Gawęda o Krystkowych Kątach, dwóch rzekach nieopodal Dybowa i… sycylijskich pomarańczach dla szewca z Radzymina
Tym, którzy interesują się dziejami naszej okolicy, wiek XV kojarzy się zapewne ze szczęśliwym początkiem. Ponad pół tysiąca lat temu rozpoczęła się historia miasta Radzymina, erygowana została tutejsza parafia, intensywnie rozwijało się osadnictwo. Jednakże czas, w którym rodził się lokacyjny Radzymin do najłatwiejszych i najweselszych nie należał.
Latem 1475 roku ziemie Mazowsza spustoszyła plaga szarańczy. Siedem lat po erygowaniu radzymińskiej parafii przez biskupa płockiego Kazimierza III, ziemie polskie nawiedziła pandemia, która w trzy lata zdziesiątkowała ludność, a jej ofiarą padł również nasz nieszczęsny biskup. W owym czasie żywota dokonał także Pan Błażej Dybowski – największy konkurent Jana Radzimińskiego w dążeniach do zagospodarowania ziemi nad dolną Rządzą, która naówczas zwana była Rynią. Był to również okres wielkich przemian, w którym rosnącym i wkraczającym na karty pisanej historii, a co ważniejsze znanym nam do dziś, okolicznym wsiom musiały ustąpić miejsca osady pomniejsze, obecnie całkowicie już zanikłe, a przez to zapomniane.
Zaginiona osada na prawym brzegu Rządzy i Ryni
Średniowieczna historia ziemi radzymińskiej kryje wiele tajemnic i zagadek, a jedną z nich jest lokalizacja zaginionej osady Kąty lub Krystkowe Kąty. Cała nasza współczesna wiedza o zanikłej miejscowości, istniejącej niegdyś na terenie obecnej Gminy Radzymin ogranicza się do podstawowych informacji. Po upływie ponad pięciuset lat jedyne, co pozostało po osadzie Krystkowe Kąty to zaledwie kilka lakonicznych wzmianek odnalezionych w metrykach i dokumentach z epoki przez badaczy z Instytutu Historycznego Polskiej Akademii Nauk, a następnie zebranych w jedno krótkie encyklopedyczne hasło przez autorów fundamentalnego opracowania naukowego, jakim jest „Słownik Historyczno-Geograficzny Ziem Polskich w Średniowieczu”. O ile wspomniane dzieło stanowi zazwyczaj nieocenione źródło wiedzy dla entuzjastów lokalnej historii, rzucające światło na najstarsze, odnotowane w źródłach fakty z dziejów wielu wsi i osad, o tyle w przypadku tej miejscowości przynosi więcej pytań, aniżeli odpowiedzi. Zasadnicze z owych pytań brzmią, gdzie dokładnie zlokalizowana była osada, ilu mieszkańców liczyła i co spowodowało, że nie przetrwała do naszych czasów?
Krystkowo, Krzystkowo, Kąty czy Krystkowe Kąty?
Krzystkowo czy Krystkowo? Kąty, czy Krystkowe Kąty? Określenie właściwej nazwy jest o tyle trudne, że nosząca ją osada nie przetrwała do naszych czasów. Co znamienne, najwyraźniej nie przetrwała także sama nazwa, która mogła przecież zachować charakter lokalnego toponimu. Niestety, podjęte próby jej odnalezienia czy to w terenie, czy też w źródłach kartograficznych zakończyły się niepowodzeniem, co może oznaczać, że uległa ona całkowitemu zatarciu i zapomnieniu. Wobec powyższego jedyne czym obecnie dysponujemy to pochodzące z XV w. próby jej odnotowania w języku łacińskim, występujące w kilku wariantach. Pierwszy znany zapis brzmi „Kanth” i pochodzi z 1443 roku. W późniejszych zapisach odnajdujemy formy: „Kanthi” (1445 r.), „Kąthy” (1473 r.), a wreszcie w 1475 r. pojawia się nazwa „Cristhow Kanth”, co wskazywałoby, że osada początkowo zwana Kątami z biegiem lat przyjęła nazwę Krzystkowe lub (co bardziej prawdopodobne) Krystkowe Kąty, co zapewne sugeruje jej ścisłe powiązanie z zaliczonym również w poczet dóbr Dybowskich „Krzystkowem” lub „Krystkowem”, wymienionym oddzielnie w 1473 r. Swoją drogą ciekawe, jak brzmiałaby współczesna nazwa, gdyby osada przetrwała do naszych czasów? Czy byłyby to Krystkowe Kąty? A może Krystków-Kąty, Krzystków-Kąty albo Dybów Kąty lub Kąty Dybowskie? Etymologia nazwy może ułatwić określenie lokalizacji osady.
