
Lustratorzy stali przez jakiś czas na schodach przed Miejsko-Gminnym Ośrodkiem Kultury czekając, aż gospodarze zorganizują transport. Niektórzy poszli od razu na postój taksówek. Z braku innych pojazdów udali się na lustrację taksówką, na koszt Urzędu Miasta i Gminy. Nasza grupa, która miała za zadanie zapoznać się z sytuacją na punktach skupu mleka oraz na punktach kopulacyjnych, doczekała się przyjazdu nyski z zakładu mleczarskiego.
— Ja to właściwie wolałbym iść z tymi, którzy kontrolują handel — powiedział kierownik służby rolnej Wacław Baranowski, kiedy przejechaliśmy przez trzy ulice, zatrzymaliśmy się na dwóch przejazdach strzeżonych i zostawiliśmy miasto za sobą.
— Niech pan lepiej pilnuje tego, z czego pan chleb je — poradził mu od serca prezes Sierak z Ostrołęki.
— Wolałbym iść z nimi dlatego — nie zraża się kierownik — że działam w komisji antyspekulacyjnej. Napisałem już tyle raportów, niektóre w sprawach ewidentnych — i jakoś nie ma rezultatów. Raz na przykład kolegium orzekło winę, ale zawiesiło wykonanie kary!
— Jak to może być?— dziwię się po swojemu, czym wprawiam w rozbawienie kilka osób.
Prezes Sierak ma obandażowany palec.
— Pewnie wsadził go do kazeiny — żartuje jego kolega ze spółdzielni wyszkowskiej. Wszyscy kwitują ten dowcip wybuchem śmiechu, ale problemu kazeiny rzecz jasna to nie załatwi. A problem taki występuje, zwłaszcza w zakładach w Wyszkowie i Tłuszczu. Zakłady te głównie zajmują się skupem mleka od rolników i wysłaniem go w stanie nie przetworzonym do Warszawy.
— Rynek warszawski stał się ostatnio bardzo kapryśny — mówi prezes Sierak. — Czasem całe partie mleka nie są odbierane. Wtedy w trybie awaryjnym przerabiamy je na kazeinę. Niby wszystko jest w porządku, bo kazeina to przecież potrzebny surowiec dla przemysłu chemicznego oraz dla wytwórni pasz. Jednak gdy przychodzi co do czego, to trudno ją komukolwiek sprzedać. — „Bacutil” broni się jak może. Mówią, że jest za droga. Faktycznie, nie jest tania. Ale coś musimy z nią zrobić. Więc powiedzieliśmy im tak: na każde dwa kilogramy mleka w proszku dodatkowo kilogram kazeiny.
— Ale za to, dyrektorze, problem nadmiaru serwatki najprawdopodobniej zostanie opanowany — zwraca się prezes Sierak do Józefa Tymcia z Wydziału Rolnictwa Urzędu Wojewódzkiego.
— Dobrze by było, gdyby udało się wam zrealizować wasze plany choć w osiemdziesięciu procentach — mówi dyrektor Tymcio.
— To będzie wielka i kosztowna akcja. Planujemy zainstalować na terenie województwa sieć zbiorników i zorganizować transport serwatki z zakładów. Ale za efekt końcowy nie możemy ręczyć. Co będzie, jeśli rolnicy nie zechcą jej kupować?
— Lepsze to niż wypuszczanie serwatki do rzek — wtrącam.
Ktoś mówi, że nieszczęsną serwatkę można stosować również jako nawóz. Świadczą o tym wyniki eksperymentów. Więc można by i u nas.
— Będziemy próbować na różne sposoby — zapewnia prezes Sierak. — Choćbyśmy nawet mieli dołożyć do tego interesu. Trudno. Ostatecznie płacenie kar za niszczenie środowiska też kosztuje…
Prezes chciał jeszcze coś powiedzieć, ale właśnie zajechaliśmy przed punkt skupu mleka we wsi Kozły. Pomieszczenie, gdzie zainstalowane są zbiorniki na mleko i urządzenia, jest maleńkie. Bo i wieś nieduża, zlewniarka ma zarejestrowanych 61 dostawców. Dziennie skupuje 600—700 litrów. Dyrektor sprawdza, czy wszystko jest w porządku, zwraca uwagę na nieprawidłowości.
— Czasu nie mielim, panie — tłumaczy się starsza kobieta — bo gnojówka nam wybiła i trzeba było na gwałt wywozić. A ziemia sucha jak pieprz, pługiem się przejedzie to nic nie znać. Czy to latoś urośnie co na tym polu, jak się pogoda nie zmieni — martwi się. — Musielim tę gnojówkę grabiami przysypywać.
Lustratorzy zaglądają do dokumentów. Wynika z nich, że na 61 dostawców tylko trzech otrzymało w wyniku ostatnich badań laboratoryjnych klasę „3” , pozostali mają „jedynkę” .
