Henryk Okińczyc "Bill"
W drugiej połowie lutego 1944 roku dowódca rejonu „Celków” kapitan „Bill” polecił szefowi Kadry Obywatelskiej rejonu „Wiktorowi” przygotowanie i przeprowadzenie akcji mającej na celu przejęcie wpłat kontrybucyjnych z kasy Urzędu Gminnego w Markach na rzecz Armii Krajowej. Akcję tę przygotowywano przez kilka dni. „Wiktor” dokonał najpierw oględzin budynku urzędu gminnego, który po zamachu lipcowym okratowano. Wzmogła też czujność granatowa policja, która miała tu swoją siedzibę. Pomysł ten trzeba było odłożyć na czas nieokreślony, ze względów bezpieczeństwa.
„Wiktor” uznał, że akcję trzeba przeprowadzić w biały dzień. Z wyznaczeniem daty trzeba było jednak poczekać do momentu, aż wpłynie do kasy gminnej całość wpłaty kontrybucyjnej. Wobec tego „Wiktor” dał rachmistrzowi Kazimierzowi Politowskiemu, który należał do organizacji, polecenie śledzenia wpłat i składania codziennych raportów o stanie gotówki w kasie. Do udziału w tej akcji zachęcono również chorążego Stanisława Wojcieszka „Sztama”, dowódcę plutonu AK w Zielonce. „Sztama” wyznaczył do niej „Żbika” i jeszcze jednego żołnierza swego plutonu. Dołączył do nich później „Wiktor”.
W kwietniu wpłaty kontrybucyjne sięgnęły prawie miliona złotych. Wobec tego nadszedł czas, aby wyznaczyć dzień i godzinę akcji. Rozpoczęli ją „Sztama” i „Żbik”, którzy weszli jako interesanci do pokoju, w którym urzędował wójt Jankowski, zaś „Wiktor” i żołnierz z plutonu „Sztamy” pozostali na dole budynku, stanowiąc ubezpieczenie. Gdy oznajmiono cel swoich odwiedzin wójtowi, Jankowski oświadczył, że większość pieniędzy jest przechowywana jako depozyt w Komunalnej Kasie Oszczędności w Warszawie. Obiecał jednak, że na pewno za tydzień gotówka będzie w gminnej kasie. Nie wierzono tak do końca tym słowom i kazano jednak otworzyć kasę pancerną. Okazało się, że wójt mówił prawdę.
Tydzień później AK-owcy pojawili się ponownie. Tym razem w akcji nie wziął udziału „Sztama”. Obawiał się, że zostanie rozpoznany przez Jankowskiego, który nie cieszył się zaufaniem. Pozostali weszli do pokoju zaraz po otwarciu urzędu. „Wiktor” ubezpieczał akcję w tym samym miejscu co poprzednio. Okazało się, że tym razem wójt dotrzymał słowa i miał w swoim pokoju pełną walizkę pieniędzy. Przystąpiono oczywiście do przeliczenia całej kwoty, w walizce było 750 tysięcy złotych. AK-owcy wystawili pokwitowanie i wyszli z pieniędzmi. Uczestnikom pozostało odwiezienie gotówki do Komendy Obwodu „Obroża” w Warszawie. I tym sposobem kontrybucja nałożona na mieszkańców Marek nie przyniosła korzyści okupantowi, zasiliła natomiast kasę polskiego ruchu oporu.
Jednym z członków sztabu rejonu „Celków” był porucznik, a następnie kapitan Wiktor Lubliner „Kuszel”, zamieszkały w Zielonce przy ulicy Lipowej 12. Był wielbicielem prozy Henryka Sienkiewicza, bo taki potem wybrał sobie pseudonim, był z zawodu inżynierem elektrykiem. Władał biegle językiem francuskim, angielskim i rosyjskim w mowie i piśmie. Z natury spokojny, rozważny nie zabierał głosu w sprawach, na których się nie znał. Do sztabu rejonu „Celków” został przydzielony w roku 1940. Rejon ten pokrywał się obszarowo z gminą Marki. Lubiner dowodził wtedy kompanią, której plutony były rozrzucone po całym rejonie. Jej organizacja została zakończona w 1941 roku. W roku następnym kompania „Kuszla” rozrosła się do wielkości batalionu, który otrzymał kryptonim „Balot” III D. Pod względem organizacyjnym batalion podlegał dowódcy rejonu „Celków” kapitanowi „Billowi”. Natomiast pod względem liniowym zwierzchnikiem „Kuszla” był dowódca rejonu „Dęby” w Rembertowie „Łukasz” (,,Profesor”).
Batalion III tworzyły trzy kompanie piechoty żołnierzy AK mieszkających w Zielonce, Ząbkach, Kobyłce i Ossowie – Turowie. Dowódcami kompanii byli (wspomniani poprzednio) następujący oficerowie: pierwszej porucznik Zdzisław Błachnio „Bicz”, nauczyciel Szkoły Powszechnej numer 1 w Zielonce, drugiej – por. „Stanisław”, zamieszkały w Ząbkach, trzeciej – porucznik Zbigniew Gałązka „Znicz”, również nauczyciel. Służbę adiutanta batalionu III D pełnił podporucznik Władysław Martens „Masław”, zajmujący się wyłącznie sprawami organizacyjno-wojskowymi. Cieszył się on zaufaniem i uznaniem „Kuszla”.
W batalionie IIII D przyjęty był, podobnie jak w całej organizacji, system piątkowy. Szeregowiec znał tylko dowódcę piątki, zwanej sekcją. A ten z kolei utrzymywał łączność z drużynowym i tak dalej wzwyż. Często zdarzało się, że żołnierz, który przez dłuższy czas nie miał styczności z dowódcą swojej piątki, przechodził do innej, ponieważ cel jak wiadomo był jeden – bić Niemców.
I tak „Kuszel” był odpowiedzialny za stan organizacyjny nie tylko swego batalionu, ale i innych oddziałów rejonu, miał obowiązek stałego sprawdzania ich liczebności. Aby stwierdzić stan faktyczny urządzano defiladę, ale oczywiście tak, aby Niemcy nie widzieli. Odbywało się to bardzo dyskretnie, a mianowicie: każdy żołnierz wychodzący z kościoła trzymał w ręku papierosa.
Po raz kolejny „Kuszel” urządził „defiladę” swoich żołnierzy podczas inspekcji oficera z obszaru Warszawa. Inspekcje z obwodu lub okręgu z reguły ograniczały się do odpraw z dowódcami batalionów, kompanii, a rzadziej plutonów oraz odpraw z funkcyjnymi służby nieliniowej. Tym razem oficerowi inspekcyjnemu miano pokazać całą 1 kompanię batalionu III D. „Kuszel” zarządził zbiórkę kompanii na niedzielnym nabożeństwie w kościele parafialnym. Liczono się z tym, że w takim dniu liczba przechodniów nie będzie rzucała się w oczy. Na godzinę przed inspekcją „Kuszel” zameldował się swemu dowódcy kapitanowi „Billowi” oraz oficerowi odbywającemu inspekcję, po czym wszyscy trzej zajęli miejsce przy otwartym oknie jednego z domów. Oficerowie przeszli przez plac ożywieni rozmowami. „Defilada” odbyła się bez żadnych zakłóceń i bardzo dyskretnie, z czego oficer odbywający inspekcję był bardzo zadowolony. Niebezpieczeństwo było ogromne, bo gdyby Niemcy w porę zorientowali się w sytuacji, aresztowaniom nie byłoby końca.
Wieści Podwarszawskie
2007 nr 36 (853 [właśc. 852])