historia terenów powiatu wołomińskiego

w dokumentach i wspomnieniach

Moja najlepsza przyjaciółka – Madzia Wiszniewska
dwudziestolecie międzywojenne edukacja Wołomin wspomnienia

Trudne lata dzieciństwa (II)

Latem, podczas wakacji, nawet mowy nie było o tym, abyśmy mogli dokądkolwiek wyjechać. Skończyły się nawet wyjazdy do Klembowa. Ale nie narzekaliśmy, w takiej sytuacji jak my była większość naszych kumpli z sąsiedztwa. Organizowaliśmy sobie zabawy sami, przeważnie za pozwoleniem rodziców, ale czasami i bez ich zgody.

W Wołominie było (i na pewno są do dziś) pięć ogromnych stawów, tzw. glinianek. Niestety, w tych czasach nie pozwalano nam tam chodzić i był to chyba jedyny zakaz, który respektowaliśmy. Ale jak przeżyć lato bez kąpieli? Sadzawka w ogrodzie już nas nie cieszyła, ponadto niekonserwowana zaczęła popadać w ruinę. Zdecydowaliśmy, że będziemy chodzić nad Strugę pod Zagościniec.

Rzeczka przepływała około 3 kilometry od Wołomina i wcale nie nazywała się Struga, a zgodnie z mapą Czarna, ale dla nas była Strugą, chyba dlatego, że w rzeczywistości była strużką, a nie rzeką. Płytka, w niektórych miejscach po kostki, ale na zakolach nawet ponad metr głęboka. Oczywiście chodziliśmy tam, gdzie najgłębiej. Naszą ambicją było nauczyć się pływać. Pływaliśmy strzałką. Ręce do przodu i nura do wody! A woda – kryształowo czysta. Dno – piaseczek jak nad morzem! Wokoło łąka, czyste niebo, cisza, którą zakłócały tylko nasze wrzaski. Tam właśnie nauczyliśmy się z Julkiem pływać. Irena wolała raczej opalać się na słoneczku lub opowiadać ploteczki z koleżankami.

Kiedy już nauczyliśmy się pływać, należało przekonać mamę, żeby pozwoliła nam chodzić na glinianki. Zatem którejś niedzieli namówiliśmy ją, by poszła tam z nami, abyśmy mogli jej pokazać, że nie kłamiemy. No i udało się! Mama, która świetnie pływała, uznała po tej próbie, że wolno nam chodzić, ale tylko na żabi staw. Była to stosunkowo płytka sadzawka, dostępna tylko od strony, gdzie woda sięgała do kostek. W najgłębszym miejscu miała około dwa metry, a więc dość bezpiecznie.

Starsi chłopcy zbudowali dość długi pomost, z którego skakali do wody. No i oczywiście, jako nowicjuszom, zgotowali nam odpowiednie przyjęcie. Między innymi wygłupami, obowiązkowo trzeba było skoczyć na główkę. Pokazali, w którym miejscu rozbieg i skok! Nie zastanawiając się długo, skaczę! Odzyskuję świadomość, leżąc na brzegu, wokół mnie gromada ludzi, nos i usta zaklejone jakimś świństwem. Pluję, dmucham nosem. Co do licha?

– Juuleeek… – Słyszę głos dorosłej osoby: – Nic, nic, nie bój się, wszystko dobrze, dobrze.

Jak się potem okazało, chłopaczyska wskazały mi miejsce, gdzie było muliste dno. Skacząc do wody, zaryłam głową w ten muł, który pozalepiał mi w głowie wszystkie otwory. Próba wyrwania się z tego draństwa pogorszyła sprawę, bo w panice otworzyłam usta i straciłam w tym momencie przytomność. Jednak sprawcy tej mojej przygody zorientowali się, że coś za długo nie wypływam, wskoczyli do wody i wyciągnęli mnie na brzeg. Od tego czasu za nic nie skoczyłabym na główkę.

Myśmy mieli kiełbie we łbie, a biedna mama łamała sobie głowę, jak nas wyżywić, ubrać i… wychować na porządnych ludzi.