— Od pięćdziesiątego drugiego roku zlewnię prowadzimy — mówi kobieta. — Najpierw była na męża, teraz jest na syna. O, tam była — pokazuje na stary, drewniany budynek, stojący obok nowego, okazałego. Rozglądam się po podwórzu. Faktycznie, wszędzie widać ślady niedawnej katastrofy z gnojówką. Śmierdzi niemiłosiernie.
— Nie widzę wpisów waszej kontroli — mówi dyrektor Tymcio do kierownika służby rolnej, wertując zawzięcie rejestr kontrolerów.
— Nie znajdzie ich pan — przyznaje się po męsku kierownik.
Opuszczamy wieś Kozły i szlakiem napoleońskim udajemy się do Jasienicy. Podobno w roku 1812 ciągnęły tędy na Moskwę wojska Napoleona. Zbaczamy ze szlaku w rejonie wsi Łysobyki, żeby ominąć kałuże.
— Młodzi z tej wsi złożyli do władz wniosek, żeby zmienić tę nazwę — mówi kierownik Baranowski. — Napisali, że wszyscy się z nich śmieją, bo ich wieś nazywa się Łysobyki i że oni się wstydzą przyznać, skąd pochodzą. Ale starzy się sprzeciwili i zostało tak, jak było.
Punkt kopulacyjny we wsi Jasienica znajduje się u rolnika Wojciecha Nagraby. Dwa kundle oszalały na łańcuchach, gdy nasza grupa wtargnęła na podwórze. Zjawił się gospodarz i otworzył drzwi do pomieszczenia, gdzie trzyma rasowego rozpłodnika. Dyrektor Tymcio z determinacją sforsował leżącą na progu kupę gnoju i zniknął w mrocznych czeluściach obory.
— Niech go pan wyprowadzi — powiedział do rolnika.
— Co to, panie, za interes — gospodarz, przekrzykując jazgot psów, wywiódł byka na światło dzienne. — Miesięcznie mógłby mieć i 25 krów, a ma góra dziesięć.
— Dlaczego tak słabo?
— A bo to pan mnie pyta? Zróbcie najpierw porządek z dzikimi buhajami, to później pogadamy.
— Dużo jest tych dzikich?
— Co drugi gospodarz trzyma.
— Jak pan może trzymać go w takich warunkach? — dyrektor Tymcio krąży wokół utytłanego w oborniku byka, który wodzi za nim ślepiami.
— Z czterech hektarów przeszedłem na trzynaście, to skąd mam mieć warunki? Dopiero myślę coś budować. Wszystkie krowy trzymam razem, a młode loszki w stodole.
— Ile pan dostał tych loszek? — zainteresował się kierownik służby rolnej.
— Cztery. Już są pokryte — prowadzi do stodoły, gdzie w zagrodzonym prowizorycznie kojcu siedzą cztery dorodne sztuki.
— Aż cztery? — kierownik nie jest zadowolony.
— Nie cieszy się pan? — pytam.
— A co mi z tego, jak on i tak prosiaki wywiezie do Radzymina — odpowiada.
— Zamiast krytykować, to może byście mi panowie młocarnię załatwili — mówi rolnik. — Z młocarniami u nas tragedia. Cepami mamy młócić, czy co?
— Jaką ma pan klasę mleka? — zapytał przedstawiciel zakładu mleczarskiego po inspekcji obory.
— Pierwszą.
— Nie może być! W takich warunkach?
— Z czterech hektarów przeszedłem na trzynaście, muszę najpierw coś uchować, żeby mieć na te warunki — rolnik ubrany jest w drelichowy kombinezon z nadrukiem na kieszeni: „PKP” .
Opuszczamy podwórze, żegnani wściekłym jazgotem psów.
Przed zlewnią w Miąsem kręci się kilku rolników. Przyszli po miesięczne rozliczenie.
— Ile pan dostał w tym miesiącu? — pytam jednego z nich.
— Pięć i pół tysiąca. Prawda, że to mało?
— Raczej tak.
— Ale teraz już będzie więcej, bo krowy lada dzień zaczną się cielić.
— Nie ma pan pretensji o klasyfikację?
— Tu jest napisane, że mleko ma pierwszą klasę. Nie wiem, pani, jak oni to robią, bo ja tylko dziś po kwit przyszedłem. Żona się tym zajmuje.
— Dużo ludzi ma obniżoną klasę — wtrąca inny rolnik. — Jak tu o czystość dbać, kiedy materiału na cadzki kupić nie można? Przez co te mleko cedzić?
Lustratorzy myszkują po wszystkich zakamarkach zlewni. Dyrektor Tymcio znów nie może się doszukać wpisu kontroli z Urzędu Miasta i Gminy.
