Żandarm Stein zabił trzy żydówki na moich oczach – wspomina pan Aleksander Karolak z Jarzębiej Łąki. W rozmowie z Marcinem Ołdakiem dziewięćdziesięciotrzylatek opowiada o czasach przedwojennych i gorzkich chwilach okupacji niemieckiej spędzonej w Mokrej Wsi.
Marcin Ołdak: Niech Pan opowie o swoim dzieciństwie
Aleksander Karolak: Urodziłem się w 1928 roku w Wołominie. Ojciec pochodził ze Strachówki a matka, z domu Urynowicz z Mokrej Wsi. Kiedy miałem siedem lat sprowadziliśmy się do Mokrej Wsi, do dziadka. Tu poszedłem do szkoły. Pamiętam, że pewnego dnia nauczycielka weszła do klasy w ponurym nastroju. Uciszyła nas i powiedziała: „Dzieci, ciszej. Dziadek zmarł.” Po czym przepasała czarną wstęgą wiszący w klasie portret Józefa Piłsudskiego.
Jak wyglądała szkoła w Mokrej Wsi przed wojną?
Dzieci nie mieściły się w jednej szkole. Pierwsza, drewniana stała tu gdzie obecna szkoła. Przeznaczona była dla uczniów z klasy trzeciej i czwartej. Druga, także drewniana znajdowała się po prawej stronie stawów. Chodzili do niej pierwszo i drugoklasiści. Oba budynki miały po dwa pomieszczenia.
Kto był nauczycielem?
Kierownikiem był Lejsza, mieszkał gdzieś na wsi. Były też nauczycielki, Kubikowa i Kleniewska. Obie z Tłuszcza.
Jak Mokra Wieś wyglądała w tamtym czasie?
Cała wieś była drewniana, chałupy miały po dwa mieszkania. Po przejściu frontu ludzie jeździli do lasu, tak zwanej Zamojszczyzny i wycinali drzewa na budulec. We wsi pojawiły się większe, ale wciąż drewniane budynki. Wioska została odbudowana. Wcześniej, kiedy przechodził front rozgrywały się straszne sceny. Strach było wychylić nos z bezpiecznego miejsca. Nocą na niebie wszędzie rozbłyskały łuny, paliły się okoliczne wioski, paliła się Mokra Wieś.
Pamięta pan dwór w Mokrej Wsi i jego ostatniego właściciela, Wesołowskiego?
Taak, był to gruby, wesoły człowiek. Często go woziłem. Dawał mi dwadzieścia groszy i kazał się wieść w gości. Przeważnie jeździł za tory, do Palesy. Jego gospodarstwo było duże. A dwór, prawdziwy pałac był murowanym budynkiem z wieloma pomieszczeniami. Wesołowski sprzedał majątek jeszcze przed reformą rolną, ale korzyści z tego nie miał. Został okradziony jeszcze tej samej nocy w której doszło do transakcji. Znałem też mieszkające we dworze dwie siostry Molińskie. Jedna blondynka, druga szatynka. Podczas okupacji strasznie biedowały. Matka chodziła im podpalać w piecu. Zbieraliśmy im też drzewo a one płaciły nam po parę groszy. Ich kuzyn, wspomniany ostatni dziedzic – Wesołowski miał żonę. Nie doczekali się dzieci. Ona jeszcze w czasie wojny związała się z niejakim Gilem, Niemcem z Warszawy i z nim wyjechała. On z kolei po wojnie udał się na ziemie odzyskane, gdzie objął jakieś gospodarstwo. Tam zmarł. Pamiętam że on to był dobry człowiek, ale ona… kiedy w Jadowie były targi, wychodziła na drogę i zabierała idącym na rynek chłopom co tylko jej się podobało. Współpracowała z Niemcami. Chłopi nie mieli nic dogadania.

Wiem, że szczególny postrach wśród mieszkańców naszej okolicy wzbudzał jeden z niemieckich żandarmów stacjonujących w Tłuszczu, niejaki Stein. Jak było w Mokrej Wsi?
Widziałem go często. Pobliskie Kiciny były miejscowością z której wysiedlono wielu Polaków zastępując ich Niemcami. Ja mieszkałem po prawej stronie przy skręcie do Obrębu. A oni, żandarmi często tamtędy przejeżdżali. Bryczką albo rowerami. Stein był bardzo złym człowiekiem. Kiedyś do mnie strzelał, ale nie trafił.
Strzelał? Do nastoletniego chłopaka? Dlaczego?
