Wiktor Ostrowski
I
W roku 1944 aresztowało nas Gestapo, to znaczy Ojca, Mamę i mnie, wówczas czternastoletnią dziewczynkę. Rozpacz w rodzinie była wielka, wiadomo było, że wszyscy troje byliśmy od dłuższego czasu zaangażowani w pracę konspiracyjną dla Armii Krajowej. Szanse na przeżycie więzienia, przesłuchiwań przez Gestapo i ewentualnie obozu koncentracyjnego, mieliśmy nikłe, a zwłaszcza ja, chorowita i niedożywiona dziewczyna w okresie dojrzewania… Los był jednak dla nas łaskawy, a ludzie hojni. Uzbierano pewną sumę pieniędzy, która posłużyła do wykupienia z łap Gestapo Mamy i mnie. Z Ojcem było trudniej, gdyż suma, jaką wyznaczyli łapownicy była bardzo wysoka.
W dniu, gdy łącznik z odpowiednią kwotą pieniędzy wyjechał na spotkanie z pierwszym ogniwem łapowniczego łańcucha − przyszedł list od Ojca z obozu koncentracyjnego Stutthof pod Gdańskiem (łapownicy zapewniali, że Ojciec jest nadal na Pawiaku w Warszawie). Na szczęście udało się z drogi cofnąć łącznika i uratować pieniądze. Z obozu nie dało się już nikogo wykupić, w każdym razie my takiej drogi nie znaliśmy. Dodajmy jeszcze, że w Warszawie niewiele wiedziano o tym obozie, bo siedzieli tam od 1939 roku więźniowie innych narodowości, a z Polaków byli tam Kaszubi i mieszkańcy Gdańska. Ojciec obóz przeżył, przetrwał też w 1945 roku w lutym pieszą ewakuację w mrozie, śniegu i o głodzie. „Zgubił się” na nocnym postoju koło Lęborka, gdzie Niemcy już tak dokładnie nie liczyli więźniów, czując na plecach oddech armii sowieckiej. Ojciec wrócił cały i zdrowy.
We wrześniu 1944 roku Niemcy wysiedlili Zielonkę, kazali nam iść w stronę Pragi i dalej do obozu przejściowego w Pruszkowie. Ofensywa sowiecka była błyskawiczna, zajęto Zielonkę i inne miejscowości okoliczne i 14 września została zajęta Praga. Niektórzy nie posłuchali Niemców i nie wyszli z Zielonki, tylko ukryli się i czekali przyjścia Sowietów. Za wojskiem dotarło do Zielonki NKWD. Od „usłużnych” ludzi otrzymało pełną listę członków AK z funkcjami i pseudonimami. Wszystkich przesłuchiwanych pytano o Ojca, gdyż znajdował się na czele tej listy. Wszyscy odpowiadali, że pewnie nie żyje, bo był aresztowany przez Gestapo. Z tych, których Sowieci dostali w swoje ręce oficerów aresztowano i wywieziono do łagrów na Syberii, a szeregowców wcielono do karnej kompanii i prawie wszyscy zginęli w walkach na Wale Pomorskim. Gdyby Ojciec był w Zielonce, też by z pewnością został na miejscu i na pewno zostałby aresztowany przez Sowietów! Przeżył niemiecki obóz koncentracyjny, ale czy przeżyłby Syberię? Być może jedno zło uratowało go od zła jeszcze gorszego.
II
Ojciec mój w czasie okupacji niemieckiej prowadził, na zlecenie Związku Walki Zbrojnej, później Armii Krajowej, konspiracyjną Szkołę Podchorążych w Zielonce. Kilka razy do roku z Warszawy przyjeżdżał Inspektor Szkół Podchorążych i przeprowadzał wizytację zajęć. W końcu 1942 roku otrzymaliśmy wiadomość, że dotychczasowy Inspektor został aresztowany przez Gestapo. Po upływie kilku miesięcy poinformowano Ojca, że nowy przyjedzie na inspekcję tego a tego dnia. Była to już późna wiosna 1943 roku. Ojciec postanowił, że wizytacja odbędzie się w warunkach polowych, czyli w lesie. Lasów wokół Zielonki było dużo, gęstych i starych.
