Wołomińscy Żydzi

Urodziłam się kilka lat po pierwszej wojnie światowej i jak tylko sięgam pamięcią w dwudziesto- i trzydziestolecie ubiegłego wieku Wołomin kojarzy mi się z widokiem atłasowego chałata i żydowskiej jarmułki. Małe miasteczko podwarszawskie, z ludnością kilkunastotysięczną, miało przynajmniej trzecią część swej populacji pochodzenia żydowskiego.

Wprawdzie byli i Rosjanie całkowicie spolonizowani, i garstka Niemców – ewangelików, ale ci ludzie nie rzucali się absolutnie w oczy, natomiast Żydów widziano wszędzie. Całe ówczesne „city” Wołomina: ulica Warszawska, Kościelna, Legionów (Długa) czy Wileńska głośne były od ciągłego gwaru w języku jidysz – mieszaniny niemieckiego, hebrajskiego i polskiego. Im dalej od centrum miasta, tym Żydów widziano mniej.

Przeważały niskie, najwyżej jednopiętrowe domki prywatnych właścicieli, zwykle pracującej inteligencji. Kamienice kilkupiętrowe przy głównych ulicach należały do Żydów. Na parterze były różne małe sklepiki lub warsztaty rzemieślnicze, piętra obejmowały mieszkania na wynajem – i tu ludność polska mieszała się całkowicie z ludnością żydowską.

Bogata, jak na Wołomin, rodzina Mandelbergów posiadała kilka kamienic na ulicy Warszawskiej. Południowa strona budynku, z małym podwórkiem wychodziła na Warszawską, północna graniczyła z wąskim skwerkiem wzdłuż torów kolejowych. W jednej z takich kamienic na parterze mieściła się żydowska szkoła podstawowa „powszechna” nr 3, a na dwóch piętrach były jedno i dwupokojowe mieszkania wynajmowane przez nauczycieli.

I tak w tym konglomeracie polsko-żydowskim mieszkał kierownik żydowskiej szkoły Alfred Żyliński – legionista, wspaniały bajarz, kompan do „bitki i wypitki” (szczególnie tej ostatniej), z żoną Heleną – wychowawczynią jedynego wówczas w Wołominie przedszkola i czwórką dzieci, moich rówieśników.

Na pierwszym piętrze w dwu pokojach mieszkali moi rodzice – Natalia i Józef Kwapiszewscy, Janina Knapikówna – nauczycielka matematyki z żeńskiej szkoły nr 2 z bratem Cezarym – księgowym.

Na drugim piętrze, z gromadką dzieci mieszkała uciekinierka z bolszewickiej Rosji – Wanda Bublewska – nauczycielka polskiego i francuskiego. Z malutką, chorowitą córką Isią zajmowała jednopokojowe mieszkanie Żydówka Gucia Dawidkin, najbardziej wykształcona, po paryskiej Sorbonie nauczycielka wyznaniowej szkoły. Obok podobny pokoik zajmowała nauczycielka matematyki Zofia Rotkin, która była wprawdzie brunetką o ciemnych oczach, ale rysy miała aryjskie, toteż w czasie wojny przebywając w Warszawie nie poszła do getta, a rzecz niezwykła – służyła u Niemców jako pomoc domowa. Wprawdzie tuż przed wojną przeszła na katolicyzm (chrzestną matką była moja babcia), ale nie uchroniłby jej ten fakt ,gdyby nie jej wielka odwaga i chęć przeżycia. Jakież to tragiczne, że dla ratowania życia człowiek zrywa z wszystkimi korzeniami i wielowiekową tradycją! Nie wiem, czy jednak doczekała końca wojny, może zginęła w powstaniu – nie miała żadnej rodziny i wieść o niej przepadła. Ale Gucia Dawidkin z mężem i dzieckiem nie zdołała się uratować.

Gdy na wołomińskich „glinkach” życie Żydów skupiło się w getcie, moja mama nocą przedzierała się poprzez las i łąki Nasfetera (też rodzina żydowska) do getta. Na tym odcinku nie było drutów ani strażników i względnie bezpiecznie mogła dostarczyć biednej koleżance trochę żywności i leków, bo Gucia i jej mąż byli całkowicie bezradni i zagubieni. Niestety, okrutny los podzielili z tysiącami swych towarzyszy w Treblince.