Kolejny etap lustracji to wieś Grabów, gdzie znajduje się drugi punkt kontrolowanego rozrodu bydła. Tym razem powitały nas nie dwa, lecz trzy ujadające na łańcuchach psy. Żona gospodarza prowadzi nas do obory. Wpadamy po kostki w gnojówkę.
— Zły jest bardzo — mówi starszy człowiek, który wyprowadził buhaja na podwórze.
— Za parę miesięcy nie będę mógł do niego podejść. Chyba go sprzedamy, albo co.
— To dlatego tak go tuczycie? — dyrektor Tymcio taksuje potężne zwierzę fachowym okiem.
— Gdzie on, panie, tłusty! — protestuje rolnik. — Od początku taki był.
— Dużo krów rolnicy przyprowadzają?
— Cztery — sześć w miesiącu. U nas we wsi byków nie brakuje. Po co to trzymać jeszcze tego?
Byk nerwowo rzucił potężnym łbem i groźnie łypnął ślepiami w stronę ujadających psów. Rolnik odprowadził go czym prędzej do obory.
— A co tam stoi w kącie? — dyrektor Tymcio znów odważnie zapuścił się między zwały obornika.
— To nasz byk, zakontraktowany — objaśnia rolnik.
— Teraz już wszystko rozumiem — mruknął dyrektor po wyjściu z obory i udał sią do samochodu. Podążyliśmy za nim. — Obawiam się, że tą metodą niewiele załatwimy w kwestii prawidłowego rozrodu bydła — powiedział, gdy pojazd już ruszył. — Sam pani widziała, w jakich warunkach rolnicy trzymają rozpłodniki i jaki jest zasięg ich oddziaływania. To jest kosztowna sprawa, a efekty mizerne, powiedziałbym nawet, że żadne. Taki buhaj kosztuje 112—120 tysięcy złotych. Rolnik płaci tylko trzydzieści procent od tej kwoty, resztę mu się umarza. Więc po roku jeśli on go utuczy i sprzeda, to zrobi na tym dobry interes. Podejrzewam, że ten rolnik ma zamiar właśnie tak tę sprawę zakończyć.
— To co robić?
— Myślę, że lepsze efekty da jednak sztuczne unasiennianie.
— Dwaj inseminatorzy, którzy pracują na terenie naszej gminy, są zatrudnieni w WOPR-ze, nie zawsze można ich zastać — objaśnia kierownik służby rolnej. — A poza tym żaden z nich nie ma w domu telefonu. Mamy umowę z pocztą, że telefonistki przyjmują zgłoszenia od rolników i oni dopiero tam jeżdżą i je odbierają. Jak odbiorą, to dopiero jadą pod wskazany adres i sprawę załatwiają. Tylko często jest już za późno.
Dojeżdżamy do wsi Kury w przeświadczeniu, że dużo jeszcze jest do zrobienia na polu podnoszenia walorów bydła.
We wsi tej od pewnego czasu trwa budowa nowej zlewni mleka. Inicjatywa wyszła od społeczeństwa. Budynek jest już w stanie surowym, zainstalowano zbiornik na 6 tysięcy litrów. Będzie tu również magazyn pasz oraz laboratorium. Budowę prowadzi, przy współudziale społecznego komitetu, Zakład Mleczarski z Wyszkowa. Obok rośnie kilka potężnych modrzewi. Jeden z nich niebezpiecznie pochylił się w stronę nowego budynku.
— To jak z tym będzie — starszy człowiek, który przedstawił się jako członek społecznego komitetu, pokazał palcem na modrzew. — Od początku mówiłem, że trzeba go ciąć, a pan pozwolenia nie dawał — wyskoczył z pretensją do kierownika służby rolnej. — Kiedy pan da to pozwolenie?
— To jest teren Państwowego Funduszu Ziemi i nic tu nie będziecie ciąć — odpowiada kierownik. — Kto inny się tym zajmie.
— Jak do roboty, to ciągle nas poganiali — zeźlił się rolnik. — Społeczny komitet to, społeczny komitet tamto. Społeczny komitet nie załatwił, to nie będziemy robić. Społeczny komitet wszystko załatwił, a wy się guzdrzecie! Ile jeszcze mamy czekać na tę zlewnię?
— Biedak, zdenerwował się, bo myślał, że dostaną ten modrzew — skomentował ktoś na boku.
Wracamy do Urzędu Miasta i Gminy w Tłuszczu, gdzie interesantów będą przyjmować przedstawiciele Urzędu Wojewódzkiego.
— Jakie wrażenia? — pytam zgromadzonych w samochodzie lustratorów.
— Ja mam swoje zdanie na temat tych lustracji — mówi prezes Sierak.
— To niech pan je zdradzi— zachęcam go.
— Nic nie powiem, bo wy tym wszystko przekręcicie w tych gazetach.