Niemcy przejeżdżali przez Mokrą Wieś kilka razy w tygodniu w drodze do Jadowa. Jak któryś krzyknął że jadą, to wieś się wyludniała. Nikogo nie było ani na drodze ani w obejściu. Miałem wtedy dwanaście lat. Był marzec. Poszliśmy we trzech do lasu na drzewo. Zbieraliśmy z kolegami suche patyki na opał. Jeden z naszej trójki wszedł wysoko na tor kolejowy. Zauważył, że od Szewnicy jadą rowerami Niemcy: Stein, Gucio i Shefeld. No i zaczęliśmy przed nimi uciekać. Przeskoczyliśmy przez kanał i wpadliśmy do rowu, gdzie się schowaliśmy. Leżeliśmy w zimnej wodzie. Niemcy zaczęli strzelać. Stali w pewnym oddaleniu. Kule latały nam nad głowami, rozrywały piach w burcie. Leżeliśmy w wodzie kolejne minuty. Na szczęście Niemcy odjechali. Jezu kochany, jaki to strach był.
W bezpośrednim sąsiedztwie tego miejsca o którym Pan opowiada przeprowadzono kilka zamachów na Steina.
Pamiętam, słyszałem o nich. Raz, jak Niemcy jechali pancerką doszło do zamachu w lasku tuż za Tłuszczem. Poszły serie z karabinu maszynowego. Jednemu przypadkowemu facetowi, który szedł wzdłuż torów, seria ścięła głowę. Widziałem jego zmasakrowane ciało. A to dopiero początek okropności jakie pamiętam.
Zamieniam się w słuch.
Stein zabił trzy żydówki na moich oczach. To było w styczniu, chyba 1942 lub 1943 roku. Przybłąkały się biedne do Mokrej Wsi. Panował przeraźliwy mróz, ale ludzie bali się je przyjąć w obawie o swoje rodziny. Ktoś zameldował na żandarmerię. Przyjechali. To działo się blisko dworu, rosły tam charakterystyczne kasztany. Stein poprowadził je wzdłuż drogi i zastrzelił wszystkie. Ale przedtem żydówki prosiły o życie. Całowały go po nogach. Ukradkiem obserwowaliśmy z kolegami tę scenę. Później żandarmi nakazali sołtysowi zakopać ciała. Pochowano je przy drodze, która teraz prowadzi na stację kolejową. Ziemia była zmarznięta. Dół płytki i słabo przysypany. Wiosną, kiedy przyszły roztopy widać było koszmarny widok. Rękę wystającą z ziemi. Ludzie bali się tamtędy chodzić. Straszny widok. Ich kości do dziś tam spoczywają.
Ma pan inne wspomnienia dotyczące Żydów?
Żandarmi codziennie pędzili Żydów na roboty do dziedzica Wesołowskiego. Jeden z Żydów nazywał się Era. Bardzo porządny facet. Szewc. Pani Erowa kolegowała się z moją matką. Pamiętam, że gdy Niemcy ich gnali, kazali im śpiewać następujące słowa: „Ten nasz Śmigły-Rydz nie nauczył nas nic a Hitler złoty nauczy nas roboty.” Gdy któryś ze schorowanych Żydów się ociągał i szedł z tyłu, to Niemiec zaraz go zastrzelił.
W Mokrej Wsi były właściwie dwa dwory, jeden z miejscu o którym rozmawialiśmy a drugi na południe od torów. To tak zwany Ksawerów, własność Rozmierskich. Pamięta pan tą rodzinę?
Pan Rozmierski to był porządny człowiek. Mój ojciec znał go dobrze. Jak był przednówek i nie było co jeść, to chodził do Ksawerowa i pan Rozmierski zawsze dał mu ziemniaków, żyta na chleb. I nie chciał pieniędzy. Rozmierski miał dużo lasu. Chodziliśmy tam z kolegami na grzyby, jagody a pewnego razu poszliśmy zbierać suche drzewo. Patrzeć, idzie Rozmierski. Idzie, podpierając się laseczką i zmierza w naszą stronę. Wytłumaczył nam które wiązki możemy zbierać a które nie. Bardzo porządny człowiek.
Mówiono, że jego kuzynem był doktor Wiśniewski z Jadowa.
Tak, również słyszałem o tej rodzinie wiele dobrego. Tym większa szkoda, że po wojnie zostali zmuszeni do sprzedaży majątku.
A jaki był stosunek mieszkańców Mokrej Wsi do żołnierzy radzieckich? Czy zachowywali się oni w porządku wobec ludności cywilnej?
Nie. Straszne z nich były złodzieje. Na Przykorach jak weszli do jednego, to jak wpadli na podwórze, to rozpalili ogień i usmażyli na rożnie kradzioną świnię i małe świniaczki. Mało tego, Gospodarz miał długie buty, to mu je oberżnęli i zabrali. Brudne złodzieje były z Ruskich. Niemcy byli nam wrodzy ale nic u nikomu nie zginęło jak weszli. I chodzili czyści.