W kamienicy tej mieszkał również bardzo dobry felczer – nazwiska nie pamiętam – który na każde wezwanie moich rodziców zjawiał się w potrzebie. A to bańki na przeziębienie, a to zastrzyk lub kompres, a to zwykła porada mądrego sąsiada. Raz doszło do niecodziennego wydarzenia: zbliżały się imieniny mojego ojca i mama postanowiła urządzić małe przyjęcie dla przyjaciół – nauczycieli. Już na kilka dni przed tym „świętem” przyrządziła w pękatej karafce ajerkoniak i skryła skrzętnie na dnie przepaścistej szaty. To miejsce dla nas, dzieci, było owiane swoistą tajemnicą i z tego choćby powodu budziło ciekawość. Tu bowiem, owinięta grubą flanelą leżała oficerska szabla ojca z roku 1920, którą zwykle raz do roku wyjmował i smarował wazeliną. Na nasze ciekawe zapytania, po co to robi, stwierdzał krótko „tak trzeba”, dodając tylko żeby nigdy jej nie dotykać, bo może się coś złego zdarzyć. Co to mogło się zdarzyć – Bóg jeden wiedział. Ale wracajmy do rzeczy.

Nie uszło mej uwadze, a byłam niezwykle wścibskim dzieckiem, gdzie mama chowa karafkę. Gdy nazajutrz rodzice byli w szkole, a nasza niania przygotowywała w kuchni obiad, przystąpiłam do dzieła. Wciągnęłam w to młodszego brata, który i tak skrupulatnie spełniał me polecenia. Otworzyłam szafę i wyciągnęłam karafkę. Zawartość przypominała ulubiony przez nas śmietankowy budyń, ale cóż za różnica w smaku! Łyk po łyczku – i wkrótce karafka świeciła pustym dnem, a dzieci spały snem sprawiedliwego. W pewnym momencie niania zaciekawiona niezwykłą ciszą w pokoju, dostrzegła grozę sytuacji. Chociaż nie była zbyt rozgarniętą dziewczyną, to jednak strach o bezwładnie leżące dzieci nie sparaliżował jej. Wprawdzie nie skojarzyła tego z pustą karafką, ale pobiegła natychmiast do mieszkania felczera i na „miłość boską” błagała o ratunek, bo dzieci chyba umierają. Mądry felczer nie musiał długo stawiać diagnozy. Nachylił się nad malcami i stwierdził jednoznacznie: „Oni są pijane!” Zaniósł nas oboje do łóżek i pozwolił się wyspać. Nie przypominam sobie, kto bardziej odpokutował – ja czy niania, ale wiem, że imieniny ojca były wyjątkowo udane.

Raz na miesiąc zjawiał się po „komorne” Mandelberg i śliniąc palce liczył pieniądze od „pani kierownikowej” (ojciec był wówczas kierownikiem szkoły powszechnej nr 1 w Wołominie). Zawsze przy tym była miła pogawędka. Nam, dzieciom, pozwalano się jej przysłuchiwać i oto dowiedziałam się o wielkim zmartwieniu bogatego Mandelberga. Miał jedyną, dość wykształconą jak na ówczesne czasy córkę, która zamartwiała się swym staropanieństwem. Wprawdzie były w Wołominie swatki – Żydówki, ale chyba ich pomoc była daremna, bo panna chciała koniecznie wyjść za doktora. W tym wypadku zapewne i Gogol nic by tu nie wskórał. Każdy wołomiński Żyd – lekarz był już żonaty, bigamia nie wchodziła w grę, a lata uciekały. Wreszcie zdenerwowany ojciec nie wytrzymał i na ciągłe żale córki zareplikował: „Weź se dwóch felczerów, a będzie jak jeden doktor!?. Podobno Ryfka dała mu już spokój.

Wspominałam o wołomińskich swatkach. Powszechnie zwano je „rajfurkami”, a zajmowały się chyba wszystkimi sprawami, którymi zasadniczo trudnią się ludzie podlegli palestrze i marketingowi.

