
Dokonany przez dowództwo kompanii „Orbis” w porozumieniu z dowództwem okręgu wybór nowego miejsca pracy radiostacji padł na Mińsk Maz. Wełna został skontaktowany z dowódcą obwodu „Lubiczem” oraz z komendantem AK na miasto — „Borutą”. Ten ostatni osobiście dość często pełnił teraz funkcję szefa ochrony radiostacji. Bywało, że ochronę tę zapewniał oddział w sile 100 uzbrojonych ludzi. Zamelinowany punkt na dawczy mieścił się w dzielnicy zwanej Stankowizna. po prawej stronie toru kolejowego. Znajdował się tam „Rolnik” — skład narzędzi rolniczych i nasion. Zatrudniony tu był m. in. „Boruta”. Tu właśnie, na Stankowiźnie Wełna przeżył pierwszy najazd hitlerowskich pelengatorów i żandarmów.Niemcy prowadzili w Warszawie nieustanny nasłuch radiowy z dwóch stałych miejsc: kompleksu budynków Muzeum Narodowego w Alejach Jerozolimskich oraz przy ulicy Puławskiej. Za pomocą urządzeń goniometrycznych z grubsza ustalali kierunki stanowisk stacji w terenie, a potem wysyłali samochody wyposażone w aparaty namiarowe, zaś za nimi — żandarmerię w ciężarówkach.
Nie dojeżdżając do Mińska Maz., zaraz za wałem, był w tamtym czasie majątek rolny zwany „Florencja”. Tutaj zatrzymały się dobrze zamaskowane samochody z uzbrojonymi hitlerowcami, a wóz pomiarowy posuwał się dalej, namierzał pracujący nadajnik i lokalizował jego stanowisko. Wełna nadawał przeważnie po godz. 17, o czym Niemcy oczywiście wiedzieli. Zarówno wtedy, jak i później, mimo ciągłych podjazdów i prób przyłapania go na gorącym uczynku — Wełna był nieuchwytny. Zawdzięczał to w dużej mierze wyczuleniu, wprost nadwrażliwości na każdy odgłos zbliżającego się samochodu, głos trąbki, szum opon. W tym też kierunku wyszkolona była czuwająca ochrona. Zawsze w porę ostrzeżony „zwijał” aparaturę, którą łącznik przenosił do meliny. Poza tym. od czasu do czasu zmieniano stanowisko pracy i przenoszono radiostację w inne miejsce.
Jeszcze kiedy nadawał z „Rolnika” wóz goniometryczny podjechał pod samą bramę. Wpadł „Boruta” i zawołał: — Niech pan przestanie. bo stoją przy wejściu! Tymczasem niemieccy zwiadowcy nasłuchiwali, namierzali, ale Wełna zdążył już przerwać pracę krótkofalówki i przyczaił się na miejscu. Obok na stole leżał 9-strzałowy Colt i 2 granaty. Był zdeterminowany: żywego go nie wezmą. Dokumentów przy sobie nie miał. spoczywały w Prudentialu pod opieką siostry „Boruty” która była również członkiem organizacji.
Zdezorientowani Niemcy odjechali. Wełna postanowił kontynuować nadawanie. Ledwie jednak wystukał kilka wyrazów pojawił się „Boruta”.
— Są za dworkiem! — krzyknął.
A więc stamtąd prowadzili namiar w nadziei, że nikt ich manewru nie zauważy.
— Nie ma rady, trzeba zwijać, czy dawanie skończone czy nie – decyduje „Boruta”. Wręcza aparaturę obstawie, a sam ze „Żbikiem” pędzą do lasu. Udało się. Potem melinę przeniesiono vis a vis budynku gestapo, a wreszcie w pobliże poczty. Tu też Wełna przeżył nową przygodę.
Było to przy ulicy Warszawskiej. Pech chciał, że Niemcy nadjechali w chwili przekazywania funkcji ochrony przez jeden oddział drugiemu. Wytworzyła się taka sytuacja, że nikt nie mógł dotrzeć do radiooperatora, by powiadomić go, że samochód pelengacyjny akurat cicho podsunął się pod dom. Jednocześnie Wełna wyłowił uchem silne zagłuszanie pracy stacji. Nie mogąc po prostu pracować na pierwszej fali, przeszedł na zapasową, co spowodowało, że nasłuch zgubił go w tym momencie. Wprawdzie nie na długo, ale ta zwłoka dezorientacii agentów z Funk-Stelle Abwehr wystarczyła, aby do Wełny przedarł się, klucząc od strony pól i ogrodów młody żołnierz armii podziemnej, podchorąży „Kobalt”. Choć z natury odważny, nie wytrzymał nerwowego napięcia i zamiast dać znak dyskretnie, doskoczył i z całej siły wyrżnął pięścią w ramę okienną.
