Antoni Wełna
Ostatnie ognie
Służba nie drużba — powiedział sobie z determinacją plutonowy Antoni Wełna, kiedy otrzymał rozkaz wyjazdu, na którym widniała nazwa stacji docelowej: Sarny. Musiał opuścić liczne grono przyjaciół i kolegów ze stacjonującego w Beniaminowie pod Zegrzem II batalionu, jedynego w Polsce pułku radiotelegraficznego z siedzibą w Warszawie. Doskonały i karny żołnierz nie rezonował zbytnio nad dziwnymi kolejami swej służby. Ale że był obdarzony wyobraźnią, roił w skrytości ducha różne przypuszczenia w związku z tym zaskakującym przeniesieniem go do Korpusu Ochrony Pogranicza. Już na miejscu przekonał się, że żaden z jego domysłów nie spełnił się. Pod nazwą batalionu KOP był zakamuflowany specjalny batalion. Przybysz domyślił się, że ma to być swego rodzaju jednostka służąca do formowania kadry wojsk fortecznych.
Plutonowego Wełnę mianowano dowódcą drużyny radio w plutonie łączności, którym dowodził st. sierżant Bełz. W dyspozycji mieli radiostacje typu RKD (Radiostacja Korespondencyjna Dywizyjna) nadawczo-odbiorcze, średniofalowe (na krótko przed wybuchem wojny, latem 1939 r., wprowadzono nowy typ stacji N1 i N2, z zakresem fal krótkich). Prócz tego pracowali na ROD (Radiostacja Odbiorcza Dywizji). Do transportu sprzętu służyły dwukółki sprzężone o zaprzęgu konnym. ROD służyły do podsłuchu. Kiedy wojsko było w marszu, jeden z radiotelegrafistów, często sam nasz plutonowy, siedząc na wózku, obsługiwał aparaturę i dokonywał nasłuchu.
Radiostacja RKD była wyposażona w antenę parasolową wysuwaną na maszcie metalowym o wysokości 10 m i miała zasięg: na fonię 10-15 km, a na telegrafię — 75 km.
Przed samą wojną wprowadzono w wojsku bardziej nowoczesne typy radiostacji (N1 i N2) o większym zasięgu. Radiostacja N1 była wbudowana w samochód, polski Fiat i miała zasięg do 100 km na fonię oraz do 500 km telegrafią.
Zanim padły pierwsze strzały w kampanii wrześniowej plutonowy Wełna zdążył opanować obsługę wszystkich wspomnianych typów radiostacji. Zdobył dobrą praktykę. Gdyby wiedział, w jakich warunkach za niespełna trzy lata będzie ten jego kapitał wiedzy procentował…
Wojna! Batalion forteczny uzbrajał i mundurował rezerwistów wszystkich broni, a przeważnie piechoty. W bunkrach znalazła pomieszczenie artyleria ciężka i przeciwpancerna, saperzy, łącznościowcy, piechota. Stacjonowali tu do 16 września, aż przyszedł rozkaz ładowania się na pociąg, który miał ich zawieźć nad granicę z Rumunią. Nie dojechali! Nazajutrz wojska radzieckie przekroczyły Bug, batalion forteczny rozpuszczono, zwalniając żołnierzy, podoficerów ze służby. Dowódcy, ppłk. dypl. Sulikowi, udało się przedrzeć na Zachód; potem dowodził dywizją pod Monte Cassino.
A nasz plutonowy? Ten natknął się na oddziały grupy operacyjnej „Polesie” generała Kleeberga i pozostał z nią do końca. Tu, za Parczewem i Kockiem, przejął radiostację N1. Wyrywał się do nadawania, ale musiał milczeć: byli w okrążeniu. Obowiązywała cisza radiowa, można było tylko nasłuchiwać. Słuchał więc komunikatów radia Warszawa, nadającego z oblężonej stolicy, potem nasłuchiwał Moskwy, Paryża, Londynu. Tą drogą dowiedział się o uprzedniej kapitulacji Westerplatte; miał tam przyjaciela w osobie st. sierżanta Rasińskiego, który nie chciał Niemcom oddać szyfrów i za to go powiesili. Potem wysłuchał komunikatu o kapitulacji Warszawy. A jej obrońcy jeszcze się bili i dawali się Niemcom we znaki. Wełna ciągle nasłuchiwał, choć miał mało sprawny odbiornik. 5 października, późnym wieczorem, zakończyła się bohaterska epopea kleeberczyków. Bezpośrednio przedtem w ostatniej bitwie pod Adamowem, dali cięgi Niemcom, ale na tym był już koniec. Wyczerpała się doszczętnie amunicja, a tu jednostkom Wehrmachtu, i tak o siłach przeważających, nadeszła pomoc w sile brygady pancernej odkomenderowanej z Warszawy.