Gdy w latach trzydziestych sytuacja materialna rodziców uległa znacznej poprawie – ojciec pracował w Ministerstwie Kultury i Oświaty, a mama w szkole w Warszawie – w naszym domu zjawiała się od czasu do czasu „rajfurka”. Na świat przyszła moja młodsza siostra i mama pilnie do niej poszukiwała dobrej piastunki. W Polsce przed wojną na wsiach panowało duże bezrobocie, bynajmniej nie mniejsze niż obecnie i dziewcząt do pracy w mieście za 20 – 30 złotych miesięcznie było mnóstwo. Pamiętam, że w umówionym dniu, zwykle w sobotę po szabasie zjawiała się rajfurka z wianuszkiem wystraszonych dziewcząt. Siadały wszystkie ciaśniutko na krzesłach i stołkach w kuchni i oto odbywał się istny handel żywym towarem. Rajfurka przedstawiała każda kandydatkę, zachwalając jej niezwykłe zalety i przydatność do nowej roli. Czego tam nie dało się słyszeć? Wszystkie były niezwykle pracowite, uczciwe, czyste, mało wymagające, oczywiście cnotliwe. Jak przy takim przesianiu i konkurencji trafiła się i cnotliwa panna w ciąży – nie mam pojęcia. Ale moc przekonania musiała być z pewnością wielka, bo panna pracowała u nas do porodu – śliczny synek był przez nas traktowany jak udzielny książę do czasu adopcji przez uczciwą, choć ubogą rodzinę. Tu też przydała się pomoc rajfurki. Rajfurka za każdą udaną transakcję otrzymywała od mamy 10 złotych i pierwszą wypłatę od zatrudnionej.

Gdy mieszkaliśmy przez wiele lat przy ulicy Warszawskiej mój kontakt z żydowskimi dziećmi był dość duży. W czasie pauz dzieci tłumnie zapełniały maleńkie podwórko przed szkołą i tu przy zabawie w berka lub skokach ze skakanką używano mowy zarówno polskiej jak i żydowskiej. Nauka odbywała się oczywiście w języku polskim, ale podczas pauz już tego nie przestrzegano. Stąd i ja łapałam nieraz powiedzonka i okrzyki takie jak na przykład: geh zum Teufel (idź do diabła) kierowałam do brata, który mi się naprzykrzał. Reakcja była natychmiastowa – uważał, że jest to tak obraźliwe przezwisko, że powinien się przynajmniej usunąć mi z oczu.

Pragnę wrócić do szkoły nr 3 – wyznaniowej. Wszyscy nauczyciele chętnie pracowali w tej placówce. Pobory były te same, ale jakie przywileje! Nauka trwała tylko pięć dni w tygodniu – sobota dzień świąteczny, a oprócz tego wszystkie żydowskie i chrześcijańskie święta trwające nieraz po kilkanaście dni. Dlatego obok nauczycieli Żydów byli i Polacy. Ze zrozumiałych względów poziom nauczania był znacznie niższy niż w szkołach polskich, ale i wizytujący te szkoły inspektorzy byli bardziej tolerancyjni. Z tych to względów zamożniejsi Żydzi, bardziej wykształceni, swe dzieci posyłali do szkoły nr 1 dla chłopców lub nr 2 dla dziewcząt. W klasie mojej mamy był na przykład Marek Gordon, syn fabrykanta, wybitnie zdolny chłopiec, dziedzic znacznej fortuny – niestety, tylko do czasu okrutnej wojny. Doktor Frydman dwoje swych dzieci, podobnie jak doktor Frank posyłał do szkół polskich, a tuż przed wojną Danka Frydman, piękna blondynka z długimi warkoczami była moją koleżanką w żeńskim, prywatnym gimnazjum w Warszawie. W klasie piątej i szóstej moją serdeczną przyjaciółką była Zosia Ossowiecka – jedyna w klasie miała rower, co budziło ogólną zazdrość. Jej zawdzięczam umiejętność pedałowania, choć w życiu nie na wiele to się zdało.

