Roman Janusz ps. "Łazik"
Wczesną wiosną 1943 r. plut. Wełna objął dowództwo plutonu alarmowego. Najpierw awansował na sierżanta, potem na podporucznika. Był to okres wyśledzenia przez nasz wywiad niemieckich doświadczeń z bronią V1 (samosterujący samolot z ładunkiem wybuchowym) i V2 (pocisk rakietowy), nazywanymi później „Wunderwaffe” (cudowna broń). Krótkofalówki plutonu „Żbika’ przekazały wiadomość o tym fakcie dowództwu Sił Zbrojnych w Londynie. Był to także okres nasilenia terroru okupanta i wzmożenia jego wyniszczającej działalności, skierowanej przeciwko podziemnym organizacjom niepodległościowym. Było wtedy wiele „wpadek’* i aresztowań, które nie ominęły i krótkofalowców. Między innymi zginął radiowiec „Sęp” — Stasio, działający w Brwinowie.
Po zakończonym nadawaniu wracali do meliny: „Sęp”, technik, „Karaś” — st. sierż. z dawnego Centrum Wyszkolenia Łączności w Zegrzu, pewien radiotelegrafista z Anglii zrzucony niedawno na spadochronie oraz kilku ludzi z ochrony radiostacji. Nieszczęście chciało, że znaleźli się w środku obławy. Zagarnięto ich, postawiono pod ścianę i zaczęto rewidować. „Cichociemny” był zaledwie od paru dni w kraju i nie zdążył się jeszcze przystosować do tutejszych warunków. Miał szyfr radiowy zaszyty w jesionce oraz cyjanek potasu, tak jak zresztą wszyscy radiooperatorzy. Nazywali tę truciznę „ostatnie oleje namaszczenia”. Zrzutek nie wytrzymał nerwowo i otruł się, i tym zdradził wszystkich. Popruto jesionkę denata, znaleziono szyfr. Mimo, że pozostali z grupy nie obciążającego przy sobie nie mieli, bo aparaturę i prądnicę zdążyli wrzucić do studni na mijanym podwórku, to jednak stanęli pod zarzutem współdziałania ze spadochroniarzem. Wszyscy zginęli.
Tu należy wyjaśnić, że „Nelkę” zatopioną w brwinowskiej studni „Żbik” potem wydostał i wysuszył w piecu do wypieku chleba. Ta sama krótkofalówka była używana najdłużej ze wszystkich radiostacji w czasie powstania warszawskiego.
Wsypy trwały aż do jesieni i spowodowały przerwanie pracy radiostacji na okres tygodnia. Kadra była poważnie rozbita. „Żbik” z pomocą nowego dowódcy kompanii „Orbis” kpt. „Franka” — Aleksandra Jedlińskiego i d-cy batalionu „Iskry” mjr. „Gryfa” — Stanisława Bielskiego, musiał organizować obsady niemal od nowa. Poprzedni dowódca „Orbisu” kpt. „Narcyz” przeszedł do pracy w Dowództwie Łączności Komendy Głównej. Zaostrzono też dyscyplinę konspiracji. Nikt nie miał prawa znać drugiego nazwiska. Nawiązano potajemne kontakty z zaufanymi członkami organizacji w różnych miejscach publicznych i tworzono z nich sieć informatorów. Kiedy np. sprzątacz na Dworcu Głównym zamiatał miotłą na prawo, oznaczało to, że wszystko jest w porządku, gdy zaś na lewą stronę — niebezpieczeństwo! Trzeba wiać!
„Żbik” przekazał rejon miński Miłoszowi, który dla zmylenia niemieckiego kontrwywiadu przybierał różne pseudonimy (m.in. „Taras”, „Szum”) zmieniał często nakrycie głowy, charakteryzował się. Znaleźli się nowi radiooperatorzy, m.in. Roman Janusz ps. „Łazik”. Działał on za Radzyminem, głównie na linii Tłuszcz-Wyszków. Na terenie Legionowa umieścił Wełna Krasuckiego — „Lota”, skierowanego do niego przez lokalną organizację.
Pewnego razu pojechał Wełna na inspekcję do Legionowa. Melina znajdowała się w drewnianym domku na parcelach. Ludzie osłony byli tu świetnie uzbrojeni w steny (pistolet maszynowy angielski) i thompsony (ręczny karabin maszynowy). Jako źródło zasilania radiostacji służyła prądnica z ręczną korbą. Ponieważ urządzenie to wydawało lekki pogwizd, nakrywano je kocem, lub tłumiło się snopkiem słomy. Nieco później wpadli na pomysł wykorzystania nożnego napędu. Na oś prądnicy zakładano łańcuch od roweru o małych trybach, następowało sprzężenie z rowerem, na który siadało się i pedałowało. Przy tym napędzie aparatura pracowała bardziej stabilnie.
