
Tym razem ekipa lustracyjna podróżuje w teren demokratycznie — nie ma kawalkady służbowych „fiatów” i „polonezów” lecz wspólny autokar. Kierunek: Tłuszcz — najbardziej na południe wysunięta gmina naszego województwa. I miasteczko, które chętniej przyznaje się do Wołomina i Warszawy, niż do administracyjnych związków z Ostrołęką.
Na miejsce przybywamy o 8.30, a w pół godziny później pięć komisji lustracyjnych, po krótkiej roboczej odprawie w sali konferencyjnej Komitetu PZPR, rusza w teren. „Przypisuję się” do komisji od spraw zdrowia, oświaty i kultury, której przewodniczył wicekurator Tadeusz Zaniewski. W jej skład weszli ponadto: dyrektor Wydziału Kultury i Sztuki, Jan Zbrzeźniak, dr Romana Rogińska, kierownik Przychodni Rejonowej w Tłuszczu — dr Hanna Głowacka, dyrektor Zbiorczej Szkoły Gminnej — Bogusław Wnuk i dyrektor GOK — Jadwiga Chmielewska. Ustalamy marszrutę lustracyjnego przeglądu: Miąse-Jasienica-Postoliska-Tłuszcz, oraz zakres problematyki, po czym szkolnym autokarem ruszamy do oddalonej o kilka kilometrów wsi Miąse.
Tutejsza szkoła mieści się w niepozornym murowanym baraczku, mocno już nadwerężonym przez czas i gospodarującą tu przez lata dzieciarnię. Trzy izby lekcyjne zimne i mało przytulne; prócz tego jedno pomieszczenie pełniące funkcję szatni, kuchni i pokoju nauczycielskiego zarazem. Uczęszcza tu 71 dzieci do czterech klas, a uczy je 5 nauczycieli. Jeszcze kilka miesięcy temu baraczek stał samotnie na szkolnym placu. Dziś, jak ubogi, zawstydzony krewny tuli się szczytową ścianą do pokaźnego piętrowego budynku. To zaczątek nowej szkoły — duma i problem jednocześnie mieszkańców wsi. Dyrektor Wnuk naświetla nam tę sprawę podczas zwiedzania przyszłych sal lekcyjnych:
— W maju ubiegłego roku przyszedł do mnie przewodniczący komitetu rodzicielskiego, Tadeusz Mroczek i rzucił na stół 200 tysięcy złotych: „Każdy dał po 2 tysiące na początek i chcemy budować u nas szkołę — stwierdził kategorycznie — niech pan pomoże, dyrektorze” i tak to się zaczęło. To co tu dziś widzimy, powstało w ciągu kilku miesięcy. A wszystko zrobili własnymi rękami, ani grosza nie kosztowała robocizna. A inżynier wyliczył jej wartość na 1 mln 700 tys. zł. Tyle wypracowali w czynie społecznym. Takiej roboty, zapału i dyscypliny jeszcze nigdzie nie wiedziałam. Każdy miał przepracować 10 dni. I tak skrupulatnie tego przestrzegali, że jak ktoś przyszedł na budowę i próbował bumelować, to go wypędzali do domu, a dniówki nie zaliczali. Nikomu więc nie opłaciło się obijać. Ja im załatwiłem tylko przydziały materiałów: dotychczas pochłonęło to 1 mlin 300 tys. zł. A widzicie, jaki jest efekt: budynek wzniesiono w ciągu kilku miesięcy i gdyby były materiały na wykończenie, już byłby gotowy. Ale cóż z tego! Brakuje nam 15 tys. białej cegły na kuchnię i świetlicę, 3 tys. suporeksu i grzejników centralnego ogrzewania. Przecież dzieci w nowej szkole nie mogą marznąć, namarzły się w starej.

— Niczego więcej nie chcemy — wtrąca Tadeusz Mroczek— ale pomóżcie to załatwić, to od września dzieci pójdą do nowej szkoły.
