
W okresie międzywojennym Wołomin nie posiadał ani jednej szkoły średniej. Młodzież po ukończeniu szkoły powszechnej kontynuowała swą naukę w średnich szkołach zawodowych lub gimnazjalnych w Warszawie. Zresztą procent tej młodzieży był znikomy. W okresie okupacji hitlerowskiej rzadko już ktoś odważył się na kontynuację nauki w Warszawie, tym bardziej, że gimnazja zostały zamknięte w ogóle lub zamienione na różne typy szkół przysposobienia zawodowego. Zostało tylko tajne nauczanie, które chociaż szeroką siecią objęło Warszawę, to jednak było niedostępne dla młodzieży spoza stolicy. Dojazdy stawały się coraz ryzykowniejsze wobec systematycznych łapanek po dworcach i kolejach. Zresztą liczbę pociągów zredukowano do takiego minimum, że uczeń wyjeżdżał do szkoły wczesnym rankiem, wracał nocą. Jedynie ci, którzy byli w stanie się wylegitymować w razie rewizji odpowiednim dokumentem pracy, albo za wszelką cenę nie chcieli przerwać nauki i zdobyć maturę, odważali się na dojazdy do Warszawy. Każdy dzień nauki połączony był jednak z ogromnym ryzykiem.
W okresie okupacji otwarto w Wołominie średnią szkołę handlową, która pod stale zmienianymi, z rozkazu niemieckich władz, szyldami i profilem mogła skupić garść młodzieży spragnionej nauki. Znaczna jednak część szukała innej drogi do wiedzy. Z konieczności okrojony program nauczania, z usunięciem głównych przedmiotów humanistycznych w legalnych szkołach zawodowych i średnich, nie pociągał uczniów, którzy wbrew tragicznej sytuacji okupacyjnej pragnęli wiedzy głębokiej, prawdziwej. Młodzież gromadziła się w kilku- lub kilkunastoosobowe grupy i kontynuowała naukę w zakresie gimnazjum i liceum. Należało jednak znaleźć odpowiednio bezpieczny lokal, nauczycieli, zdobyć pewną liczbę podręczników, których przecież w okresie okupacji nie drukowano. Już na jesieni 1939 r. gdy tylko rozpoczęła się tragedia okupacji, zgłosiły się do mnie, siedemnastoletniej wówczas absolwentki gimnazjum, dwie dziewczynki, które w czerwcu ukończyły szkołę powszechną. Były to: Ala Stańczakowska i Basia Niepostyn. Wszyscy byliśmy wówczas święcie przekonani, że okupacja jest tylko krótką, przejściową fazą wojenną, a wiosna przyniesie z sobą wyzwolenie. Nikt ściślej określić tego zmartwychwstania nie był w stanie, każdy uważał jednak, że wszystkie kraje Zachodu ruszą na odsiecz. Z tego to powodu i młodzież i ich rodzice sądzili, że naukę trzeba kontynuować, by nie stracić roku i złożyć egzamin do drugiej klasy w wolnej Polsce 1940 r.
Porozumiałam się wówczas z dyrektorem gimnazjum im. Zofii Łabusiewicz-Majewskiej w Warszawie, Władysławem Majewskim i otrzymałam od niego cenne wskazówki odnośnie do programu nauczania w I klasie gimnazjalnej. On również był pełen nadziei, że wiosną sytuacja ulegnie radykalnej zmianie i nauka potoczy się normalnym trybem. Dostarczył mi podstawowe podręczniki, udzielał rad, a nawet przeprowadził egzamin- sprawdzian z pierwszego etapu nauki. Wynik był nadspodziewanie pomyślny, uwierzyłam we własne siły i kontynuację nauki podjęłam z jeszcze większym zapałem.
Nadszedł rok 1940, a twarda rzeczywistość nakazała dalej walczyć i uczyć się w ukryciu. Rozpoczął się na szeroką skalę proces wysiedlania Polaków z Pomorza i Wielkopolski na teren GG. Duża fala wysiedlonych znalazła się w Wołominie. Dzieci tych nieszczęśliwych rodzin, nie mających ani dachu nad głową, ani środków do życia znalazły się w jeszcze gorszych warunkach, niż dzieci stałych mieszkańców Wołomina. Ale pęd do wiedzy był ogromny.
Komitet Opieki nad Wysiedlonymi zapewnił biednym rodzinom skromne warunki egzystencji, udzielał zapomóg materialnych, a dzieci skierował do mnie, gdyż tajna szkółka na facjatce drewnianego domku stała się już publiczną tajemnicą Wołomina.