— Zwijać! — zawołał.
Wełna w takich momentach nie zwykł komentować sytuacji. Szarpnął antenę, wrzucił razem z aparaturą do teczki, w drugą rękę chwycił Colt, towarzysz jego to samo – i w drogę. Tę samą, którą przybiegł „Kobalt”. Przeskoczyli przez komórki, potem w ogród przez kartoflisko. Przed nimi jedna tylko jeszcze przeszkoda: wysoki na 2 m szczelny parkan z potrójnym u góry drutem kolczastym. Za ogrodzeniem — wybawienie: „Boruta” z obstawą.
— Dawajcie aparat! — krzyczy dowódca. Wełna przerzucił teczkę i z najwyższym wysiłkiem pokonali płot. Aparat odniesiono na melinę, a szef zaproponował:
— Zrobimy polowanie na Niemców, panowie.
Poszli w miasto z bronią ukrytą pod płaszczami. Na rogu ulicy Świętokrzyskiej prosperowała mała knajpa. Zerknęli przez okno do środka i ujrzeli kilku SS-manów popijających piwo i czekających na wynik pelengacji „bandyckiej” radiostacji. Już miał paść rozkaz do zaatakowania wrogów, kiedy nadbiegł zadyszany łącznik, wysłany uprzednio dla zasięgnięcia języka, co też dzieje się na „Florencji”. Miny im zrzedły, musieli zrezygnować z likwidacji Niemców, gdyż stało tam ukrytych 5 ciężarówek z wojskiem. Nie mieli żadnych szans na pomyślną akcję – zwłaszcza, że na mieście pokazały się nowe patrole żandarmów.
Na obszarze AK „Mewa” w rejonie Mińska Maz. uruchomiono drugi punkt nadawania, powierzając obsługę radiostacji Józefowi Miłoszowi. pseudonim „Biały”. Był on od 1922 r. pracownikiem resortu poczt i telegrafów, zatrudnionym od 1928 r. jako radiotelegrafista w Centralnym Biurze Operacyjnym przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. Biuro to wraz z pracownikami zostało w 1939 r. zmilitaryzowane i miało być przerzucone do Lublina. Nic jednak z tego nie wyszło, rozwój wypadków następował zbyt szybko. Miłosz ruszył na wschód, ale dotarł zaledwie do Łukowa. Nadeszły wojska radzieckie, potem ten teren zajęły wojska hitlerowskie, a on z początkiem października wrócił do stolicy. Mieszkał we Włochach. W CBO gospodarzyli oczywiście Niemcy. Polecili oni przedwojennemu kierownikowi tej instytucji inż. Kruczkowskiemu angażować pracowników. Zgłosił się i Miłosz.
— Jeśli pan może żyć z czego innego, to niech pan sobie inaczej radzi — powiedział znacząco Kruczkowski. Miłosz usłuchał rady. Zrezygnował z pracy, sprowadził się z żoną i córką do wsi Krzewina w gminie Okuniew, pow. warszawski i tu przeżył całą wojnę. W 1940 r. wstąpił do Związku Walki Zbrojnej. W tym czasie wyrabiano sobie dowody 0sobiste; podał się za wysiedleńca z kaliskiego, a w rubryce „zawód” wpisano mu: rolnik, „Bauer”. Legitymacja ta potem nieraz ocaliła mu życie.
Był w oddziale sabotażowo-dywersyjnym. Podcinali słupy telefoniczne i elektroenergetyczne, rozbijali punkty dostaw m. in. mleczarnie. Z początkiem 1942 r. przeprowadzono konspiracyjnie ścisłą ewidencję członków organizacji. Wtedy Miłosz podał swój prawdziwy zawód: radiotelegrafista. Natychmiast zjawili się u niego dwaj oficerowie z mińskiej komendy i zaproponowali pracę na radiostacji. Zanim się to stało, został poddany egzaminowi, co było zwykłą formalnością. Egzaminatorem był „Żbik” który w tym czasie zorganizował w Mińsku szkolenie radiooperatorskie.
Miłosz rozpoczął pracę zimą 1942/1943; obowiązki operatora pełnił 2—3 razy w tygodniu. Pośrednikiem między nim a łącznikiem dostarczającym szyfrogramy był „Janek” — Jan Baran. Pierwszym dowódcą oddziału ochrony był podchorąży „Karnot” — Jan Szarek, a kiedy ten zginął w starciu z nieprzyjacielem, jego miejsce zajął „Wilga”. Łączniczkami z Warszawy były: 17-letnia „Basia” — Maria Piekarska i starsza pani „Zygma”.