— Jest jeszcze jedna sprawa — dyrektor Wnuk wyciąga z zanadrza kolejny problem — po drugiej stronie ulicy jest prywatne pole. Ziemia V czy VI klasy. Właścicielka chce ją sprzedać, a my chcielibyśmy to kupić na boisko, plac zabaw i działki dla nauczycieli. Obecny plac szkolny może być za ciasny, bo prawdopodobnie zwiększymy tu liczbę oddziałów do sześciu, z czasem może do ośmiu. Poza tym mieszkańcy Miąsego tak się zapamiętali w tej społecznej robocie, że chcą jeszcze dzieciom zbudować salę gimnastyczną. Więc dodatkowy plac bardzo by się przydał. Rzecz w tym, że wieś nie ma już tyle pieniędzy. Może dać 150 tysięcy. Właścicielka chce więcej. Czy mógłby ktoś to dla nas kupić?
Kurator Zaniewski — ujęty, jak my wszyscy postawą mieszkańców wsi — obiecuje interwencję w tej sprawie. Z tym przyrzeczeniem opuszczamy Miąse, wieś, której mieszkańcy wiedzą czego chcą i potrafią swe pragnienia realizować z godnym podziwu zapałem.
Kolejny cel na naszej trasie to Jasienica. Tu zaprezentowano nam skrajnie przeciwną do poprzedniej sytuację: Jasienica także rozbudowuje swoją szkołę, ale nie w czynie społecznym. Widać tu mieszkańcy są mniej prężni i wyrywni do pracy we wspólnym interesie, choć podobno w prywatnych sprawach bywają bardzo zaradni. Toteż szkołę dla wsi buduje SKR. Dlatego pewnie trwa to już 4 lata i na drugie tyle być może się zapowiada.
— To jest kupa obiboków — mówi z rozdrażnieniem dyrektor szkoły, Zygmunt Czechowski — całymi dniami nic nie robią. Kompletny brak organizacji pracy. Kiedyś zwieźli materiały, myśmy je rozładowali, a następnego dnia zabrali je do Tłuszcza, na budowę przedszkola. Cegła i pustaki zwalone na gromadę niszczeją, a budowa ciągnie się latami. My w tym czasie w ciągu dwóch lat zaadoptowaliśmy do użytku górę starego budynku. Też była z tym kupa roboty. Ale robiliśmy to społecznie, więc jakoś się uporaliśmy.
— Ta budowa to piękna lekcja wychowawcza dla dzieci — ironizuje kurator. Dyrektor Czechowski macha ręką z rezygnacją.
W starym skrzydle szkolnym zaś tłok i ścisk. 400 prawie dzieci uczy się na trzy zmiany — od 7 do 18-tej. Na wąskich korytarzach przepychają się uczniowie potykając się o poskładane na gromady teczki i tornistry. Trudno tu organizować jakąkolwiek działalność pozalekcyjną. A jednak szkoła może się pochwalić prężnym harcerstwem, zorganizowanym w pięciu drużynach. W jednej z klas oglądamy pięknie urządzoną harcówkę.
— Czy harcerstwo tylko wizualnie tak przykładnie się prezentuje, czy też faktycznie działa — pytam dyrektora.
— Moim zdaniem istnieje naprawdę. W ubiegłym roku przeprowadziliśmy weryfikację. Z ponad 200 członków organizacji skreśliliśmy prawie setkę „pozornych” harcerzy. Zostali ci, którzy rzeczywiście chcą pracować.
Zwiedzamy bogate, choć przeładowane w tej ciasnocie pracownie. Uwagę naszą przykuwa chluba szkoły — piękna izba pamięci narodowej. W estetycznie oszklonych witrynach wzdłuż ścian widnieje 3 tysiące eksponatów z różnych okresów historycznych: od przedmiotów używanych przez pradziadów do rekwizytów z ostatniej wojny. Od 4 lat zajmuje się ich gromadzeniem nauczyciel historii, Marian Wultański. Najbardziej cenne zaś jest to, że w tej izbie odbywają się codzienne lekcje historii. Cóż za frajda poznawać dzieje przodków nie tylko z książek, ale także na podstawie tego, co po nich pozostało.