W Wołominie było kilku lekarzy i dwie dentystki żydowskie. Najbardziej znanym lekarzem internistą był Zachariasz Frank, ożeniony z przeuroczą Szwajcarką, Charlottą. Mając do końca życia podwójne obywatelstwo: polskie i szwajcarskie przeżyła okupację, przechowała męża, a w jej ślicznym domu na Polnej próbowała ratować życie, a przynajmniej je przedłużyć małym, żydowskim sierotom. Byty to heroiczne wysiłki, skazane z góry na niepowodzenie przy potężnej fali zagłady. Kobieta ta, która przy swej filigranowej figurze, promiennym uśmiechu do końca swojego długiego życia nie nauczyła się dobrze mówić po polsku była uosobieniem altruizmu i tolerancji. To ona opiekowała się sierotami z sierocińca prowadzonego przez siostry Albertynki, uczyła wiele dzieci francuskiego, urządzała ?bal na żłobka” jak mawiała i rzeczywiście z jej inicjatywy rozpoczęto budowę tej placówki.

Adoptowała sierotę, dała jej wykształcenie i wyprowadziła na ludzi. Swą córkę Graziellę wysłała po wojnie do brata męża, również lekarza, do Izraela i tam ją odwiedzała. Znana była wszystkim mieszkańcom Wołomina, do gabinetu męża sprowadzała często chorych, a biednych ludzi i nie dała mu brać za to grosza.

Gdy po wojnie zjawił się w szkole chłopiec z Francji, syn Polaka i Francuzki i z trudem radził sobie z polską mową, wzięła go pod swoje opiekuńcze skrzydła. Niestety, jej wysiłki szły na marnę, nie mogła nauczyć języka polskiego przemiłego Rogera Brauna, bo sama wykoślawiała każdy wyraz. Gdy chłopiec przyniósł kolejną dwóję z polskiego, sama pofatygowała się do nauczycielki i z żalem stwierdziła: „ja go ciągle uczę i dlaczego on ma dwóję?”. Wreszcie Roger sam doznał olśnienia – poznał śliczną koleżankę i od tej pory kłopotu z językiem nie było. Potem wrócił do Francji, ale kontakt listowny utrzymywał z doktorową Frank i kolegami przez długie lata. Dowiedzieliśmy się, że jego matka była Żydówką, ale we Francji łatwiej jej było przeżyć wojnę niż w Polsce.

Bardzo dobre były również dwie dentystki – Żydówki. Jedna swój gabinet miała przy ulicy Warszawskiej, wprost dworca kolejowego, druga na ulicy Kościelnej. Usuwały mi chore „mleczaki”, potem kleiły dziury w zębach stałych.

Obok lekarzy i nauczycieli potężną grupę inteligencji żydowskiej stanowili właściciele hut, fabryki łóżek żelaznych oraz adwokaci. Jedno z dwu kin wołomińskich „Oaza” – obecnie w tym budynku jest Biblioteka Pedagogiczna – należało do bardzo bogatego Nasfetera. Pamiętam rodzinę Gordonów, mieli bliskich krewnych na zachodzie Europy. Dopóki mogli, żyli z wyprzedaży ruchomości, ale gdy stłoczono ich w getcie podzielili los najbiedniejszych Żydów. Były próby ucieczki, przekupywania „szmalcowników”, ale były to metody na krótką metę, najczęściej i tak wpadali w faszystowskie sidła.

Ale wróćmy do lat przedwojennych. Prawie cała ulica Kościelna to domena handlu i rzemiosła żydowskiego. Trzy wyspy aryjskie to: piekarnia Sztreicha, Niemca na tyle spolonizowanego, choć ewangelika, że nie podpisał listy Volksdeutscha i zginął w obozie koncentracyjnym. Sklep kolonialny Rebandla, wypisz wymaluj sklep pana Wokulskiego z „Lalki” oraz duży sklep spożywczy niczym obecny market z zapleczem na wewnętrznym dziedzińcu, należał do rodziny Koprowskich. Przy rynku, zapełnionego żydowskimi jatkami mieściła się polska piekarnia Garbolewskich. Po prawej stronie ulicy Kościelnej już przy Długiej był szereg małych sklepików rzeźniczych. Tu można było kupić mięso wołowe, cielęce, baranie, różne podroby, oczywiście prócz wieprzowych. Rytualny ubój zwierząt czy drobiu miał miejsce jednak gdzie indziej.