Dogasały ostatnie ognie kampanii wrześniowej. Trzeba było z żalem zrezygnować z zamiaru przebicia się i pośpieszenia z odsieczą Warszawie. Trzeba było kapitulować. Generał-dowódca osobiście, jako parlamentariusz, udał się samochodem do niemieckiego dowództwa. Widząc to, Wełna z rozrzewnieniem wspominał, jak kilka dni przedtem gen. Kleeberg jechał bryczką na inspekcję swoich oddziałów. Wypatrzył go wówczas nieprzyjacielski lotnik; generał zeskoczył z bryczki i z leśnego duktu wpadł między drzewa. Ledwie to się stało, bomba trafiła w bryczkę. Sztab, zaniepokojony nieobecnością dowódcy, posłał ułanów na poszukiwanie: ci znaleźli generała.
Niemcy wystawili Kleebergowi kompanię honorową; zgodnie z omówionymi warunkami kapitulacji mieli puścić wszystkich wolno. Nie dotrzymali umowy i wywieźli jako jeńców do obozów.
Plut. Wełna znalazł się w oddziale jeńców; zaprowadzono ich do Dęblina i ulokowano w twierdzy. Po czterech dniach zawieziono ich pociągiem do Radomska, a stąd szli pieszo do Częstochowy. Minęło znowu parę dni, załadowano 3000 ludzi do pociągu towarowego i odtransportowano do stalagu Altengrabow pod Magdeburgiem.
13 maja 1942 r. Wełna, zwolniony z powodu choroby żołądka, wrócił do Polski. Zamieszkał w Radzyminie.
W trzy tygodnie po powrocie odnaleźli go tutaj instruktor Centrum Wyszkolenia Łączności w Zegrzu ppor. Alfons Golański i kolega z pułku radiotelegraficznego — Bolesław Trzaskowski. Ale nie była to wizyta grzecznościowa…
Narodziny „Żbika”
Polska walczy nadal — usłyszał z ich ust. Wojsko Polskie nie składa broni — mówili. Radiotelegrafiści nie kapitulują. Gra idzie o wielką stawkę. Wełna jest wybitnym specjalistą, niech się zgłosi w Warszawie na ulicę Marszałkowską pod taki, a taki numer. Więcej mu powiedzieć nie mogą, konspiracja.
W upozorowanym na pracownię artysty-malarza lokalu konspiracyjnym zastał jakiegoś łysawego cywila. Kolego — rozpoczął tamten — jest tajna organizacja wojskowa, trzeba dalej walczyć. Złożył przysięgę, został członkiem Armii Krajowej z przydziałem do i plutonu alarmowego kompanii „Orbis” batalionu „Iskry”, będącego w dyspozycji Komendy Głównej.
Skontaktowany z dowódcą plutonu z radością stwierdził, że jest nim nie kto inny, jak jego serdeczny przyjaciel Golański, pseudonim „Pająk”. Ten zlecił Wełnie zorganizowanie i obsługę punktu nadawania w Żyrardowie. Wprowadził go w rejon plut. „Sęp”, który korespondował z Londynem w sąsiednim rejonie — w Brwinowie.
Sprzęt początkowo był lichy, istna zbieranina różnych typów, ale trzeba było pracować na takim, jaki był.
Wkrótce jednak odmieniło się, a „Żbik”, taki pseudonim przybrał Wełna, otrzymał aparaturę z angielskich zrzutów w rejonie Kampinosu, pod Radziwiłłowem. „Nelką” nazywali tę nadawczo-odbiorczą krótkofalówkę o mocy 12 W. Słaba, ale całkowicie wystarczająca do korespondencji z dowództwem Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Tak rozpoczął się najbardziej niebezpieczny okres w życiu plut. Żbika.
Gorąca linia Żyrardów — Warszawa — Mińsk Maz.

Mieszkał w Radzyminie przy ul. 3 Maja 8 jako sublokator właściciela domu Stanisława Białka, z którego bratanicą Mieczysławą ożenił się w lecie. Dojeżdżał codziennie do Żyrardowa i kierował się do aktualnej „meliny”, gdzie już czekała na niego radiostacja dostarczona na miejsce z punktu przechowywania. Seanse przeprowadzał najczęściej w cieplarni ogrodnika Wojciechowskiego, także członka organizacji. Wprowadzał go tam sam właściciel „Czarny” jako komendant ochrony. „Czarny” został potem w przypadkowych okolicznościach zastrzelony.
Zasady konspiracji przewidywały, że radiooperator nie znał miejsca przechowywania aparatury, ani też nie wiedział, dokąd stacja była odnoszona po seansie. Otrzymywał wszystko gotowe, i nigdy też nie wiedział definitywnie, gdzie będzie następnym razem prowadzić korespondencję. Nie woził też ze sobą żadnych materiałów. Tekst depesz, które należało bezwzględnie nadać, i to tego samego dnia, przywoziła łączniczka z Warszawy: nie mogła się ona stykać z radiooperatorem bezpośrednio.
Miejsca, z których nadawano, były ruchome. Przerzucano aparaturę z jednego punktu na drugi, żeby uniemożliwić Niemcom. a co najmniej wybitnie utrudnić, namiar pracującej stacji.