Wracając do wizyty „Żbika”, otrzymał on wtedy na melinie od łączniczki z Warszawy 5 krótkich depesz alarmowych i rozkaz: „To musi być nadane bez względu na to, co mogło by się stać”. Postanowił nadać depesze osobiście. Nawiązał łączność ze Stanmore, zdążył nawet nadać dwa radiogramy, kiedy wpadł dowódca osłony.
— Kolego! Już są!
— Muszę nadać cały materiał, bo taki mam rozkaz — odparł porucznik. Proszę ich trzymać na muszce i obserwować. A co oni tam robią?
— Samochody stoją, oni łażą, opukują opony, zaglądają do motoru, niektórzy wchodzą w krzaki.
Na szczęście nie zaatakowali. Hitlerowcy bali się lasu. Tak więc „Żbik” kontynuował nadawanie, a towarzyszący mu młody praktykant na radiooperatora miał dobrą lekcję poglądową opanowania nerwów. Kiedy skończył, grupami udali się na punkt zbiórki. Tu czekał konny wóz. „Żbik” nie nocował tym razem w melinie w rynku nad cukiernią u „Ramzesa”, lecz udał się na stację.
Wczesną zimą Wełna udał się na poszukiwanie „Łazika” gdzieś w rejonie Tłuszcza. Pojechali na umówione miejsce nadawania, które znajdowało się w chacie wiejskiej. Ludzie wyciągnęli sprzęt, a gospodyni w krzyk.
— O la Boga, idę po żandarmów!
„Żbik” widzi, że nie przelewki. „Łazik” siedzi już na taborecie, nastawia aparaturę, a baba wrzeszczy. Mąż ją uspokaja, nie pomaga, baba dalej lamentuje. „Żbik” stawia przy niej jednego z obstawy, ten grozi kobiecie coltem. I tak było, aż do zakończenia.
Wełna wiózł na umówione miejsce w pobliżu Tłuszcza nowo wyszkolonego radiotelegrafistę „Stasia”, przerzuconego z Mińska. Jechali pociągiem w trójkę wraz z łączniczką „Teresą”, która miała ze sobą bagaż: broń dla tamtejszego oddziału. Przed samym Tłuszczem zauważyli kobiety ze wsi z bańkami mleka na plecach, które zaczęły dawać im gwałtowne znaki, że niby coś tam na stacji nie jest w porządku. Maszynista lekko zwolnił bieg pociągu.
— Tłuszcz obstawiony! Łapanka! – krzyczą kobiety.
— Skaczemy — decyduje momentalnie porucznik.
Była tam akurat kępa lasu. „Stasio” skoczył pierwszy. Dziewczyna bała się iść w jego ślady.
— Za nic nie skoczę — powiada.

Wreszcie ponaglona przez dowódcę wyskoczyła, a raczej wypadła, ale nic się jej nie stało. W lesie odczekali jakiś czas, później obeszli miasto z boku. Punkt kontaktowy mieli w aptece, udali się więc tam rozpytując po drodze ludzi, co się też wydarzyło. Okazało się, że łapanka skończona, Niemcy rozjechali się, a miejscowi żandarmi w restauracji na obiedzie,
Weszli do apteki. Wełna podał hasło. Niestety aptekarz nie zrozumiał o co chodzi, tyle że zdążył się wystraszyć. Wyszli i na szczęście udało się im spotkać kogoś z obstawy. „Żbik” przekazał mu „Stasia” i „Teresę”, a sam wrócił do Warszawy. W drodze powrotnej dowiedział się dokładnie co się wydarzyło przed południem w Tłuszczu. Hitlerowcy obstawili stację, ze wszystkich pociągów wygarnęli ludzi, legitymowali, volksdeuschów wypuścili, a resztę wysłali do Treblinki.
Zdarzyło się, że „Żbik” jechał do Legionowa, ale od strony Zegrza. W pociągu gruchnęła wieść, że na stacji łapanka. Znów był zmuszony wyskoczyć w biegu, tym razem jednak nieszczęśliwie. Wpadł na sterczące nisko nad ziemią kawałki szyn, znakujące prowizorycznie peron. Uderzył kolanem w żelazo. Szedł jednak dalej, mimo dojmującego bólu, kulejąc. Okrążył Legionowo i na parcelach „złapał kontakt”, o który mu chodziło. Potem pieszo wrócił do Warszawy na umówione spotkanie z Golańskim — „Pająkiem” wówczas zastępcą komendanta „Orbisu”. Na Pelcowiźnie wsiadł w tramwaj, kierując się do Śródmieścia. Miejscem spotkania był tym razem Plac Na Rozdrożu. „Pająka” wtedy poszukiwało gestapo. Deptano mu wprost po piętach.