Obecnie przy ulicy Moniuszki i Legionów znajduje się mały skwer. Od wschodniej jego części mieścił się w latach trzydziestych heder – mała szkółka dla chłopców żydowskich, gdzie pod czułym okiem rabina lub jego zastępcy malcy, kiwając się rytmicznie nad żydowskimi księgami, wtajemniczani byli w zawiłe arkana hebrajszczyzny i Talmudu. Niestety, od czasu do czasu, gromadki rozpasanych urwipołci dokuczali rozmodlonym Żydziętom. A to wrzucili do hederu czarnego kota (ponoć złowróżbnego demona), a to kawałek słoniny, atrybutu „trefnego”, albo zgoła kamień. Czy były to objawy rasizmu? Raczej nie. Do tych samych ludzi chodzili kupować mięso, najlepsze chałki były u Asza w każdy piątek, a bajgły u żydowskiego domokrążcy. Czasem ukazywały się nalepki z napisem „Nie kupuj u Żyda”, ale skutek był mizerny. A jednak do hederu, do kucek w dniach Szabasu strzelano z procy, zrywano często „Dziesięć przykazań” spowitych w małej foliowej lub szklanej tubce i przybitej we framudze zewnętrznych drzwi wejściowych. Czasem skarżyli się Żydzi granatowym stróżom porządku, ale spotykali się zazwyczaj z machnięciem ręką. „Mała szkodliwość” według współczesnego poczucia sprawiedliwości.

Obok hederu mieściła się rytualna ubojnia, tu rezak dokonywał masowej często rzezi. Żydówki przynosiły żywe kury lub kaczki, które on jednym cięciem noża pozbawiał głów i z tułowia wysączał krew. Ptak który przeżył ten okrutny wyrok śmierci i utrzymał swą głowę, choćby pokiereszowaną stawał się towarem trefnym.

Żaden szanujący się Żyd nie zjadł takiego drobiu, a ugotowanie na nim rosołu nie wchodziło w grę, natomiast Polacy za kilka groszy mogli nabyć takiego niedobitka i mieć całkiem dobry obiad.

Na ulicy Kościelnej w środkowym jej odcinku, było kilka małych sklepików z artykułami spożywczymi, kosmetykami i pasmanterią. Istne ?mydło i powidło”, ale wśród tych mini marketów wyróżniała się prawdziwa perełka. Sklepik – monopol śledziowy, jakiż był tam wybór tego postnego rarytasu! Całe beczki śledzi „królewskich”, tłustych, lśniących, z wybałuszonymi ślepiami, wspaniałych jak mówili znawcy: na zakąskę pod kieliszek, „Ulików” – cienkich, mniejszych, ale za to idealnych do marynat, wreszcie wybebeszone z mleczy i ikry długie plastry śledzia islandzkiego do smażenia w bułce. W drewnianych skrzynkach połyskiwały szprotki, tak delikatne, że chrupało się je razem z łebkami i ośćmi. Dla bardziej wybrednych i bogatszych wołominiaków były puszki sardynek w oliwie lub makreli w „tomacie” czyli pomidorach. Dzieciaki mogły, biegnąc ulicą Kościelną kupić nawet małe dzwonko śledzia, bo na desce tuż przy wejściu kupiec starannie odmierzał małe kawałki tego słonego przysmaku.

Na tym odcinku Kościelnej swój warsztat wspaniały szewc-artysta. Jego ręcznie wykonane obuwie przeznaczone było dla małych dzieci. Miniaturowe pantofelki, sandałki czy sznurowane buciki dla dwu-trzylatków to były istne dzieła sztuki. Używał niezwykłych materiałów, skupował stare, damskie torebki, męskie portfele, rękawiczki czy nawet urzędnicze aktówki, dodawał filc z kapeluszy i wychodziło z tego cudeńko. Pamiętam, że pierwsze swe kroczki moja mała siostrzyczka przedreptała w beżowych pantofelkach z kolorowymi guziczkami. Na nie szewc wykorzystał materiał ze starej torebki z wielbłądziej skóry. Ja ze względu na wiek, już nie mogłam chodzić w bucikach dla maluchów.