Jednego takiego wychowywania nie zapomnę do końca mojego życia. Otóż w dzieciństwie uwielbiałam chałwę, a i dziś ją bardzo lubię, choć z powodu choroby nie mogę jeść. Jakby na złość biednym dzieciakom, na trotuarze przed szkołą stał stragan, a na nim przeróżne smakołyki. Między innymi chałwa! Nieraz stałam i gapiłam się na ten kawałek tłustej słodyczy! Kosztowała grosze, ale i tych kilku groszy nie miałam, aby zaspokoić moje pragnienie. Pewnego razu patrzę, a tu na stole w kuchni leży sobie spokojnie pięć groszy i nikt ich nie chowa, nie zabiera. Leży i kusi. Ciekawe, co by się stało, gdybym je wzięła? Domyślą się? Eee, chyba nie.

Biorę, ale z duszą na ramieniu! Następnego dnia kupuję sobie wymarzoną chałwę! Och, co za smak! Czekoladowo-waniliowa. Stojąc jeszcze koło straganu, pożeram cały batonik! Nagle, jak z pod ziemi, wyrasta mama. Pada pytanie:

– Co kupujesz?

– Ja? Ja nic… nie… kupuję!

– Jak to nic? Przecież masz pełne usta!

– Ach, to… chałwa, dostałam od koleżanki (jak na złość żadnej w pobliżu nie ma!).

– A od której?

– Od której? O rany! Od której by tu… od, od… Kuczyńskiej!

– Dobrze, pójdziemy do Kuczyńskiej i zapytamy, czy jej mama wie, że pożycza koleżankom pieniądze! Bo pożyczyłaś, tak?

– Taa…aak…

Co robić? Do Kostusi się nie da, bo mama trzyma mocno za rękę i ciągnie mnie na ul. Tramwajową, gdzie mieszka Mirka. Zaraz się wszystko wyda, a jaki wstyd! Lanie murowane. Co robić? Może lepiej się przyznać? Ale jeszcze się nie poddaję.

– Ich pewnie nie ma w domu…

– Sprawdzimy…

– Mamo, ja te pieniądze wzięłam ze stołu, one nikomu nie były potrzebne… wracajmy do domu, to było tylko pięć groszy!

Cisza, mama się nie odzywa. Eee… może nie będzie tak źle! Ale było źle! Dostałam takie lanie paskiem ojca od ostrzenia brzytwy, który od jego śmierci wisiał na ścianie na zwykłym miejscu, że ślady na udach i pupie nosiłam chyba przez dwa tygodnie. Ponadto wypędziła mnie na podwórko, bo dla złodzieja nie ma miejsca w jej domu! Tyłek mnie bolał, więc spacerowałam od bramy do komórek i z powrotem. W końcu mi się znudziło spróbowałam wejść do domu – zamknięte!

Nie, to nie! Więcej prosić nie będę! Wlazłam do budy Szarika i chyba zasnęłam z żalu i płaczu. Obudziłam się, kiedy było już ciemno. Z budy wyciągał mnie nasz nowy lokator, policjant, pan Janek Kucharczyk.

– Chodź do domu, przeproś mamę, a mnie obiecaj, że już nigdy tego nie zrobisz!

– Mama mnie wypędziła, ona mnie już nie chce.

– Chce, chce, nie bój się…

Za pana Janka poszlibyśmy w ogień. Nie mówiliśmy mu wujek, bo był bardzo młody, ale współczuliśmy mu serdecznie i nie znosiliśmy komendanta, który w naszym mniemaniu był winien tego, że nie pozwalał mu się ożenić, bo jego narzeczona nie miała matury. Nie bardzo wiedzieliśmy, co to jest ta matura, ale nawet chcieliśmy zrobić składkę, aby jej tę maturę kupić. Jak nie pomóc takiemu fajnemu policjantowi? Dawał nam nawet potrzymać pistolet!

Wieczorami schodziły się do mamy kumoszki na pogaduszki lub z różnymi robótkami, przeważnie haftowały modnym wówczas haftem richelieu, nazywanym tak od nazwiska francuskiego kardynała. Żeby sobie urozmaicić czas, opowiadały straszne historie o duchach! Jak tylko usłyszeliśmy, że pojawiły się w rozmowie duchy, wyłaziliśmy z łóżek, podkradaliśmy się pod uchylone drzwi i z zapartym tchem słuchaliśmy mrożących krew w żyłach opowieści. Często przyłapywały nas na podsłuchiwaniu i mama goniła nas do łóżek. Przykrywaliśmy się razem z głową i drżeliśmy z zimna i ze strachu.