— Uważaj ze mną, bo mam jesionkę znaną gestapowcom — szepnął „Żbikowi”, Załatwili sprawę krótko i natychmiast się rozeszli.
Była wiosna 1944 r. Nie najlepsza wiosna w życiu „Żbika”. Kiedy z opuchniętym kolanem dowlókł się do mieszkania w Radzyminie, znalazł swoje meble wyrzucone przez Niemców na ulicę; żona siedziała na tobołkach. Była w tym okresie w ciąży.
— Czy ty jesteś kawaler, czy żonaty? — rzuciła z wyrzutem, kiedy ukazał się kuśtykając.
Tak. „Żbik” istotnie niewiele miał czasu na swoje życie rodzinne. Ojczyzna była na pierwszym planie. Nie on jeden. Wielu radiotelegrafistów-krótkofalowców w koszmarnych latach okupacji pozbawionych było życia prywatnego.
W międzyczasie Wełna uruchomił nowy punkt w Garwolinie, na terenie organizacji „Wilga”. Trafił do Garwolina akurat na okres, kiedy miejscowa organizacja przygotowała napad na pocztę. Jak niepyszny zawrócił. Ledwie dobrnął do stacji i pociąg ruszył, żandarmi obstawili dworzec. Następnego dnia ponowił wyprawę. Zawiózł na punkt instrukcję dotyczącą zorganizowania punktu nadawczego.
W tym czasie niejednokrotnie był rewidowany, ale miał szczęście. Raz legitymowano go w Mińsku na dworcu. Miał ze sobą walizkę wypełnioną jabłkami, na dnie gazetę, a pod nią instrukcję dla ośrodków radiowych. Kazano mu otworzyć walizkę, wykonał polecenie, żandarm zaczął grzebać w jabłkach. Nagle uwagę Niemca odwrócił czyjś krzyk. Wtedy Wełna spokojnie zamknął wieko walizki i równym krokiem oddalił się, nie zatrzymany przez nikogo.
Niebezpieczeństwo groziło mu stale. Pewnego razu Niemcy urządzili obławę w Mińsku. Pech chciał, że Wełna miał tam odprawę szkoleniową w jakimś prywatnym mieszkaniu. Lekka konsternacja, nikt nie wychodzi. Po paru godzinach oczekiwania wchodzi „Boruta” i oznajmia: „Kto ma dokumenty w porządku może popróbować szczęścia i wracać do swoich kwater”. A do domu trzeba było wracać przed godziną policyjną. Po opuszczeniu meliny Wełna nadział się na 2-osobowy patrol. Nie było innego wyjścia, jak tupet. Wali więc śmiało naprzód prosto na żołnierzy, mówi im coś, co brzmi jak „Gut Morgen”, oni odpowiadają „Heil Hitler” i odchodzą każdy w swoją stronę.
Innym razem, kiedy przebywał w mieszkaniu inż. Jasińskiego przy ul. Widok obok stacji kolejowej, Niemcy zorganizowali większą obławę. Skrzyżowania ulic obsadzono gęsto posterunkami. Była to akcja z góry zaplanowana wskutek czyichś donosów. Nie wiedząc o niczym, Wełna wyszedł jak zwykle, by udać się na punkt. Minął wielu pikietujących Niemców odwalając swoje „Morgen”. Doszedł do miejsca, w którym ciężarówka „buda” załadowana była wyłapanymi ludźmi. Z tego wszystkiego zapomniał pozdrowić pilnującą ich eskortę. Ale kordon gestapo i żandarmów akurat skończył się i dalej droga była wolna. Kiedy ochłonął z napięcia, doszedł do wniosku, że w ocaleniu dopomógł mu chyba nieprzemakalny płaszcz; takie same nosili wówczas Niemcy.
Pewnego razu Wełna otrzymał meldunek od „Łazika” z terenu Radzymina, że jego aparatura nie funkcjonuje. Powiadomił o tym drogą służbową d-cę kompanii i radiotechnika plutonu „Marka” — Stanisława Malinowskiego. Ustalili termin wyjazdu i „Żbik” z „Markiem” udali się do Radzymina, a potem na punkt „Łazika”, gdzieś w okolicy wsi Cisie. Skontaktowali się z radiotelegrafistą i razem udali się do pobliskiego lasu. Tu „Marek” uruchomił swoje polowe „laboratorium” i usunął uszkodzenie. W powrotnej drodze, mijając wieś Guzowatka, natknęli się na ciężarówkę wypełnioną żandarmami.
— Leżymy — powiada „Marek”.
— Dlaczego? – dziwi się porucznik.
— No, bo przecież te szwaby byliby skończonymi bałwanami, gdyby w nas, ubranych w palta z futrzanymi kołnierzami, w kapeluszach, tu na zapadłej wsi nie dopatrzyli się czegoś podejrzanego.