Treść depesz do nadania była pisana na cytrynowej japońskiej bibule, szyfrem, którego radiooperator nie znał. Ilość znaków bywała różna, od 30 do 200 grup (grupa składała się z 3 lub 5 liter). Ponieważ „Nelka” była dostosowana do nadawania telegrafią, praca polegała zatem na wystukiwaniu kluczem nadawczym znaków alfabetu Morsego.
Czynności operatora były następujące:
- ustawienie anteny (przeważnie na dachu),
- przyjęcie od łącznika z lokalnej ochrony tekstu depesz przywiezionych ze stolicy,
- sprawdzenie gotowości aparatury do pracy,
- wywołanie adresata,
- zwinięcie sprzętu; odniesienia aparatury na melinę,
- odprowadzenie radiooperatora do określonego miejsca, skąd powracał do domu.
Plutonowy Żbik trwał na swym posterunku aż po dzień, w którym zlikwidowano żyrardowski punkt konspiracyjnej działalności radiowej. Stało się to w wyniku znanej wsypy AK w Żyrardowie jesienią 1942 r. Był to istny pogrom; wielu żołnierzy AK rozstrzelano, niejeden trafił do obozu koncentracyjnego.
Żbik nie mógł przeboleć straty kolegów, ale zaciął się i postanowił przynajmniej ratować swoją „Nelkę”. Bał się, że wpadnie w ręce Niemców. Pojechał więc do Żyrardowa, ale przezornie wysiadł wcześniej, w Międzyborowie, i w dalszą drogę ruszył pieszo. Żyrardów obszedł bokiem, z prawej strony od toru kolejowego. Za laskiem, w zaroślach stała zagroda, w której znajdowała się jego ostatnia melina, u członka organizacji — „Kruka”. To właśnie stąd zabierano go na miejsce nadawania. Zastał dwoje staruszków, rodziców „Kruka”. Na jego widok przeżegnali się i powiedzieli: Po co pan tu przyjechał, taki pogrom!… Wyjaśnił cel swego przyjazdu, a w międzyczasie zjawił się syn gospodarzy. We dwóch udali się do miasta, Szczęście im dopisało: niespodziewanie natknęli się na dowódcę ochrony radiostacji, „Długiego”.
— Po coście tu przyjechali, panie plutonowy. Tu gorąco…
— Dajcie łączniczkę, niech zawiezie aparaturę do Warszawy, na punkt — zażądał Żbik. Tamten wzruszył ramionami.
— Nie mam, bo jak nie złapane, to uciekły.
— Wobec tego zabiorę sam — powiedział zdenerwowany Wełna.
— Niech mi tylko rozpoznają trasę, czy jest bezpieczna.
Wręczono mu „Nelkę” w jakimś prywatnym mieszkaniu w pobliżu stacji kolejowej, po czym nastąpiło rozpoznanie trasy. Było południe, niemieccy stróże porządku rozeszli się na obiad, pora na przeszwarcowanie radiostacji wydawała się odpowiednia. Wełna niósł „trefny” bagaż w skórzanej teczce. Wykupił bilet i wyszedł na peron. Elektryczny pociąg stał gotowy do odjazdu. Nagle pojawił się 7-osobowy patrol żandarmów. Co robić? Cofnąć się — źle. Iść do przodu — niedobrze. Zdecydował się jednak i ruszył w stronę wagonu. Wszedł do środka, rozejrzał się za miejscem dogodnym do ukrycia niebezpiecznego bagażu. Zajął miejsce w przedziale, a tu za nim weszli żandarmi. Teczkę trzymał na kolanach, zdezorientowany nie wiedział co z nią robić.
Przedział zapełniły kobiety ze wsi, wiozące produkty żywnościowe na sprzedaż. Niemcy penetrowali im koszyki. Jeden z nich podszedł do Wełny. Ten odruchowo odsunął nogi w prawo, a żandarm zajrzał pod ławkę, w celu sprawdzenia, czy pasażer nie ukrył tam jakiegoś towaru. Manewr Wełny okazał się psychologicznie uzasadniony. Niemiec dał się na to nabrać, nie znalazł tam niczego, jak również nie zauważył teczki. Zaraz też rewizja dobiegła końca i pociąg ruszył.
Na Dworzec Główny przyjechali już po godzinie policyjnej. Co tu robić? medytował zaniepokojony pasażer z czarną teczką. — Oddać bagaż do przechowalni? Może zginąć. Wtem zjawił się patrol żandarmerii. Wełna spacerował tu i tam, udając, że czeka na pociąg, i od czasu do czasu obserwował przez drzwi Aleje Jerozolimskie. Zobaczył w pewnej chwili nadjeżdżającą dorożkę. Skoczył, dopadł pojazdu.
— Na Stalową, do kolejki!
Szczęśliwie nocą dotarł do Radzymina. Żona już spała. Ukrył aparaturę w tapczanie, a rano przewiózł do Warszawy i przez łączniczkę przekazał na punkt dowodzenia plutonem. Żyrardów był już la niego spalony. Trzeba było zorganizować gdzie indziej melinę radiową.
Radioamator i Krótkofalowiec Polski
wrzesień 1970, nr 9