Zielonka, maj 1944
Dowódca rejonu „Celków” (komendant) był także zwierzchnikiem tak zwanej Kadry Obywatelskiej, która rozpoczęła działalność latem 1941 roku. Jej dowódcą został mianowany przez „Billa” podchorąży Karol Sokołowski „Wiktor”, dotychczasowy dowódca kompanii osiowej. Kompanię tę objął następnie przesunięty z 2 plutonu tejże kompanii podporucznik Aleksander Kowalski „Marzec”. W Kadrze Obywatelskiej „Wiktor” działał jako „Opiekun”.
Do zadań Kadry należało załatwianie różnych ważnych spraw żołnierzy podziemia. Dotyczyły one:
- zbierania i przekazywania dowództwu rejonu ścisłych informacji o zarządzeniach władz hitlerowskich obowiązujących w gminie Marki,
- zbiórki pieniędzy na cele walki podziemnej i przekazywania komendzie obwodu organizacji,
- załatwiania nielegalnych meldunków (meldowanie osób ściganych, ukrywających się i posiadających kenkarty na przybrane nazwisko),
- wyrabiania nielegalnych kenkart i innych dokumentów osobom zmieniającym nazwiska,
- udzielanie pomocy osobom poszukiwanym przez władze hitlerowskie, osiedlającym się w gminie Marki,
- zaopatrywania w karty żywnościowe i odzieżowe osób ukrywających się przebywających w rejonie „Celków” pod zmienionymi nazwiskami, mających rodziców w obozach koncentracyjnych i potrzebujących pomocy materialnej, zbiegłych z obozów pracy, z obozów jenieckich oraz wysiedlonych z poznańskiego, Pomorza, albo innych rejonów zajętych przez Trzecią Rzeszę.
Datki pieniężne zbierane były przez roznosicieli prasy podziemnej i kwitowane pod hasłem w „Biuletynie Informacyjnym”, organie ZWZ. W roku 1943 zebrano i pokwitowano około 61 tysięcy złotych, z czego 59 tysięcy zużytkowano na potrzeby rejonu, a 2 tysiące przekazano do kasy Obwodu. W kierowanej przez „Wiktora” akcji, objętej kryptonimem „Opiekun”, uczestniczyli także: organista kościoła parafialnego w Markach Brzozowski, referent meldunkowy urzędu gminnego w Markach Kazimierz Grabianowski wysiedlony z poznańskiego „Wędrowny”. Organista Brzozowski dostarczał świadectwo urodzenia osoby zmarłej, odpowiadającej wiekiem osobie potrzebującej kenkarty o innym nazwisku. Czesław Panek „załatwiał” zaświadczenia zameldowania takiej osoby, kiedyś zamieszkałej rzeczywiście w gminie Marki. Natomiast „Wędrowny” wyrabiał drogą urzędową, na podstawie uzyskanych oryginalnych dokumentów, kenkartę z fotografią osoby poszukiwanej, przy czym nazwisko zmarłego jeszcze przed wybuchem wojny a więc zupełnie „czystego” wobec władz niemieckich. Tak właśnie wskazane przez władze rejonu „Celków” osoby uzyskiwały kenkarty posiadające wszystkie cechy autentyzmu.
Po przyjęciu do AK dwóch pracowników urzędu gminnego w Markach dowódca rejonu „Celków” kapitan „Bill” polecił „Wiktorowi” pozyskać dla organizacji ludzi z policji granatowej w Markach i Zielonce, a także z policji kryminalnej w Radzyminie. Była to niezwykle ważna sprawa. Dlaczego? Ponieważ chodziło o zdobywanie informacji przez dowództwo rejonu o zamierzonych przez Niemców łapankach, przymusowym wywozie młodzieży na roboty do Niemiec itp. Polecenie kpt. „Billa” udało się wykonać tylko w odniesieniu do posterunku policji w Markach.
Po dokładnym rozpoznaniu jego pracowników „Wiktor” uznał, że najodpowiedniejszą osobą, którą można zaangażować do współpracy z ruchem oporu jest komendant posterunku Ludwik Uchman. Pochodził on ze spolszczonej rodziny niemieckiej osiadłej w Polsce od dziada pradziada. Mówił po niemiecku, a z racji swego pochodzenia cieszył się zaufaniem Bürla, szefa żandarmerii w Jabłonnie, któremu podlegała policja granatowa w Markach. Przysięgę wprowadzającą do AK odebrał od Uchmana „Wiktor”, który wygłosił następnie formułkę o następującej treści: „Przyjmuję cię w szeregi żołnierzy wolności. Obowiązkiem twoim będzie walczyć o wyzwolenie Ojczyzny. Jej wolność będzie twoją nagrodą. Zdrada będzie karana śmiercią”.