O ile Wełna przerzucał się z lokalu do lokalu w samym Mińsku, o tyle Miłosz operował po okolicznych wsiach, a niekiedy w lesie. Rzadko kiedy wracał do tego samego miejsca. Poprzez swego łącznika z lokalnej organizacji umawiał się z łączniczką: Za trzy dni startuję w „eter” … — tu padała nazwa miejscowości i bliższy adres meliny. Używał różnych środków lokomocji: pociągu, furmanki, roweru, a także dochodził pieszo. Kiedy się zjawiał na punkcie, wszystko już było przygotowane do pracy. Nigdy mu się nie zdarzyło, żeby nadawał na próżno. Za każdym razem, mimo różnych przeszkód, nawiązywał łączność. Rzecz w tym, że w Londynie-Stanmore nasłuch był utrzymywany przez całą dobę bez przerwy na umówionych długościach fal. Po zakończonym seansie operator udawał się do meliny, a dopiero następnego dnia do domu. Jego wieś była oddalona o 15 km od Mińska.
Podobnie jak Wełna, również i Miłosz przeżył wiele niebezpiecznych sytuacji. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia w 1942 r. wyznaczono mu jako miejsce nadawania niepozorną chałupkę małorolnego chłopa w pobliżu leśniczówki pod Rudką, gdzie swego czasu znajdowało się sanatorium. Do stacji Mrozy dojechał koleją, a resztę drogi odbył pieszo. Chata stała na uboczu za wsią, nieledwie wkomponowana w linię lasu. „Biały” z miejsca zażądał wzmocnionej ochrony. Miał do nadania 200 grup szyfrogramu, tj. około 20 depesz.
— Będę długo nadawał i mogą nas podjechać — uzasadnił swoje żądanie. Więc robotnicy kolejowi zostali zobowiązani do obserwowania toru, aby Niemcy nie podjechali niespodziewanie drezyną, okoliczni zaś chłopi dawali baczenie na szosę, na każdy samochód, jaki pokazałby się od strony Mrozów.
Do zagrody, w której Miłosz znalazł się z radiostacją, prowadziła aleja wysadzana świerkami. Noc zapadła szybko, wystawiono posterunki. Po godzinnym nadawaniu przyszedł meldunek, że Niemcy jadą samochodem ciężarowym w stronę lasu. Drugi z kolei meldunek sygnalizował: wjechali w las, nacięli choinek i odjechali. Wtedy Miłosz zwrócił uwagę ochrony na leśniczówkę, obok której znajdował się tartak strzeżony przez kilkudziesięciu żołnierzy niemieckich. Nadawał dalej. Warunki propagacji były złe, więc szło mu niesporo. Był już niedaleko końca nadawania, gdy ok. godz. 21 nadbiegł ktoś z ubezpieczenia:
— Panie, Niemcy są już tu w alejce!
Miłosz błyskawicznie zwinął aparaturę i z łącznikiem wycofał się do lasu. Biegli gęsiego w milczeniu. Tymczasem hitlerowcy oświetlili rakietami leśniczówkę i pobliski teren. Zaraz też dopadli jej, ostrzeliwując w biegu całymi seriami. Wpadli do środka przeprowadzili szczegółową rewizję, zrywając nawet podłogi, ale radiostacji nie znaleźli. Żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że mogła ona być zainstalowana w tamtej, niepozornej, stojącej na uboczu chałupinie. Okazało się, że Niemcy zaskoczyli wartownika, który być może zdrzemnął się. Miał przy sobie dobrze ukrytą siódemkę; być może nie chciało im się na mrozie go dokładnie rewidować, dość że wypuścili go, jako mieszkańca mieszkającego w tejże wsi. Jednak na drugi dzień przyjechali po niego; szczęśliwie jednak udało mu się ukryć zawczasu.