Był też drugi w Wołominie szewc, mistrz w swym fachu, nazywał się Lastfogel i zatrudniał w warsztacie przy ulicy Legionów kilku czeladników – Polaków i Żydów. Jego wyroby nie były tanie, ale jakie solidne i ładne ! Mój brat, na którym jak mówiono „wszystko się paliło”, nigdy nie zdołał zniszczyć bucików nim z nich nie wyrósł.

To Lastfogel wymyślał ciekawe fasony, trzewiki z odwijanymi kołnierzykami łączył lakier z zamszem i zasadniczo wygrywał konkurencję z „Delcą”, czeską firmą, która przed wojną otworzyła swój sklep na Kościelnej. Wszyscy czeladnicy Lastfogla byli potem świetnymi kontynuatorami warsztatu swego majstra.

Na Kościelnej, obok warsztatu szewskiego mieściła się wytwórnia zabawek „Raj” i miejsce czarowne dla dzieci, nie zmanierowanych jeszcze lalkami Barbie czy elektronicznymi cudami. Stary, kaszlący Żyd, – prawdopodobnie gruźlik, wykonywał z drewna przepiękne i pomysłowe zabawki. Obok wózków dla lalek i misiów, byty na biegunach koniki, długie pociągi z lokomotywami, ptaszki, motylki ruszające skrzydełkami i zupełnie dziś dzieciom nie znane „serso” – kółeczko ze szpadką do ich chwytania w powietrzu. Gdy chodziłam z mamą lub nianią na zakupy zawsze musiałam się zatrzymać przed wystawą tego warsztatu, a poczciwy Żyd zaraz wyskakiwał zza lady i demonstrował najnowsze dzieła swych rąk. Ja byłam tak tym zauroczona, że mama wreszcie znalazła sposób na ograniczenie wydatków na zabawki. Po kupnie śledzi przechodziła na druga stronę ulicy i szerokim łukiem omijała pokusę.

Obraz ulicy Kościelnej nie byłby pełen, gdyby pominąć dwie niezwykłe Żydówki. Jedna nazywała się Bursztyn, popularnie zwana „Bursztynką”, druga Bauman zwana „Baumanką”. Obydwie były właścicielkami sklepów „bławatnych” czyli materiałów łokciowych. Sklepy ich leżały po dwu stronach Kościelnej. Ogromnie lubiłam chodzić z mamą do tych sklepów, a okazji było kilka w roku. We wrześniu granatowy materiał na szkolny mundurek, satyna na fartuch, biała pika na bluzkę, no i oczywiście na lato kretony. Rytuał zakupów był niezwykle urozmaicony, zależało to od kolejności wyboru sklepu. Jeśli mama weszła najpierw do Bursztynki, tej bogatszej, która sklep miała we własnej kamienicy, natychmiast w drzwiach swego sklepu stawała Baumanka i donośnym głosem zapraszała do siebie, zalecając swój wspaniały towar, świeżo sprowadzony. Z repliką długo nie czekała Bursztynką i tak to przez pewien czas odbywała się w tej części Kościelnej głośna licytacja swego towaru. Często mama, rozjemca w tej awanturze godziła dwie rywalki, kupując u jednej wełnę, u drugiej jedwab.

Na ulicy Warszawskiej znajdowała się mała pracownia krawiecka. Tu zatrudnione były Żydówki, przeważnie z całymi rodzinami. Zajmowały się szyciem damskiej bielizny, gorseciarstwem, ale przede wszystkim szyciem pościeli. Wśród tych kobiet dwie szczególnie były uzdolnione – umiały pięknie haftować. Mama zamawiała u nich białe z weby i nanszeku poszwy, poszewki, jaśki, spod ich rąk wychodziły istne cudeńka. Ja, która od dziecka miałam duże poczucie piękna, asystowałam zawsze przy prezentacji wzorów haftu i doborze kolorów. Przeważały mereżki, haft ażurowy i wypukły w barwach pastelowych. Nigdy w późniejszych latach tak pięknej pościeli nie widziałam.