Na koniec pytamy dyrektora Czechowskiego o główne problemy.
— Problemy? Brak mieszkań dla nauczycieli. Służbowych nie posiadamy, a ludzie we wsi nie chcą wynajmować. Nie mamy też kadry do przedmiotów artystycznych — wychowania plastycznego, muzycznego, praktycznego. Ale gdyby były mieszkania, znaleźliby się też nauczyciele.
W tej kwestii jednak ani dyrektor gminny, ani kurator żadnej pomocy zaoferować nie może.
Przed wyjazdem z Jasienicy zaglądamy jeszcze do filii Biblioteki Miejsko-Gminnej — jedynej placówki kultury w tej wsi. Kulturze przydzielono maleńki pokoik w prywatnej willi. Porządki w nim zastane niemile nas zaskoczyły, a dyrektora Zbrzeźniaka wyraźnie rozdrażniły. Młoda bibliotekarka tłumaczyła się jak mogła. Z rozmowy wynikało, że zajmuje się prawie wyłącznie wypożyczaniem książek dla setki młodocianych czytelników. Żadnej działalności upowszechniającej czytelnictwo ani lekcji bibliotecznych w zasadzie nie prowadzi. Być może z racji braku merytorycznych kwalifikacji, bądź też z powodu nieumiejętności nawiązania kontaktu z obcym sobie środowiskiem. Dziewczyna bowiem dojeżdża z Prostyni — i fakt ten, jak również niskie zarobki sprawiają, że po pół roku pracy nosi się z zamiarem rezygnacji.
Ostatnią placówką oświatową, jaką lustrujemy jest nowe przedszkole w Tłuszczu. Oddane do użytku w październiku, zapewnia opiekę dla 160 dzieci. Jego uruchomieniem rozwiązało problem wieku przedszkolnego — wszystkie Puszczańskie maluchy mają tymczasem zapewnione miejsce w przedszkolach. Dyrektor Wnuk kieruje przy okazji kolejną prośbę do kuratora Zaniewskiego: jeden milionik na plac zabaw dla przedszkolnej dzieciarni.
Do szkoły w Postoliskach jechać już nie zdążymy. Dyrektor Głowacka i tak się denerwuje, że za mało czasu zostało na jej rewir — ośrodek zdrowia. A tam przecież tyle problemów! Rzeczywiście. Ośrodek prezentuje się raczej ubogo. Budowany przed 20 laty, od tamtego czasu nie przeżywał ani jednego gruntownego remontu. Skutek tego zaniedbania jest wyraźnie widoczny. Szczególnie wewnątrz, gdzie na przykład poważnym zagrożeniem dla dolnych kończyn są masowo poodklejane płytki PCW. Lekarze demonstrują rozklekotane, skrzypiące stoły, obskurne kartoteki. Od lat nie mogą doprosić się o wymianę sprzętu. Ale to są drobiazgi. Prawdziwym mankamentem jest brak ogrzewania i ciepłej wody, bo piec pęknięty od dawna uniemożliwia palenie. Dzisiaj akurat wody nie ma w ogóle, bowiem wymieniona niedawno pompa głębinowa znowu wysiadła. Jak może funkcjonować ośrodek, w którym lekarz nawet rąk umyć nie ma w czym. A pracy przecież cała masa: dwóch lekarzy pediatrów przyjmuje średnio dziennie po 40 dzieci. Przez gabinety dwóch lekarzy ogólnych przewinęło się dzisiaj, od 8 do 11-tej, 90 pacjentów. W ośrodku funkcjonuje ponadto poradnia „K”, poradnia stomatologiczna i kardiologiczna. Odczuwa się brak specjalistów: chirurga, dermatologa, neurologa. Ludzie jeżdżę leczyć się do Dziekanowa, bo do Ostrołęki nie chcą ze względu na odległość. Za mało jest także pediatrów, którzy przecież muszą zapewnić opiekę — przynajmniej okresowo — dzieciom we wszystkich gminnych szkołach.
— Jaki jest ogólny stan zdrowia populacji dziecięcej w waszej gminie? — pytamy pediatrów.