Jedną z tych pań była Fimka, to znaczy Eufemia, serdeczna przyjaciółka mamy i zagorzała karciara. A że moja mama też lubiła pograć w karty, w wolnym czasie namiętnie grały w tysiąca, durnia lub w sześćdziesiąt sześć. I to Fimka doradziła mamie, aby dom wraz z ogrodem wydzierżawić i przenieść się do miasta, co będzie korzystne dla klientek (będą miały bliżej do krawcowej) i dla naszego domowego budżetu, gdyż pieniądze za dzierżawę będzie można przeznaczyć na domowe potrzeby. Rada okazała się doskonała i bodaj w 1937 roku przeprowadziliśmy się do Wołomina, początkowo na ul. Wiejską. Mieszkaliśmy tam krótko, bo gdy zwolniło się mieszkanie przy ul. Chopina 4, mama zdecydowała się przenieść pod ten właśnie adres.

Oto miejsce, od którego zaczęło się jej życie w obcym dla niej kraju. Nie mam pewności, czy zajęliśmy ten sam lokal, w którym mieszkali z ojcem, czy też inny, bo Nadaj – właściciel – miał na Chopina trzy domy. W mieszkaniu tym przebywaliśmy do 31 sierpnia 1939 roku.

Ja tu gadu-gadu, a co ze szkołą?

Szkoły nie lubiłam! Od pierwszej lekcji religii. Do klasy wszedł ksiądz i pierwsze jego słowa brzmiały:

– Kacapy, ewangelicy i Żydzi – won!

Ja się nie ruszyłam, przecież to nie do mnie! I nagle usłyszałam ponownie:

– Müllerówna, nie słyszałaś? Z klasy!

Wstałam i ze ściśniętym gardłem wyszłam. Tylko moja ambicja nie pozwoliła mi się rozpłakać! Dotychczas nigdy nie spotkałam się z tym słowem. Nasi koledzy z sąsiedztwa wiedzieli, że jesteśmy wyznania prawosławnego, ale nikogo to nie obchodziło.

Czasami dochodziło do kłótni, a nawet do walki na pięści, w kłótni najczęściej padały epitety: Ty piegusie, świnio, małpo, Kajtek bez majtek! Julek – kozioł beeeee, ale żeby kacap? Nigdy!

Nagle poczułam się gorsza od innych. Jak gorsza, to gorsza! Ktoś do mnie mówi:

– Ty, kacapka!

A ja go prawym sierpowym w lewe ucho! Było parę skarg i wezwań mamy do szkoły, ale w końcu dali mi spokój.

Moja najlepsza przyjaciółka – Madzia Wiszniewska
Moja najlepsza przyjaciółka – Madzia Wiszniewska

Ale mówiąc uczciwie, w trzeciej i czwartej klasie miałam więcej przyjaciół niż wrogów. Szczególne koleżeństwo łączyło mnie z czterema dziewczynami. Były to Madzia Wiszniewska, Danka Deflerówna, Zenka Kur i Mirka Zaleska. Była to tzw. paczka. Ale taką serdeczną przyjaciółką od serca była Madzia – na zdjęciu z rodzicami. Mieszkali oni pod szóstką w najnowszym domu Nadaja. Byłyśmy jak siostry syjamskie. Jednak chodziłam do niej tylko wtedy, gdy jej ojca nie było w domu. Ojciec Madzi pracował w DOKP w Warszawie i do domu wracał dopiero późnym popołudniem, co dla nas było bardzo wygodne. Rodzice Madzi byli bardzo wymagający pod względem nauki. Z miłości do niej poświęcałam się (bo nie przepadałam za panem Wiszniewskim) i razem odrabiałyśmy lekcje. Może dzięki temu przechodziłam z klasy do klasy, nawet z niezłymi ocenami. Moja niechęć do spotkań z ojcem Madzi wypływała stąd, że zadawał mi zbyt wiele pytań, na które nie zawsze potrafiłam odpowiedzieć. Na przykład:

– Halinko, twój tata był Niemcem, mama jest Rosjanką, to powiedz mi, kim ty jesteś?

– Ja jestem Polką!

– No, ale przecież twoi rodzice nie byli Polakami…

– Ale ja się urodziłam w Polsce!

– A jak będzie wojna, to za kim będziesz?

