ale mają duże pokoje i wszelkie wygody, potrzebne dla lokatorów wogóle i gospodyń w szczególności, położone są nadto w starym lesie sosnowym.
Za gruntami Zamoyskiego ciągną się grunta włościańskie z młodym lasem sosnowym, na których stoi paręset domków, zazwyczaj nie tęgo urządzonych. Aczkolwiek i tu widać postęp w ciągu dwóch lat ostatnich. Gospodarze wynajmują zazwyczaj domki wraz z opałem, ćwiartką drzewa, która jednak jest problematycznie mała. Nasi „kmiotkowie” naciągają w tym względzie letników. Atoli domki te mają jedną dużą wadę, t. j. specjalnego staropolskiego systemu budki „dołowe”, o które w najcudniejszem zawadzisz ustroniu, a jeżeli ty się na nie nie natkniesz — przypomną ci się one same. Zapach bowiem „dołowy” rywalizuje tu, zwłaszcza w dni upalne, z balsamiczną wonią lasów sosnowych.
Zbawieniem Urli są nasze poczciwe zwierzątka domowe, mówiąc trywjalnie świnie, znane z tego, że są bardzo smaczne, same jednak nie posiadają smaku i jako ludzie do Hawełki w Krakowie, do owych budek dążą. Błogosławione świnie! Letnicy z utęsknieniem wyglądają kiedy powitają one zakątki ich siedzib.
Wille gospodarskie zazwyczaj są przemakalne, choćby odrobinkę, ale przyjętemu zwyczajowi musi się stać zadość. Jedzenie, naogół biorąc, dość tu drogie, zwłaszcza, że nienajsmaczniejsze. Gosposie utrzymują, że wołowinę stale tu zastępuje krowina, mleko ma domieszkę zdrową, bo tylko troszeczkę wody, a masło, to mówią że dobre — dzień jeden, a gdy się człowiek dobrze rozsmakuje, zaczyna wątpić o jego szczerości. Za to wszelkie nowalijki wiejskie, kartofelki, owoce są bajecznie cenne. Na nowalijki należy jeździć do Warszawy, bo nawet łącznie z podróżą okaże się w syrenim grodzie tańsza.
Z namiętnością wyglądanymi przez letników, zwłaszcza w tym gorącym roku, są sprzedawcy lodów, przyjeżdżający tu stale codziennie z Warszawy. Kawiarnia bowiem miejscowa jest bardzo daleko, znajduje się tuż przy stacji i na samym krańcu Urli, tak że letnicy nie bardzo mogą z niej korzystać z powodu odległości.
W roku bieżącym, w roku krwawych wypadków i niepewnego jutra, letnicy wiodą żywot bardzo spokojny i cichy; niema wcale zabaw i ożywienia. Jeno plotki kursują po staremu.
Dzwon Polski
wydanie wieczorne. 1906, № 228