— W sumie chyba nieco lepszy niż przed kilkoma jeszcze laty — stwierdza kierowniczka poradni dziecięcej. — Zwalczyliśmy krzywicę, wadę wzrostu. Z drugiej jednak strony więcej jest teraz wad postawy — skrzywień kręgosłupa, płaskostopia. Wiele jest także wad wzroku.
— Czym to można tłumaczyć?
— Przede wszystkim chyba trybem życia dzieci — godzinami spędzonymi przed telewizorem, w ciasnych mieszkaniach; słabo rozwinięto higieną ruchu — brakiem nawyków sportowych. Wreszcie nie bez wpływu pozostaje niedostatek odpowiedniego obuwia i niewłaściwe odżywianie. Stąd znaczny procent dzieci w grupach dyspanseryjnych.
Dr Rogińska apeluje do lekarzy o częstszy — w miarę możliwości — kontakt ze szkołą, oraz rzetelne informowanie dyrekcji szkół o stanie zdrowia dzieci. Tłuszczańscy lekarze zaś ze swej strony błagają o kapitalny remont i uzupełnienie braków w podstawowym sprzęcie medycznym.
Po oświacie i służbie zdrowia przyszła wreszcie kolej na problemy związane z kulturą. Nie można powiedzieć, że jest to silna strona tłuszczańskiej gminy. Baza placówek kultury należy do najskromniejszych w województwie. Jedyny ośrodek znajduje się w Tłuszczu. Jego możliwości lokalowe są mocno ograniczone przez urzędujący w tym samym gmachu Komitet PZPR. Prócz GOK działają na terenie gminy tylko dwa kluby GS i cztery filie oraz 6 punktów filialnych miejsko-gminnej biblioteki. Funkcjonowanie wielu z nich pozostawia sporo do życzenia, aczkolwiek są i takie — jak np. punkt w Jarzębiej Łące, prowadzony przez Barbarę Fiodorczuk — które stanowią piękny przykład zaangażowania i rozumienia roli kultury w środowisku wiejskim. Dyrektor Zbrzeźniak podkreślił konieczność większego zainteresowania lokalnej administracji problemami kultury. Fundusz rozwoju kultury umożliwia rozwiązanie bolączek lokalowych, potrzebne są tylko przemyślane i konkretne decyzje.
Na szczególną uwagę zasługuje fakt społecznego ożywienia w życiu kulturalnym, czego wyrazem jest powstanie Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Tłuszczańskiej. Nie można administracyjną opieszałością zaprzepaszczać ludzkiego zapału, szczególnie cennego na tym terenie, gdzie mieszkańcy nie czują się specjalnie związani ze swym środowiskiem ze względu na powiązania kulturowo-zawodowe z pobliską stolicą. Na ten aspekt zwrócił uwagę dyrektor gminny, Bogusław Wnuk podkreślając, że zarówno kultura, jak oświata ma szczególne zobowiązania wychowawcze wobec młodego pokolenia:
— Problem tkwi w tym, że Tłuszcz jest jakby hotelem robotniczym Warszawy. Wielu ludzi czuje się bardziej związanych ze stolicą niż z naszym miastem. Zjeżdżają tylko na noc. Stąd trudno tu wykrzesać zainteresowanie dla spraw społecznych. Poza tym sytuacja ta stwarza więcej problemów wychowawczych. Rodzice wracający po pracy do domu nieraz późnym wieczorem, nie mają czasu dla dzieci. Większość obowiązków spada w tej sytuacji na szkołę i ośrodek kultury. Jest to poważne obciążenie, ale trzeba temu podołać w trosce o dobro młodzieży. No i musimy to młode pokolenie w jakiś sposób z rodzinnym miastem związać, tworzyć tu jakieś atrakcje, bo inaczej będą masowo uciekać do stolicy.
Z takimi oto problemami boryka się Tłuszcz — miasteczko położone na rozdrożu województw.
Aldona Rusinek
Fot. Jolanta Szybka
Tygodnik Ostrołęcki
R. 3, 1984 nr 15=78 (8 IV)