Nie mogłam uczyć bezinteresownie wszystkich chętnych, gdyż i moja sytuacja materialna była trudna. Konieczność utrzymania rodziny przy życiu nie pozwalała na całkowitą bezinteresowność z mojej strony, tym bardziej, że kilkoro uczniów pochodziło ze wsi, np. Janek Kielak, Stach Ludwiniak i ich sytuacja materialna, jak na owe czasy była niezła. Ambitna trójka Urbaniaków sama starała się utrzymać na powierzchni: robili swetry na drutach, skarpetki i rękawiczki, produkowali pastę do podłóg i butów, w razie potrzeby pracowali w ogródkach prywatnych, za naukę jednak płacili, chociażby sumę symboliczną. Wśród pierwszej grupy uczniów, którzy przez kilka lat uczęszczali na komplety gimnazjalne, byli: Alicja Stańczak, Barbara Niepostyn, Jadwiga Ślubowska, Witold Ciosłowski, Jadwiga Janowska, Wiktoria Szatkowska, Alina Chechłowska, Hanna Wendel, Barbara Drożdż, Danuta Fogel, Daniela Kubasiewicz, Anna Kowalewska, Zofia Młodzianowska, Stanisław Kielak, Aniela Urbanek. Z młodszego rocznika doszli: Sławomir Bohusz, Hanna i Wiesław Ślubowscy, Leonard i Roman Urbanowie, Jan Ludwinak, Jerzy Wypych, Jan Mierzejewski, Teresa Zamojska, Maria Borowska, Apolonia Getka, Janek Kopeć i Teresa Kopeć, Barbara Burakowska, Jadwiga i Danuta Stefańskie, Maria Janowska, Mieczysław Klimas, Przemysław Ciosłowski, Ryszard pszczółkowki, Jerzy Stańczak, Jan Humanicki, Barbara Kowalewska, Bogusława Harberko, Alina Kosińska, Helena Repin, Maria Wilkosz,Teresa i Mirosław Skrodzcy, Jan Drożdz.
W latach 1942, 1943, 1944, małe, prywatne mieszkanko na pierwszym piętrze drewnianego domku przy ulicy Lipińskiej 46 przekształciło się w prywatną szkołę. Nauka trwała od godziny 7 rano do 8-9 wieczorem. Najstarsza grupa, klasa trzecia, przychodziła najwcześniej i uczyła się najdłużej. Zgodnie z instrukcją Tajnej Organizacji Nauczycielskiej obok mnie, kierowniczki kompletów, pracowali: Stanisława Balonowa, która wykładała biologię i geografię, Maria Łobocka, nauczycielka rosyjskiego i niemieckiego oraz ksiądz Bronisław Piusiński, który uczył religii i łaciny. Niedziela nie była bynajmniej dniem wolnym od zajęć. W dniach wiosennych czy ciepłych jesiennych młodzież zbierała się wśród gęstych krzewów i drzew w ogrodzie i tu wspólnie czytano książki przewidziane w lekturze.
Jakże poważnie młodzież podchodziła do spraw nauki. Nie było żadnego lekceważenia przedmiotu, nie szukało się spłycenia tematu czy zagadnienia, z uporem wkuwano zwroty łacińskie i całe partie „Pana Tadeusza”, które wtedy były naprawdę świętością narodową i zakazanym owocem. Szlachetna rywalizacja o wyniki nauczania uwydatniała i rozwijała w tej młodzieży najpiękniejsze jej cechy ideały: koleżeńskość, solidarność, patriotyzm. Młodzież dla bezpieczeństwa przychodziła na lekcje bez książek, podręczniki trzymano w domu, a jeden komplet był do dyspozycji wszystkich w naszej „szkole”. Przynoszono tylko luźne kartki z odrobionymi zadaniami, a ważniejsze ćwiczenia pisemne zostawały ukryte na stryszku w specjalnej skrytce. Była to ważna dokumentacja naszej pracy, bo o dzienniku zajęć nie było przecież mowy. Nie istniała również sporządzona lista uczniów, tego rodzaju wykazy byłyby niebezpieczne zarówno dla mnie jak i dla młodzieży.
Komplety moje, nazywam je „moje”, bo mimo tragicznych lat stanowiły dla mnie istotny cel życia, wskazywały najlepszą drogę jaką mogłam w tym czasie kroczyć zgodnie z sumieniem i możliwościami przetrwały próbę czasu. Nawet wówczas, gdy Wołomin znalazł się na linii frontu, a potężne działa kolejowe obrzucały miasto gradem pocisków, skuleni uczniowie z ukrytymi zeszytami na piersiach przybiegali na ulicę Lipińską i pytali, jak należy przetłumaczyć w pewnym miejscu Cezara czy rozwiązać zadanie algebraiczne. Najodważniejszymi okazali się Urbanowie, którzy i mnie podtrzymywali na duchu swym dialektycznym rozumowaniem o celności pocisku artyleryjskiego, jego sile wybuchu. To były wspaniałe dzieci!