Inna przygoda zdarzyła się w Dębe Wielkim. „Basia” — nazywana dziewczyną bez nerwów, córka zawodowego oficera, miała przywieźć nową „Nelkę” z wyposażeniem; dotychczasowa radiostacja była już poważnie wyeksploatowana. Spotkanie miało nastąpić w mieszkaniu pewnego granatowego policjanta, który należał do organizacji. Dom stał w pobliżu stacji kolejowej, tak że z okna można było obserwować wszystko co się dzieje na peronie. Czekali na „Basię”. Na 10 minut przed nadejściem pociągu z Warszawy stację obstawili gestapowcy i żandarmeria. Łącznik Miłosza i dowódca ochrony wycofali się z zagrożonego terenu, a Miłosz, policjant z żoną i dwojgiem małych dzieci opuścili mieszkanie. „Basia” wysiada z wagonu, w ręku niesie koszyk z marchwią i burakami na wierzchu. Idzie śmiało w kierunku obławy, nikt jej nie zatrzymuje. Podąża na melinę, za nią idą gospodarze z „Białym”. Ona spokojna, oni rozdygotani.
— Widziałaś ich? — wyjąkał „Miłosz”.
— No to co? W Warszawie ich jeszcze więcej — odrzuca zuchowato „Basia”.
* * *
To było jesienią 1943 r. po drugich sianokosach, we wsi Ładyń między Mińskiem Maz. a Stanisławowem. Po jednej stronie szosy — większe gospodarstwo, a po drugiej — trzy ubogie chaty przylegające do lasu. W ostatniej z nich, pod słomianą strzechą zainstalowana radiostacja i kilkudziesięcioosobowa ochrona. Miłosz zaczął swój pracowity wieczór. Trapiły go złe przeczucia, zwracał uwagę obstawie, że diabeł i Niemiec nie śpią.
— Panie, kto tu Niemca widział? Tu nikt nie przyjdzie!
O godz. 20 pozostało mu jeszcze kilka grup do nadania, gdy raptem „nawaliła” prądnica. W tym momencie patrzy i nie wierzy oczom: rakiety rozświetlają bogatszą część wsi. W minutę wpakowali cały sprzęt w plecak, a łącznik z bagażem wypadł do lasu, „Miłosz’* pod pierzynę, niby że jest tutejszy i czeka co będzie dalej. Przez całą noc nie się nie wydarzyło. Rankiem gospodarz poszedł do wsi zasięgnąć języka. Okazało się, że wszystkich mężczyzn z tamtej strony szosy wywieziono do Mińska na badanie. A sprawa przedstawiała się tak: wartownik z karabinem wlazł w kopę siana, a Niemców zauważył dopiero drugi, gdy byli już w odległości ok. 150 m od meliny.
Jak to nic nie wiadomo, co człowiekowi wyjdzie na złe, a co na dobre… — rozważał smętnie „Biały”. Gdyby nie ten wypadek z prądnicą, która stanęła powodując przerwę w nadawaniu, Niemcy mogli byli nakryć radiostację. W ostatniej chwili zdezorientowani wybrali okazalej prezentującą się część wsi. A niemało ich wtedy zjechało: 4 samochody pancerne z samej Warszawy i 5 samochodów z Mińska z żandarmami.
Następne spotkanie z hitlerowcami miał Miłosz podczas seansu w tartaku Krupki, w pobliżu mająteczku o tej samej nazwie. Nikt go tu nie znał oprócz dowódcy ubezpieczenia i stąd też wynikło nie tyle groźne, co komiczne nieporozumienie. Przygotowano radiotelegrafiście niebywałą ochronę: dworscy na koniach, niby kawaleria powstańcza no i piechurzy z lekkimi karabinami maszynowymi obstawili kordonem las. Miłosz dobrze znał ten las, więc zaszedł sobie nie od drogi, a z drugiej strony, z kijkiem w ręku. Musiał robić niekorzystne wrażenie, bo:
— Stać! Padnij! — zakomenderował miejscowy leśniczy, zastępca dowódcy oddziału ochrony.
W takim wypadku nie było żartów. Czasem najpierw strzelano, a potem pytano „Kto idzie?”. Położył się więc spokojnie oczekując co z tego wyniknie. Rozglądał się daremnie za swoim znajomym dowódcą.
— Kto pan jest? – indagował groźnie leśniczy.
— Swój.
— Jaki swój?
— No swój, prowadź mnie bracie do dowódcy.
Ten ostatni, zaalarmowany przez gońca, zjawił się wreszcie, a widząc kogo tak niegościnnie potraktowano, złapał się za głowę.
— Kolego — zwrócił się z wyrzutem do Miłosza, który zdążył już stanąć na nogi – gdzie tu po krzakach wędrujecie?! Trzeba było rowerem zajechać prosto od frontu.
Leśniczy ze zgorszeniem kręcił głową. Więc to ma być ten, co to będzie z samym generałem Sikorskim panie gadał?
W drodze do tartaku Miłosz rozpytywał o samolot, mały, nisko latający dwupłatowiec.
— Gdzie tu panie samolot — wzruszali ramionami miejscowi.