Wchodzę do gabinetu naczelnika w momencie, gdy prezes nowo utworzonego Towarzystwa Ziemi Tłuszczańskiej, Józef Kulesza, wyłuszcza przed wicewojewodą Zdzisławem Remiszewskim swój problem. Otóż Towarzystwu na gwałt potrzebny jest lokal.
— W Towarzystwie działają sami poważni ludzie — zapewnia. — Chcemy zacząć od tego, że napiszemy historię tej ziemi, każdej wsi po kolei. Ja sam zacząłem już zbierać materiały do historii dwóch wsi. To jest konieczne! Dzieci nie zawsze wiedzą, jak się ich dziadek nazywał, a o pradziadku to już nie ma mowy! Więc jeśli będą mieli taką historię u sołtysa, to sobie pójdą i przeczytają.
Naczelnik formułuje na piśmie tryb załatwienia tej sprawy, wojewoda i petent podpisują. Tak będzie za każdym razem.
Następny interesant ma zastrzeżenia do trybu wywłaszczenia go z nieruchomości. Ponieważ sprawa nie jest załatwiona od kilku lat, więc on po pierwsze domaga się zapłaty po cenach aktualnych, a po drugie chce oferowaną mu w zamian działkę mieć na własność.
— Nie ma żadnej furtki w przepisach, żeby dać panu tę działkę na własność — tłumaczy naczelnik. — Może ją pan otrzymać w wieczystą dzierżawę.
— Kiedy, panie wojewodo, tu się właśnie rozchodzi o to słowo „na własność” i nic więcej.
— Nie mogę.
— To ja się nie zgadzam.
— Dzierżawa na 99 lat to praktycznie tak, jak na własność.
— Po mojemu, panie wojewodo, własność a dzierżawa to jest jednak różnica— upiera się petent. — Zresztą ja mam argument — wyciąga zza pazuchy dokument i kładzie na biurku.
Okazuje się, że niedoświadczony urzędnik podjął już niezgodną z przepisami decyzję o przekazaniu działki na własność.
— To jest mój błąd, do którego się przyznaję — tłumaczy się ów urzędnik.
Siedzący po obu stronach biurka ludzie pogrążają się w zawiłych pertraktacjach, które kończą się — tak jak poprzednio — podpisaniem dalszego trybu załatwienia.
— Tylko, panie wojewodo — mówi petent, zbierają się do wyjścia — jak nie będzie załatwione, to ja do pana wojewody trafię do Ostrołęki. Ja tam w 39 roku walczyłem na moście.
Następny interesant przychodził ze sprawą bliźniaczo podobną. Wśród petentów znaleźli się również członkowie Egzekutywy POP przy Urzędzie Miasta i Gminy, którzy przyszli prosić o umieszczenie w planach budowy nowej siedziby dla Urzędu. Skończyło się na rozkładaniu rąk.
Zachodzę jeszcze do kierownika służby rolnej, który po naprawieniu służbowego roweru poinformował mnie w kwestii kontrolowanego rozrodu bydła, że w roku ubiegłym na terenie gminy na trzy tysiące krów 185 zostało zapłodnionych sztucznie, a 190 — przez uznane rozpłodniki. Reszta miała do czynienia z dzikimi buhajami.
W sali domu kultury zebrali się wreszcie wszyscy lustratorzy. Relacje kierowników poszczególnych grup brzmiały raczej jak rejestry potrzeb, wynikających z zaniedbań inwestycyjnych i kryzysu gospodarczego, niż dostrzeżonych świeżym wojewódzkim okiem nieprawidłowości. Tylko informacja o nie najlepszym stanie porządku na posesjach państwowych zabrzmiała przekonywująco. W końcu, gdy niektóre urzędnicze głowy zaczęły niepokojąco kołysać się nad stolikami, głos zabrał stary człowiek o wyglądzie rolnika, który nie wiadomo czemu znalazł się na tej sali.
— Na całą gminę Tłuszcz nie ma w SKR-ze jednej młocarni. Chłopi cepami guzy sobie na głowach nabijają!
— Naprawdę młócą cepami? — zapytałam go w chwilę potem w hallu.— Widział to pan na własne oczy?
— A co pani myślała? U nas w Postoliskach jeden dziesięć fur wymłócił. A drugi owies, ale on miał mało. Ale to chłop osiemdziesiąt lat! A co mają robić, jak tych młocarni naprawdę nie ma? Prywatnie drogo chcą za wypożyczenie maszyny. To chłopy młócą cepami.
Stary człowiek pożegnał się ze mną pospiesznie, bo mimo późnej pory musiał jeszcze być w swojej wsi na zebraniu straży pożarnej.
Maria Kaczyńska
Fot. Kajetan Jackowski
Tygodnik Ostrołęcki
R. 3, 1984 nr 15=78 (8 IV)