
Lublinerowie po aresztowaniu zostali przewiezieni na aleję Szucha 25. Rozdzielono ich dopiero na Pawiaku. Po rewizji osobistej, ostrzyżeniu i łaźni „Kuszel” znalazł się w celi kwarantanny. Trzeciego dnia po aresztowaniu, a pierwszego dnia kwarantanny, doręczono „Kuszlowi” paczkę, której nadawcą okazała się jakaś „Nuna”. I choć nazwisko było nieczytelne, to odbiorca domyślił się, że paczka była nadana przez żonę Stanisława Martensa, brata „Masława” . Zrobiono to za pośrednictwem – tak przeważnie przekazywano wszystkie przesyłki dla więźniów Pawiaka – XII komisariatu policji granatowej mieszczącego się przy ulicy Krochmalnej. Na święta wielkanocne „Kuszel” dostał dwie paczki od znajomych z patronatu więziennego, jak sam potem twierdził, takich świąt nie pamiętał od początku okupacji.
Podczas przesłuchania przy alei Szucha okazało się, że „Kuszel” został aresztowany na skutek donosu, w którym uznano go za dowódcę sił zbrojnych Armii Krajowej na prawym brzegu Wisły. W związku z tym, jego osobą zainteresowali się wyżsi oficerowie gestapo. W początkowym okresie przesłuchań nie stosowano wobec „Kuszla” przemocy fizycznej. Oficer śledczy w stopniu majora stwierdził, że osoba mieszkająca w domu naprzeciw oskarżonego zeznała, że często przychodzili do Lublinerów młodzi ludzie w różnych dniach tygodnia, przeważnie w niedziele i Święta. „Kuszel” tłumaczył, że w tym samym domu mieszka krawcowa i manikiurzystka, a także kilka młodych pań. Właśnie te osoby były odwiedzane najczęściej. To oświadczenie zostało, ku zdziwieniu „Kuszła”, ujęte w protokole przesłuchania. Po kilku dniach wyszło na jaw, że gestapo usiłuje w ten sposób skłonić aresztowanego do współpracy.

Łagodnych przesłuchań było co najmniej dziesięć. Pewnego dnia „Kuszel” po powrocie na Pawiak dowiedział się od dentystki, kto wydał go Niemcom. Miała to być kobieta – folksdojczka i agentka gestapo. Władze konspiracyjne za ten czyn skazały ją na śmierć. Wyrok wykonano, jednak wiadomość ta nie wpłynęła pocieszająco na „Kuszła”. Sprawa poszła w złym kierunku – tak sobie myślał – ponieważ rozstrzelanie tej kobiety tylko potwierdziło jego przynależność do organizacji. Następne przesłuchania zdawały się tylko potwierdzać jego domysły.
Tymczasem śledztwo przybrało już bardzo ostry charakter, „Kuszel” był torturowany i jedna myśl pomagała mu przetrwać te katusze, że gestapo tak naprawdę nie ma żadnych dowodów na jego przynależność do zbrojnego podziemia. Przesłuchującym był niezwykle brutalny oprawca. Zaraz po wezwaniu na przesłuchanie „Kuszel” dostał od niego cios w głowę, który zwalił go z nóg i omalże nie pozbawił przytomności. Potem otrzymał następne ciosy, aby zachował przytomność cucono go wodą. Chcąc zyskać na czasie, często udawał zemdlonego. W końcu oprawcy wywlekli go do celi. Kości miał całe, mógł poruszać rękami i nogami i wróciła całkowita świadomość, choć do końca nie był pewny, czy aby czasem niczego nie powiedział.
Wreszcie przyszła chwila powrotu na Pawiak. Gestapowcy wywoływali więźniów z otwartych cel, „Kuszel” usłyszał swoje nazwisko i powoli, zataczając się z bólu stanął w szeregu z innymi odwróconymi twarzami do ściany. Następnie po schodach, potem korytarzem na podwórze i tam czekał na nich samochód więzienny.
Któregoś dnia oprawcy zachowywali się z początku dość spokojnie. Przesłuchanie rozpoczęło się od pytania o przebieg pracy w organizacji, na co „Kuszel” odpowiedział „Nic nie wiem, do żadnej organizacji nie należałem” . Następne pytanie dotyczyło sposobu szkolenia wojskowego na co „Kuszel” odpowiedział, że brał udział w ćwiczeniach, ale przed wojną, jako oficer rezerwy. Na to stwierdzenie gestapowcy zareagowali dość gwałtownie i rozpoczęło się brutalne przesłuchanie, uderzenia bałem były dobrze wyważone, powolne – tak, aby więzień nie stracił przytomności. Po kilku minutach znęcania się nad „Kuszlem” nastąpiła przerwa. Wszedł ponownie przesłuchujący i zadawał nowe pytania. Ale rezultat był taki sam. Oprawcy powtarzali swój rytuał – bicie i przesłuchanie, i tak w kółko. W końcu „Kuszel” stracił przytomność. Odzyskał ją dopiero w celi.
Po kilku dniach przerwy w śledztwie wywołano go ponownie na przesłuchanie do katowni gestapowskiej przy al. Szucha. Fryzjer, który go strzygł dał mu ukradkiem pastylkę. Nie była to trucizna, tylko środek znieczulający, który należało zażyć tuż przed samym przesłuchaniem. Okazało się, że nie była ona potrzebna, gdyż tym razem to przesłuchanie różniło się od poprzednich. Gestapowiec zapytał „Kuszła”, skąd zna język rosyjski. „Kuszel” oznajmił, że ukończył w Moskwie średnią szkołę techniczną. Wtedy gestapowiec odpowiedział, że on też był w Moskwie przez dłuższy czas. Potem zadał pytanie, w którym wyraził swoje zdziwienie, że więzień jako młody oficer i patriota nie należy do żadnej organizacji, co jest bardzo wątpliwe. „Kuszel” domyślił się szybko podstępu, że nie biciem chce wymusić zeznania, tylko siłą argumentu. Musiał więc odpowiedzieć tak, aby nie budzić żadnych wątpliwości. Powiedział, że ludzie w Zielonce bardzo ciężko pracują i nie mają czasu ani chęci bawić się w konspirację. Poza tym to niewielka miejscowość, gdzie wszyscy się znają i byłoby rzeczą niemożliwą, aby taka przynależność długo utrzymała się w tajemnicy. Jednak taka odpowiedź nie przekonała przesłuchującego, który w dalszy ciągu starał się zadawać bardzo podchwytliwe pytania igrając z psychiką „Kuszla” . Pytał, a co by zrobił, gdyby taka organizacja istniała? „Kuszel” domyślił się intencji gestapowca i bardzo sprytnie sformułował odpowiedź, mówiąc, że jest żołnierzem i gdyby taka organizacja powołała go w swoje szeregi, niewątpliwie by do niej natychmiast przystąpił, ponieważ obowiązuje go przysięga żołnierska i byłby gotów nawet zginąć. Dodał jeszcze, że wcześniej czy później i tak na pewno zostanie rozstrzelany.
Wypowiedź „Kuszla” trochę zaskoczyła gestapowca. „Kuszel” nie wiedział wracając na Pawiak, że było to jego ostatnie przesłuchanie w katowni przy al. Szucha.
Wieści Podwarszawskie
2007 nr 38 (855 [właśc. 854])