— No, no, już ja wiem co mówię. Uważajcie mi na samolot!
Nadawał w kantorku tartacznym, było dość zimno, więc pracował w rękawicach. Nagle dosłyszał warkot samolotu. Wyjrzał przez okno. Lotnik zgasił motory i przemykał nisko jak nietoperz. Z kabiny wychylił się Niemiec ze słuchawkami na uszach.
— Nadaję dalej — zdecydował desperacko „Biały”. Żal mu było zwijać „majdan”, pozostało już niewiele tekstu do nadania.
Niestety, znowu warkot samolotu. Wtedy zarządził: melinować radiostację i zatrzeć ślady.
W niecałe dwie godziny nadjechały dwa samochody pancerne. Kiedy „Biały” opuścił teren tartaku, spotkał zdążającego na wizytację „Żbika”. Przycupnęli obaj w krzakach i obserwowali samolot, który w międzyczasie dokonywał namiaru. Lotnik wychylił się i wypatrywał teren. Wreszcie maszyna odleciała, a radiostację przerzucono do innego miejsca, odległego o kilka kilometrów.
Śmierć „Karnota” wstrząsnęła Miłoszem do głębi. Podchorąży wiózł nocą aparaturę dla „Białego” na punkt w Ładyniu. Z polnej drogi drabiniasty wóz akurat wjeżdżał na szosę Mińsk — Stanisławów. Noc była pogodna. świecił księżyc. Niespodziewanie nadjechał niemiecki samochód wojskowy. Jego pasażerowie już z daleka zauważyli furmankę i zaczaili się na nią. Kiedy koła wozu wtoczyły się na szosę, wyskoczyli z wrzaskiem: Hande hoch! „Karnot” z miejsca odpowiedział strzałami, po czym zeskoczył z wozu i pobiegł w stronę pobliskiego zabudowania. Forsującego płot dosięgła kula z empi. Woźnica korzystając z zamieszania zaciął batem konia, który pognał galopem. Niemcy puścili się w pogoń i strzelając w biegu — zranili konia. Uciekinier porwał torbę z radiostacją i dał nura w las. Klucząc dotarł wreszcie cało do meliny, gdzie była przechowywana „Nelka” Miłosza. Niemcy przeszukali wóz, ale nic nie znaleźli.
Miłosz, nic nie wiedząc o dramacie, jaki rozegrał się nocą, wsiadł na rower i ruszył w kierunku Ładynia. Już był niedaleko, kiedy uwagę jego zwróciła kobieta zajęta kopaniem kartofli; dawała mu znaki ręką, aby się zbliżył.
— Panie, jeden z naszych zabity, tylu Niemców, niech pan ucieka!
Zawrócił na punkt zapasowy. O dziwo. zdążono już dostarczyć tam „Nelkę”. Zaraz też rozpoczął seans, bo łączniczka „Janka” z Warszawy także go tutaj odnalazła.
Wiele jeszcze innych przygód, związanych ze swoją powinnością żołnierza podziemia przeżył radiotelegrafista „Biały”. Niemiecka Abwehra i gestapo szczególnie się na niego uwzięły, nadsyłały szpiegów poprzebieranych to za księdza, to za kobietę wiejską, lub żebraka, ale przy tym wszystkim dopisywało mu wyjątkowe szczęście. Nikt go też nie zdradził, choć wielu znało jego działalność, a niektórzy domyślali się jej. Nieraz też kule świstały mu nad uchem, jak wtedy, kiedy nadawał w Gliniance w inspektach u ogrodnika. Po zakończonej pracy prowadzono go zmęczonego na melinę kwaterunkową, gdzie nocował. Szedł z całą obstawą i opowiadał co słychać na świecie. Nagle rozległy się gęste strzały, a kule przeleciały im nad głowami. Odpowiedzieli ogniem niewidzialnemu wrogowi. Okazało się. że stacjonująca w pobliżu folwarku niemiecka załoga chciała zapolować na ukrywających się w pobliżu rzeczywistych bandytów. Ujrzawszy oddział ochrony otworzyła ogień. Nasi zdążyli wycofać się bez strat.
Przyszło lato 1944 r., Niemcy wycofywali się z tamtych terenów, a Miłosz wciąż wysyłał w eter szyfrogramy. Pobił — być może — rekordy operatorskie w warunkach pracy konspiracyjnej: 3000 grup wyrazów podczas jednego seansu nadawczego. Już dawno przed tym otrzymał Krzyż Walecznych.
Radioamator i Krótkofalowiec Polski
październik 1970, nr 20