Pamięta pan ich wejście w 1939 roku?
Pamiętam. Latem 1939 roku była taka susza, że w Mokrej Wsi wyschły nawet stawy. Niemcy pogłębiali studnie żeby się móc umyć. Po wrześniu 1939 przyszła dla naszej rodziny straszna bieda. Było nas kilkoro rodzeństwa. Mama oddawała mnie na służbę. Cztery lata spędziłem u różnych gospodarzy. Pasałem krowy w sezonie od kwietnia do listopada. Pracowałem u Tyczyńskich na Przykorach, u Kuby w Nowinach i w Chrzęsnem. Tęskniłem za domem. To była ciężka praca, nie można było próżnować. Jak byłem na służbie, każdego ranka parowałem kartofle dla świń. Pewnego dnia, jak zwykle nasypałem plew i siekałem bulwy w korycie. Patrzę, do szopy wchodzi zarośnięty mężczyzna. Wyglądał źle, był obdarty. Nogi szmatami pookręcane. Odsunąłem się od koryta i przycisnąłem do ściany ze strachu. Miałem 13, 14 lat. On, podszedł do kartofli i powoli nakładł je po kieszeniach. Potem odszedł. Obaj milczeliśmy. To zapewne był Żyd. Może udało mu się uciec z pociągu na Treblinkę.
Wspomnień z czasów okupacji ma pan naprawdę wiele…
Pewnego dnia do sołtysa przyszło pismo z rozkazem wyznaczenia pewnej ilości młodych chłopaków na roboty przymusowe do Niemiec. Wyznaczony został między innymi mój starszy o rok brat. Musiał stawić się przed komisją. Tymczasem kilka dni wcześniej zwichnąłem sobie nogę w kolanie. Matka wykorzystała ten fakt. Na komisję poszedłem ja. Pojechaliśmy do Tłuszcza do starej szkoły. Tam, pełno młodych chłopców i brzuchaci Niemcy z komisji za stołem. Strach było na nich spojrzeć. Kiedy zobaczyli że kuleję, poszwargotali miedzy sobą i mówią „Matka, rust na hause”. Ucieszyliśmy się bardzo. W ten sposób uratowałem brata. Ale trafiali się też i przyzwoici Niemcy. Chyba w 1942 roku przy szkole w Mokrej Wsi stanął sztab. Chodziłem dookoła budynku i zbierałem pety, jakie wyrzucili palący żołnierze. Nagle wyszedł jeden z Niemców, a ja zamarłem. Zawołał mnie i zapytał po co zbieram te pety. Wytłumaczyłem, że zbieram bo kupuje potem gilzy w sklepie, wydłubuję, nabijam i sprzedaje chłopom, by mieć na chleb. Niemiec pokiwał głową i kazał mi poczekać. Poszedł do baraku, wrócił po kilku minutach z pajdą chleba nasmarowaną masłem i przykrytą żółtym serem. Masz – powiedział – i nie zbieraj już tego – wskazując na pety. Pamiętam to do dzisiaj.
Czy podczas okupacyjnej codzienności mieszkańcom zagrażali tylko wrodzy żołnierze i żandarmi?
Nie tylko. Grasowały liczne bandy, często podszywające się pod partyzantkę, ale z partyzantką nie mieli nic wspólnego. Przychodzili nocą, rabowali.. Pewnego dnia przyszli do gospodarza Milczarka. Naładowali na wóz zboża, dwie świnie i rozkazali Milczarkowi odwieźć siebie w kierunku Kicin. Rano do gospodarstwa wrócił już tylko koń. Pan Milczarek został zastrzelony. Mój Boże, jakie to były straszliwe bandy… i przed wojną i po wojnie… Na Przykorach byli bracia T., znani złodzieje. Niemcy przyjechali zrobić im rewizję. Odnaleźli zrabowane towary. Dwa czubate wozy różnych dóbr. Niemcy ich pozabijali.
Od kiedy mieszka pan w Jarzębiej Łące?
Od ślubu w 1953 roku. Przez te wszystkie lata Jarzębia Łąka zmieniła się znacząco. Dziś jestem tu najstarszym mieszkańcem. Wszyscy już poumierali. Zmarli też moi bracia. Żyje jeszcze siostra.
Życzę zatem drogi Panie Aleksandrze nie tylko stulecia ale i dwustu lat w zdrowiu i szczęściu.
goniec tłuszczański
nr 09/2021 (58)
24 września 2021