Współpraca Uchmana z dowództwem rejonu układała się dobrze. Dostarczał licznych informacji o zamierzonych akcjach żandarmerii, o ludziach którzy przeszli na współpracę z okupantem. Źródłem owych informacji było zarówno to, co docierało służbowo do komendanta posterunku policji granatowej w Markach, jak i spotkania służbowe i pozasłużbowe z żandarmerią w Jabłonnie. Często udawało się Uchmanowi usłyszeć coś ciekawego od Niemców bawiących się w okolicznych restauracjach.
Pod koniec 1942 roku Ludwik Uchman został służbowo przeniesiony do Rembertowa. Niemcom chodziło o zrobienie w Markach miejsca Richardowi Bliessowi, tak niechlubnie zapisanemu w pamięci okolicznych mieszkańców. Dowództwo rejonu „Celków” przekazało wówczas Uchmana do dowództwa rejonu „Dęby”, jak zwano w organizacji gminę Rembertow. Współpraca z AK w nowym środowisku nie trwała długo. Zadenuncjowany przez zdrajcę został aresztowany przez gestapo.
W kwietniu 1943 roku na rozkaz dowódcy rejonu „Celków” kapitana „Billa” – „Wiktor” wraz z dwoma współtowarzyszami spalił akta urzędu gminnego w Markach. Stanowiły one spisy zasiewów na obszarze gminy oraz dobytku żywego: bydła, koni, trzody chlewnej. Akta były stale uzupełniane i obrazowały stan bieżący. Akcja „Wiktora” utrudniła ściąganie przez okupanta kontyngentu – przymusowej dostawy zboża i żywca.
W kilka tygodni później otrzymano z dowództwa obwodu w Warszawie rozkaz wykonania jeszcze jednego zamachu na urząd gminy i posterunek policji granatowej w Markach w celu zniszczenia wszystkich dokumentów. Rozkaz ten przekazał „Wiktor”, który porozumiał się z dowódcą dywersji rejonu „Celków” porucznikiem Henrykiem Dobakiem „Olszański”. Akcję wyznaczono na noc z 19 na 20 lipca 1943 roku.
Dzień 19 lipca był upalny. Taka była też noc, pogodna i ciepła. Około godziny 22.30 zaczęli ściągać na cmentarz w Markach – po dwóch lub pojedynczo – ubrani po cywilnemu żołnierze AK. Wezwał ich do tego rozkaz wydany przez „Olszańskiego”. Miejscem zbiórki przed akcją była zachodnia część cmentarza, gdzie czekał już porucznik. Wpuszczono przybyłych na hasło „Olsza”. W skład plutonu wyznaczonego do przeprowadzenia zamachu wchodziło 30 ludzi. Po sprawdzeniu i przeglądzie uczestników akcji przez „Olszańskiego” okazało się, że stawili się wszyscy wezwani. Broń dostali już przed przybyciem na zbiórkę. Członkowie ochrony radiostacji mieli karabiny maszynowe, inni zaś pistolety parabellum lub visy kaliber 9 mm z zapasowymi magazynkami. Część przybyłych na cmentarz żołnierzy posiadała granaty polskiej produkcji sprzed wojny, karbowane na żeliwnej powierzchni, rażące na znaczną odległość.
Wyznaczono zadania. Pluton został podzielony na dwie części. Dwunastu ludzi z „Kulą” na czele otrzymało następujące zadanie – dojść do skrzyżowania ulic, do budynku urzędu gminnego i opanować go; zapewnić łączność przed i podczas akcji, ubezpieczyć drogi prowadzące do budynku; wyłączyć sieć telefoniczną; zamknąć mieszkańców budynku w ich mieszkaniach oraz opanować pomieszczenia posterunku policji. Przeprowadzenie akcji w urzędzie gminnym wziął na siebie „Olszański”. Oddział porucznika „Olszańskiego” był liczny i dobrze uzbrojony. Miało to związek z tym, że Marki stanowiły wtedy obszar ćwiczeń przebywających tutaj niemieckich oddziałów wojskowych. Był to okres żniw. Na polach stało przygotowane już do zwózki zboże. W każdej chwili spodziewano się spotkania z dobrze uzbrojonym oddziałem Wehrmachtu. Nie bez znaczenia było też i to, że komendantem policji granatowej w Markach był wówczas Richard Bliess, folksdojcz i hitlerowiec, który dał się już dobrze we znaki mieszkańcom gminy jako bezwzględny prześladowca Polaków.
Oddział wyruszył z cmentarza o godzinie 23.00 w szyku ubezpieczonym lasem w stronę Czarnego Stawu, a następnie przez Kruczek do cegielni Marchewki w Markach. Grupa „Kuli” przybyła o godzinie 23.30. Nie napotkano nigdzie żywej duszy. Budynek urzędu gminnego znajdował się w ciągu domów pomiędzy kościołem a wyżej wspomnianą szosą.