Wyznaczonego dnia ktoś czekał na stacji, aby podjąć Inspektora i doprowadzić do lasu, gdzie zgromadzono podchorążych. Łącznik na rowerze zawiadomił Ojca, że Inspektor przyjechał i wraz z ochroną idzie w kierunku zgromadzonych w lesie. Ojciec zarządził zbiórkę i zza drzew ukazał się Inspektor. Padła komenda: „Baczność, na prawo patrz”. Ojciec wyprężony, z poważną miną stanął naprzeciwko Inspektora i zdał mu wojskowy raport. Po słowach: „Proszę dać spocznij”, Ojciec i Inspektor padli sobie w ramiona. Służyli bowiem w jednym pułku w Zamościu, skąd Ojciec po ślubie z Mamą w 1922 roku odszedł do cywila. Od tej pory nigdy się nie widzieli, Inspektor został w wojsku i był już pułkownikiem, a Ojciec mieszkał w Warszawie i nic wspólnego z wojskiem nie miał.
III
Nawet w największym nieszczęściu może się przydarzyć odrobinka szczęścia. Taki szczęśliwy traf przeżyliśmy wszyscy troje w niecodziennych okolicznościach. Na Pawiaku w czasie trwania kwarantanny najczęściej nie wzywano na przesłuchania do siedziby Gestapo na Szucha. Przez ten czas obie z Mamą dużo rozmawiałyśmy o tym, o co mogą nas pytać na przesłuchaniach. W kilku wypadkach miałyśmy wątpliwości, jak na takie pytania odpowiedzieć. Między sobą ustaliłyśmy odpowiedzi, ale jak to przekazać Ojcu, zamkniętemu w oddalonym męskim Pawiaku?
Kilka dni po przejściu na „stałą celę” wywołano nas obie na przesłuchanie. Strach ścisnął nam serca, ale na nic nie było czasu. Obie starałyśmy się robić dobrą minę, by pocieszyć jedna drugą. Poprowadzono nas na męski Pawiak, gdzie stała tak zwana „buda”, czyli samochód do przewożenia więźniów. Miał on nie tylko duże pomieszczenie, ale jeszcze dwie lub trzy tak zwane izolatki. Do jednej z nich wepchnięto Mamę i mnie, i zatrzaśnięto drzwi. Nie widziałyśmy, czy Ojca też wzięli na przesłuchanie. Dopiero na Szucha zobaczyłyśmy, że Ojciec też jest, ale każde z nas zostało zamknięte w osobnej celi, tak zwanego tramwaju. Słyszałyśmy tylko charakterystyczny kaszel Ojca. Siedzieliśmy na Szucha w tych tramwajach i żadnego z nas nie przesłuchano. Po południu wywołano całą długą listę więźniów. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas zawiozą. Na podwórzu stała buda, wsiadłyśmy jako jedne z pierwszych do ogólnego pomieszczenia, jako jeden z ostatnich, gdy buda była już bardzo zatłoczona, wszedł Ojciec. Ojciec zakaszlał, dając nam znać, że jest, na co Mama cicho zagwizdała naszą domową melodyjkę, używany od wielu lat sygnał rodzinny. W tym strasznym tłoku Ojciec przepchnął się do nas. W ciągu dość długiej jazdy ulicami Warszawy wymieniliśmy się naszymi przemyśleniami i wątpliwościami, ustaliliśmy też wspólne odpowiedzi na wiele pytań. Czasu mieliśmy tyle, że przed dojazdem do Pawiaka opowiedzieliśmy sobie, co dostaliśmy w paczkach otrzymywanych „z wolności”.
W czasie następnych przesłuchań okazało się, że nasze przemyślenia były trafne i przewidzieliśmy pytania, które nam zadawano. Przesłuchiwano nas osobno, ale nasze odpowiedzi, choć czasami kłamliwe, były zgodne, co bardzo nam pomogło, bo wzmogło naszą wiarygodność. No, czyż to nie był szczęśliwy traf, decydujący o naszym życiu?
Biała apaszka
wspomnienia Janiny Kowalskiej “Mirka”,
najmłodszej łączniczki AK II Rejonu “Celków”
Towarzystwo Przyjaciół Zielonki
Zielonkowskie Zeszyty Historyczne Nr 3/2016