Nasze komplety działały przy znacznej pomocy szkoły podstawowej nr 1 w Wołominie, skąd przydzielono nam tablicę, kilka podstawowych map, nieco książek do lektury. Egzaminy promocyjne odbywały się jednak pod patronatem gimnazjów w Warszawie. W pierwszych dwóch latach uczniowie zdawali egzaminy w obecności nauczycieli z gimnazjum Władysława IV i Z. Łabusiewicz-Majewskiej i uzyskiwali promocję do klasy starszej. Naukę kontynuowali dalej w Wołominie. W latach późniejszych, gdy niebezpiecznie było całe niemal klasy wieźć do Warszawy, sytuacja uległa odwróceniu. Nauczyciele przyjeżdżali do Wołomina. Droga nie była łatwa. Pamiętam, że raz przedostali się drogą okrężną przez Strugę, a resztę podróży odbyli pieszo. Nocowali u rodziców poszczególnych uczniów, poznawali lepiej warunki życia i pracy młodzieży. Nauczyciele z narażeniem własnego życia dokonywali egzaminów, trwających trzy dni, poprawiali prace pisemne i sporządzali protokoły egzaminacyjne. Byli to: dyrektor Władysław Majewski i profesorowie: Zofia Czajowa, Zofia Czyżykowska i Helena Sikorska.
W czasie okupacji kilkakrotnie odbywały się kontrole mojej pracy z uczniami. Przybywał wówczas przedstawiciel tajnego Kuratorium i siedząc w pokoju sąsiednim słyszał tok lekcji, odpowiedzi uczniów, oceniał pracę zarówno moją jak i moich kolegów. Nazwisko jego ujawniono dopiero po wojnie: Józef Czerniakowski. Młodzież o tego typu wizytacjach nie wiedziała.
Młodzież chociaż wiele godzin poświęcała nauce, musiała również w wielu wypadkach pracować. Niektórzy przywozili ze wsi żywność, handlowali, inni zatrudnieni dorywczo w różnych zakładach naprawczych, przy remoncie mieszkań, a szczególnie ich odnawianiu itp.
Wszystkich jednak nade wszystko ciekawiła bieżąca sytuacja polityczna. Niemal co dzień, obok kartek z zeszytu z odrobioną lekcją, przynosili małe ulotki z tajnej prasy, ostatnie wiadomości zasłyszane w ukrytym radiu. Z dziwną niefrasobliwością, charakterystyczną dla młodego wieku, przechodzili obok patroli niemieckich, przenosili tajną prasę, a często i broń. Aczkolwiek nie brali, według mej obserwacji, czynnego udziału w żadnej akcji zbrojnej, to jednak pośrednio w wielu byli zaangażowani ryzykując swym młodym życiem. Ala Kosińska zginęła jako łączniczka AK w Tłuszczu. Reszta szczęśliwie ocalała.
Ze znaczną pomocą przyszedł w drugim okresie okupacji burmistrz Wołomina, Piotr Drożdż. Dwoje jego dzieci uczęszczało na lekcje. Widząc, że nie posiadam żadnego dowodu pracy, który by w razie aresztowania lub łapanki mógł mnie chronić, wyrobił mi fałszywą kenkartę. On również ułatwiał nabycie tak cennego wtedy węgla czy nafty. Starsza córka Barbara była wybitnie zdolna, oczytana, odznaczała się wyjątkową pamięcią. Gdy w 1944 r. przenosiła się z rodzicami do Warszawy i składała egzamin do klasy trzeciej – nauczyciele przesunęli ją do klasy czwartej, gdyż poziomem wiedzy przewyższała wszystkich zdających. Była to i dla mnie największa nagroda, tym bardziej że i pozostali uczniowie, którzy po zakończonych działaniach kontynuowali naukę w gimnazjach, uzyskiwali bardzo dobre oceny.
Gdy otwarto po wyzwoleniu Wołomina pierwsze gimnazjum na terenie naszego powiatu, zaledwie kilkoro dzieci z klasy pierwszej zapisało się do niego. Reszta do końca roku szkolnego 1945 kończyła naukę na kompletach.
17 maja 1945 r. Komisja Weryfikacyjna przy Inspektoracie Szkolnym w Radzyminie, działająca na zasadzie zarządzenia Kuratorium Okręgu Szkolnego Warszawskiego, po rozpatrzeniu dokumentów z tajnych kompletów gimnazjalnych postanowiła wszystkim uczniom wydać zaświadczenia szkolne, zaopatrzone okrągłą pieczęcią i podpisami członków Komisji Weryfikacyjnej. Wówczas dopiero uważałam akcję tajnego nauczania za ukończoną. Część uczniów opuściła Wołomin, wracając do rodzinnych domów w Wielkopolsce oraz na Pomorzu i tam na zasadzie egzaminu przeszła do starszych klas gimnazjalnych.
Jak potoczyło się życie byłych uczniów? Sześciu z nich – to lekarze i farmaceuci, dwaj – wyżsi wojskowi, jeden – muzyk, trzy uczennice – to nauczycielki, kilku zostało inżynierami, jeden – dyplomatą, dwoje – dziennikarzami, kilku technikami.