Osobną galerię handlujących stanowili domokrążcy. Szczególnie dwaj utkwili w mej pamięci. Pojawiali się systematycznie raz w miesiącu i to u wszystkich nauczycieli i naszych znajomych, jeden nienagannie ubrany w garnitur, o typie aryjskim, posługujący się piękną polszczyzną, przynosił w walizeczce wielki zwój próbek różnych materiałów: od najszlachetniejszej wełny po gruby barchan. Nigdzie indziej rodzice nie nabywali tak drogiego, ale świetnego materiału na garnitury czy okrycia, jak u tego domokrążcy. Wszystkie wełny firmy „Leszczków Szczekarków” były stuprocentowe i – o dziwo! – zaopatrzone nadrukiem „Made in England”. Nie było żadną tajemnicą, że całe bele materiałów, wyprodukowanych w Polsce, dwukrotnie odbywały trasę Gdynia-Manchester. W krainie najlepszej wełny otrzymywały odpowiedni wtłaczany certyfikat i już jako towar angielski podbijały polski rynek. Okazuje się, że zaborczy obecnie Hong-Kong nie wpadł pierwszy na ten pomysł.

Drugim domokrążcą, całkiem typowym Żydem był Miodowicz. Wprawdzie bez pejsów i brody, ale o tak charakterystycznej mowie i gestykulacji, że mógł uchodzić za uosobienie całego syjonizmu, pachniał wodą „siedmiu kwiatów” tak intensywnie, że po jego wyjściu trzeba było wietrzyć mieszkanie. W jego walizeczkach, przewieszonych przez ramię było poupychanych mnóstwo mydełek, kremów i perfum, od zapachu których bolała głowa. Nie lubiłam tego Żyda, mimo, że nam, dzieciom, dawał zawsze jakieś aktualne mydełka – a to z zajączkiem, a to z jajeczkiem. Drażniła mnie jego ugrzeczniona natarczywość, jakaś fałszywa służalczość i mimo „miodowego” nazwiska po prostu nieszczerość. Może go w tym sądzie krzywdziłam, ale dziw, że i nasze dziewczyny-nianie też go nie lubiły, choć starał sieje przekupić. Z pewnością zginął, jak inni, w getcie, bo ze względu na swój wygląd nie miał szans na ocalenie.

Mama lubiła Żydów, znała ich żargon, ich mentalność i w naszym domu bywali często Żydzi – koledzy nauczyciele, lekarze, czy rodzice uczniów Żydów.

Ci ludzie bardzo kochaj ą dzieci, są wdzięczni, szczególnie uczuleni na stosunek do swych pociech. Pamiętam że na każde imieniny mojej mamy najpiękniejsze kwiaty pochodziły od Żydów.

W klasie mamy znalazł się chory na przepuklinę Kuba Besser. Rodzina bardzo uczciwa, pracowita – matka modystka, ojciec pracował w hucie szkła. Wdzięczni Besserowie nie wiedzieli, jak dziękować za syna, którym się mama rzeczywiście zajęła. Chory chłopiec, otyły, niezaradny był jednocześnie świetnym uczniem, dobrym kolegą, ale to nie chroniło go przed złośliwymi docinkami czy wybrykami zdrowych silnych kilkunastolatków. Besserowa wciąż przynosiła przeróżne kapelusze, których mama w ogóle nie używała i biedna modystka nie wiedziała jak się odwdzięczyć. Wreszcie mąż – hutnik wykonał sam śliczny komplet deserowych talerzyków i Kuba z rodzicami przyszedł go wręczyć. Był to tak wzruszający widok, że mama nie mogła odmówić przyjęcia tego prezentu, nie chcąc ranić ich uczuć.

Do dzisiejszego dnia, po siedemdziesięciu latach, przetrwał jeden talerz z kolorowego szkła i gdy go biorę do rak, widzę roześmianą buzię Kuby Bessera.

Pisałam o tych Żydach, których pamiętam i których widok nie zatarł się po kilkudziesięciu latach, ale jest to zapewne tylko mały wycinek z całokształtu zagadnienia. Wiem, że we władzach miejskich zasiadali Żydzi, np. bogaty Donde, ale z tymi ludźmi nic mnie nie łączyło i należałoby powertować stare akta miejskie Wołomina.

1 Komentarz

  1. Pingback: Wołomińscy Żydzi | WWL Media

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.