Udając zatopionych w rozmowie, spokojnie minęli ciężarówkę, która wkrótce znikła za horyzontem.
„Łazika” wciągnął do służby radiotelegrafisty i przeszkolił „Śmiały”. Przed samą wojną Janusz Roman poszedł na ochotnika do wojska, służył w 9 dywizjonie artylerii przeciwlotniczej w Trauguttowie np. Bugiem, w drużynie radio. Miał ukończoną szkołę podoficerską.
We wrześniu załadowali się do pociągu, którym przez Sarny i Równe mieli dojechać do Lwowa. Bombardowani w drodze, po licznych perypetiach dojechali na miejsce. Ale tu już byli żołnierze radzieccy. Nasi złożyli broń i ruszyli w drogę powrotną. Po dwóch dniach Niemcy zagarnęli ich i popędzili na Jarosław do obozu. Januszowi udało się zbiec wraz z kilkoma kolegami; pomogła im w tym ludność ze wsi, zaopatrując w cywilne ubrania. Dnia 4 listopada dobrnął Janusz Roman do Radzymina. Tu samorzutnie zawiązała się trójka konspiracyjna. Początkowo kolportowali tajne gazetki i pod szyldem Straży Pożarnej ćwiczyli młodzież w władaniu bronią.
— Wojaki, wojaki? — dopytywali się żywo Niemcy.
— Nie. Strażaki, strażaki — odpowiadali.
Drugi z trójki, właśnie nasz „Śmiały”, oznajmił pewnego razu:
— Na nasz teren zostanie przerzucona radiostacja. Może byś przystał do niej — zwrócił się do „Łazika” — przecież masz przeszkolenie radiowe.
W styczniu 1943 r. Janusz zajrzał na punkt w Słupnie. Zastał tam „Śmiałego” i „Piasta”, akurat nadawali depeszę. To wystarczyło. I tak „Łazik” wsiąkł w niebezpieczną służbę. Częstokroć w trakcie wymiany radiowych szyfrogramów Niemcy podszywali się pod Stanmore i Bari, ale nasi rozpoznawali ich po tonie stacji i głośniejszym sygnale, nie dając się nabrać.
Kiedy odbierali broń od „Warsa” w stolicy, ktoś przez nieuwagę wystrzelił z pistoletu. Kula ugodziła Romana w pachwinę i 6 tygodni przeleżał u rodziny.
W czerwcu 1943 r. nadawał depesze we własnym domu w Załubicach Nowych pod Radzyminem. Niemcy podeszli go z namiarem, stanęli z wozami, nasłuchując. Sąsiad Janusza łowił wtedy ryby w rzece. Niezauważony przez Niemców pobiegł do wsi, wysłał do Romana córkę z ostrzeżeniem. Radiostacja została natychmiast przerzucona w inny punkt, oddalony o 12 km. A kiedy i tam zrobiło się gorąco przerzucili „Nelkę” w rejon Wyszkowa. Po drodze żandarm zrewidował „Łazika”, ale radiostację na szczęście zdążyli już wcześniej przejąć dwaj ludzie z ochrony. W tym rejonie Roman długo „grał”, korzystając z kryjówek leśnych. Często najeżdżali go hitlerowcy z załogi z Pułtuska. Raz ochrona zauważyła nadjeżdżające auto goniometryczne. Szybko zwinęli radiostację i odskoczyli w głąb lasu. Innym razem najechała go żandarmeria; zdążył jednak schować nadajnik w komórce pod podłogą, sam siadł na rower robiąc odskok. Ale tak się złożyło, że musiał minąć patrol. Zatrzymano go. Miał przy sobie kwarce. Kiedy go prowadzono udało mu się niepostrzeżenie wyrzucić je do rowu. Po wylegitymowaniu na posterunku, wypuszczono go. w „Kennkarcie” widniał zawód: robotnik leśny.
Kiedyś w jego wsi przeprowadzili gestapowcy szczegółową rewizję, przy czym aresztowano 8 osób. Niemcy otrzymali donos, że w tej okolicy mają być dokonane zrzuty z alianckich samolotów. Nastąpiła wsypa, ojciec jednego z konspiratorów zdradził organizację. „Łazik” uniknął aresztowania, gdyż został ostrzeżony w porę i uciekł z domu.
Zdarzyło się, że tropił go samolot z radiowego wywiadu. „Łazik” nadał: „a s” (skrót: zaczekać) i zaczął zwijać stację. Samolot oddalił się, a on wrócił do nadawania. Ta zabawa w ciuciubabkę powtórzyła się kilka razy. Na drugi dzień podjechały w to miejsce trzy samochody z wojskiem, ale już nic nie wytropiono.
Zygmunt Zonik
Radioamator i Krótkofalowiec Polski
listopad 1970, nr 11