– Oczywiście, że za Polakami!

I tak dalej, i tak dalej, do znudzenia. Wreszcie wkraczała do pokoju wezwana przez Madzię mama z powiedzeniem:

– Stefek, daj dziecku spokój – i kończyło się odpytywanie.

Na pewno nie robił tego złośliwie, po prostu bawiło go moje zakłopotanie.

Co do nauki, to traktowałam ją jako zło konieczne. Nie miałam wygórowanych ambicji, aby być prymuską. Zresztą prymusów nie lubiliśmy, więc po co się wysilać? Mama, zapracowana, zainteresowanie moją nauką ograniczała do pytania:

– Lekcje odrobiłaś?

Odpowiedź zawsze ta sama:

– Odrobiłam! To ja lecę.

Tylko raz zależało mi bardzo na uznaniu pani od polskiego i na tym, by wybrała mnie do recytacji wiersza na akademii ku czci święta narodowego 11 listopada. Wiersz wykułam na blachę! Na próbach wypadłam najlepiej, ale jak można pozwolić pół Rosjance, pół Niemce, do tego „kacapce”, deklamować wiersz o wyzwoleniu Polski spod ucisku właśnie tych narodów!

Pani od polskiego miała nie lada problem! Problem ten rozwiązał dyrektor szkoły p. Rostkowski, który uznał, że skoro umiem go lepiej od innych, tj. rdzennych Polaków i Polek z IIIa, to niech oni się wstydzą, że mniejszość narodowa wygłosi ten wiersz. Dzięki salomonowej decyzji dyrektora, w dniu 11 listopada 1938 roku, wystrojona w obowiązujący w naszej szkole mundurek z marynarskim kołnierzem, stanęłam na scenie i wyrecytowałam wiersz, który zapamiętałam na całe życie:

Miała Polska biedę z sąsiadami trzema,
Zabrali Jej ziemię krzycząc: Nie ma Polski, nie ma!
A nasz biedny „Dziadek” jeno ściskał pięści,
Jeno czekał takiej chwili, gdy mu się poszczęści.
Aż tu huk armatni wstrząsnął całym krajem,
Co to, wojna? Źli sąsiedzi pobili się wzajem.
Zrywa się nasz „Dziadek” za Polskę wojować,
Będzie Polska, Komendancie, tylko nas poprowadź!
I my wojowali w głodzie, w poniewierce,
Bośmy Polsce dali całe nasze serce,
Żołnie…nie…rskie…mooo…giiii…ły drogę naaaam znaa…czyły,
Bo, bo, bośmy Polsce dali wszy… st… kie nasze siły.

Tu, rozbeczałam się na całego, autentyczne łzy lały mi się po twarzy. Kiedy spojrzałam na salę, zobaczyłam, że tam wszyscy chusteczki trzymają przy nosach, dyskretnie wycierając oczy, więc aby ich pocieszyć ciągnęłam dalej śmiało!

Aż wzbiła godzina, wygranej przyszedł dzień,
Wymarzony od dziada pradziada
Nasza Polska zrzuciła kajdany,
W ten dzień 11 listopada!!!

Zerwała się burza oklasków!

– Brawo, brawo…

To było moje pięć minut w szkole powszechnej w Wołominie!

Irena ukończyła szkołę powszechną w czerwcu 1936 roku. A we wrześniu rozpoczęła naukę w średniej szkole w Warszawie przy ul. Białostockiej. Irena też miała swoje ważne chwile związane z rocznicą 11 listopada, nawet wcześniej niż ja, bo w roku 1936. Jej klasa została zaproszona na salony Zamku Królewskiego w Warszawie, a tam pan Prezydent Ignacy Mościcki wraz z małżonką powitał młodzież i życzył jej sukcesów w zdobywaniu wiedzy.

Niestety, po roku zmuszona była przerwać naukę, ponieważ mamy nie było stać na opłacanie czesnego. Z pomocą przyszła chrzestna matka Ireny, Zinaida Artecka (mieszkała w Warszawie przy ul. Stalowej), która zabrała ją do siebie. Rano Irena chodziła do Szkoły Kroju i Szycia pani Glinojeckiej, za którą czesne płaciła pani Artecka, a wieczorem uczęszczała do Wieczorowej Szkoły Handlowej. Ukończenie tej szkoły uniemożliwił jej wybuch II wojny światowej.