„Kula” przystąpił natychmiast do akcji. Najpierw ruszyła szóstka żołnierzy z pistoletami maszynowymi. Po chwili dołączyli do nich członkowie oddziału „Kuli”. Budynek urzędu gminnego został otoczony z każdej strony. „Żbik”, który znajdował się w trzeciej trójce, wdrapał się na słup telefoniczny przy budynku i rozpoczął cięcie drutów. „Kula” był coraz bardziej zniecierpliwiony, ponieważ według niego cięcie drutów szło ślamazarnie. W końcu sam wdrapał się na słup, aby było szybciej. Po wykonaniu tego zadania „Kula” zastukał głośno w drzwi urzędu. „Żbik” stał tuż koło niego. Po chwili drzwi otworzyły się i ukazał się dyżurny policjant. Nim zdążył zapytać o co chodzi, ujrzał dwie lufy pistoletów wymierzono prosto w niego. Rozbrojenie granatowego przebiegło nader gładko i sprawnie, członkowie ruchu oporu weszli do środka. Na biurku leżały jakieś papiery. „Żbik” zgniótł je w ręku, a następnie zrzucił ze ściany portret Hitlera. Portret znienawidzonego człowieka został podarty. Następnie udzielono ostrzeżenia wójtowi, aby nie próbował robić czegokolwiek, a tym bardziej wołać o pomoc, bo zamierzano spalić tylko tę część biurową budynku.
W tym samym czasie „Olszański” ze swoją grupą wszedł do biura urzędu gminnego mieszczącego się na parterze i zabrał się do otwarcia kasy pancernej. „Kula” próbował otworzyć ją siekierą, ale szafa ani myślała ustąpić. Postanowiono sprowadzić kasjera z kluczami. Zadanie to wykonano szybko i sprawnie, ponieważ jeden z uczestników znał miejsce zamieszkania kasjera. W kasie znaleziono 14 tysięcy złotych. Kasjera zatrzymano w budynku do końca akcji. Najważniejszą sprawą była dokumentacja gminna: rejestr wydawanych mieszkańcom kart żywnościowych, kartoteka mieszkańców i księgi podatkowe. Przejęto też dwie maszyny do pisania i dwa powielacze. Następnie przeszukano pokój komendanta posterunku Richarda Bliessa. Była tam kasa pancerna z jego korespondencją urzędową. Rozbito ją siekierą. Zawartość całej kasy wrzucono do lnianego worka.
Odwrót oddziału ubezpieczał „Kula” ze swoimi ludźmi. Wszyscy byli zadowoleni z tak pomyślnie przeprowadzonej akcji. Złożono broń w bezpiecznym miejscu i AK-owcy rozeszli się do domów. Część z nich z „Olszańskim”, „Kulą” i „Żbikiem” udała się do starej cegielni w Zielonce, aby tam przeprowadzić selekcję akt. Część dokumentów spalono, zabrane maszyny do pisania i powielacze ukryto w różnych pomieszczeniach cegielni. Akta zawierające dane interesujące organizację i papiery z szafy Bliessa chwilowo ukryto, aby potem przekazać je dowództwu „Obroży”. Tam też przesłano 14 tysięcy złotych.
Lipcowa akcja w Markach nie była jedyna. Nocą z 19 na 20 lipca 1943 roku grupy dywersyjne AK dokonały zniszczeń w pięciu innych urzędach gminnych prawobrzeżnej części powiatu warszawskiego. Były to urzędy w Nieporęcie, Okuniewie i Wiązownej. Zamachy odbyły się w ramach akcji powszechnej dokonywanej wiosną i latem 1943 r. w całym Generalnym Gubernatorstwie.
Akcje Armii Krajowej uświadomiły społeczeństwu polskiemu, że podziemie zdolne jest skutecznie walczyć z aparatem administracyjnym. Po zamachu wykonanym w Warszawie przez oddział bojowy AK na dowódcę policji niemieckiej dystryktu warszawskiego Kutscherę, Niemcy rozstrzelali w dniu 2 lutego 1944 roku w miejscu akcji w Alejach Ujazdowskich stu Polaków. Dalsze dwieście osób zostało straconych w gruzach warszawskiego getta. Po pogrzebie Kutschery hitlerowcy ujęli i zesłali do obozów zagłady kilkudziesięciu księży i zakonników, a ponadto została nałożona na mieszkańców Warszawy i okolic kontrybucja w kwocie 100 milionów złotych. Mieszkańcom gminy Marki wypadło zapłacić milion złotych. Niemiecki starosta powiatu warszawskiego polecił wójtowi gminy Marki – Jankowskiemu dopilnować, aby ludność zapłaciła kontrybucję. Natomiast sprawa, kto ma płacić i ile, była mu całkowicie obojętna. Wobec tego wójt rozdzielił kwotę kontrybucji według własnego uznania. Poborcami byli sołtysi, osoby upoważnione do ściągania podatków.
Wieści Podwarszawskie
2007 nr 34/35 (851/852])