Ale zanim to się stało, Irena poznała w Warszawie pewnego mężczyznę. Nazywał się Władysław Wielemborek, mieszkał we Włochach i co niedziela przyjeżdżał w konkury. Mama uważała, że powinni mieć przyzwoitkę i w związku z tym niewinnie pytała:

– Idziecie na spacer? Weźcie ze sobą Halinkę!

Wiadomo dlaczego… Byłam wściekła, miałam własne sprawy do załatwienia, a musiałam wlec się za nimi jak koci ogon. Ale Władzio nie w ciemię bity, dawał mi na lody, pod warunkiem, że o określonej godzinie będę czekać na nich w cukierni u Gajewskiej.

– Dobra – może być.

I było tak do czasu… No tak, żeby zrozumieć moją tragedię (miałam już 10 lat!) muszę co nieco napisać o miejscu, gdzie wówczas mieszkaliśmy, czyli o domu na Chopina.

W czasach przedwojennych Wołomin nie był miastem skanalizowanym. Każdy dom miał szereg wychodków, w zależności od liczby lokatorów. I wcale to nie znaczy, że każdy lokator miał własne wc zamykane na klucz. Wszystkie klopy były wspólne, a obowiązek sprzątania należał do gospodarza.

U Nadaja takich wygódek było z piętnaście. Zakładając, że na każdy przypadało tylko 80 centymetrów, to długość szamba wynosiła ponad 12 metrów! Kibel zbudowany był tak, że z długiego ciemnego korytarza wchodziło się do kabin, zamykanych na haczyk. Dzieciarnia bała się chodzić do kabin. Otwory były dość duże i taki mały bąk mógł nagle znaleźć się w szambie, a wtedy nie było ratunku. Nie wspomnę o fetorze, jaki się tam unosił, gdyż małolaty, bawiące się na podwórku, załatwiały swoje potrzeby bezpośrednio na podłogę w korytarzu. Istniała zatem również obawa poślizgu.

Dlatego każdy zaopatrywał się w wiadro z odpowiednią pokrywą, podobną do dzisiejszego sedesu, załatwiał sprawę fizjologiczną w domu, a potem wynosił do szamba. Było to o wiele bezpieczniejsze i wygodniejsze, dlatego często korzystałam z tego udogodnienia.

Owego feralnego dnia (zupełnie zapomniałam, że to niedziela) siedzę sobie na tym wiaderku, potrzebę załatwiłam już dawno, ale nie chce mi się wstawać, siedzę sobie, myślę o niebieskich migdałach i śpiewam mamine rosyjskie piosenki, czas leci – jest fajnie! Nagle, pukanie do drzwi…

– Boże… kto to?

Drzwi się otwierają i wchodzi pan Władysław! Ja zdrętwiałam! On zdębiał! Wyjąkał:

– Och, przepraszam!

I poszedł do pokoju. Ja zrywam się z wiaderka, naciągam majtki, łapię wiadro i w nogi! Wróciłam do domu, kiedy byłam już pewna, że pojechał sobie do domu. Szkoda mi było trochę tych lodów, ale zapowiedziałam mamie, że już nigdy z nimi nie pójdę.

Biedak, zginął w obronie Warszawy w 1939 roku.

Julek skończył powszechniaka w 1938 roku. Mój braciszek od szczeniaka lubił wszelkie majsterkowanie. Miał to chyba po ojcu. Szczególnie interesowała go elektrotechnika, a już w szczególności aparaty radiowe. Wiecznie konstruował jakieś urządzenia, przez które mogliśmy się porozumiewać od strychu do sadzawki. Warsztat ślusarski ojca zawalony był wtedy częściami starych aparatów radiowych, wyrzucanych przez sąsiadów na śmietnik. Marzył o szkole elektrotechnicznej. Ponieważ marzenie to nie mogło zostać spełnione ze względów finansowych, Julek został uczniem u rzemieślnika – elektrotechnika Mikuczańca. Mama liczyła chyba na to, że przez ten rok zdoła zebrać fundusze na naukę Julka – swojego ulubieńca. A może uważała tak jak jej ojciec, że chłopcy muszą zdobyć zawód, aby utrzymać w przyszłości rodzinę? Niestety – wojna unicestwiła wszystkie plany.

 405 odsłon,  2 odsłon dzisiaj

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.