O wiele mniej trudności nastręcza natomiast wyjaśnienie pochodzenia nazwy Krystkowe Kąty. Mało tego, zrozumienie jej znaczenia może okazać się ważną wskazówką przy próbie ustalenia prawdopodobnej lokalizacji zaginionej osady. Mianem „Kątów” określano dawniej małe osady leśne, które powstały na gruntach pozyskiwanych w wyniku karczunku. W słynnym, XIX-wiecznym „Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” odnajdujemy wyjaśnienie, że były to „w ostatnich stuleciach osady wśród lasów i puszcz bezludnych zakładane”, w których „ludzie kiedyś do palenia popiołów i robienia potażów do puszczy sprowadzeni, powyrabiawszy sobie po borze kawały gruntów, osiedli tamże (…)”. W przypadku interesujących nas Krystkowych Kątów mamy do czynienia z przykładem typowego dla okolic drobnoszlacheckich, (do których zaliczyć można pogranicze ziem: warszawskiej i nurskiej w XV w.), procesu kształtowania się toponimów. Pierwszy człon nazwy zestawionej ma bowiem charakter nazwy rodowej i jest antroponimem, określającym założyciela. Krystkowe Kąty powstały w wyniku inicjatywy gospodarczej, podjętej przez szlachcica o imieniu albo przydomku Krystek lub Krzystek, który pierwotnie był posiadaczem zalesionej parceli, a następnie po jej „odlesieniu”, stał się szczęśliwym właścicielem ziemi, nadającej się pod działalność rolną i osadnictwo. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można zaryzykować przypuszczenie, że założycielem Krystkowych Kątów mógł być wzmiankowany w 1416 r. niejaki Krystek z Sokołowa. Przemawia za tym pośrednio fakt, że to właśnie od szlachty z Sokołowa zakupił Krystkowe Kąty w późniejszym czasie Błażej z Dybowa, powiększając tym samym dobra Dybowskie. Na marginesie dodajmy, że Krystkowe Kąty były własnością szlachty z Sokołowa, przy czym nierozstrzygnięta pozostaje kwestia, o które Sokołowo chodzi? Sytuację komplikuje fakt, że przypisany do ziemi nurskiej powiat kamieniecki, (w skład którego wchodziły m.in. pobliskie Zawady i wsie obecnej Gminy Dąbrówka), zasiedlany był na przełomie XIV/ XV w. przez szlachtę wywodzącą się z Sokołowa w ziemi czerskiej i legitymującą przeważnie herbem Korab. (Niewykluczone, że do Korabitów zaliczał się także nasz Krystek, o ile jego synem był wymieniany w 1468 r. Jan Krystkowic z Sokołowa herbu Korab). W jej posiadaniu było wiele okolicznych miejscowości i osad zarówno w ziemi nurskiej, jak też warszawskiej. Nie ma jednak pewności, czy np. wspomniany Krystek pochodził jeszcze z Sokołowa w ziemi czerskiej, czy już z bliższego nam Sokołowa w ziemi nurskiej, tzn. obecnego Sokołówka w Gminie Dąbrówka? (Rozstrzygnięcie tej kwestii jest tym trudniejsze, że pobliskie Sokołowo wraz z Załubicami już na początku XVI w. stanowiło własność opata czerwińskiego).
Krystkowo alias Kąty?
Z zapisów pochodzących z 1473 r. dowiadujemy się, że Błażej z Dybowa był właścicielem dóbr Dybowo, Kąty i Krystkowo, które to graniczyły z dobrami Załubice, należącymi do opata czerwińskiego. Między innymi na tej podstawie autorzy wspomnianego „Słownika Historyczno-Geograficznego…” przybliżonej lokalizacji Kątów upatrują 4 km na północ od Radzymina, a dokładniej na obszarze należącym obecnie do wsi: Łosie, Mokre i Zawady. Zdaje się jednak, że ta teoria jest zbyt daleko idącym uproszczeniem. Co prawda wsie: Łosie i Mokre po raz pierwszy pojawiają się w zapisach z 1481 r., niemniej w kontekście nadania na nie przez ks. Bolesława V prawa chełmińskiego z czynszem książęcym (po 9 gr z 1 wł. os.). Bez wątpienia jednak metryka obydwu wsi (jak również Zawad) jest nieco starsza i sięga przynajmniej początków XV w., co znajduje odzwierciedlenie chociażby w odkryciach archeologicznych. Za wcześniejszym istnieniem rzeczonych osad przemawia także fakt, że w owym czasie istniała już nieco młodsza od nich Ruda (za to notowana od 1480 r.), która jednak nie została objęta książęcym nadaniem na dobra Dybowskie. Można zatem domniemywać, że nie odnosiło się ono do wsi nowo założonych, lecz już istniejących i dobrze rozwiniętych. Z kolei, wysokie prawdopodobieństwo istnienia Łosia oznacza, że umiejscowienie Kątów w pobliżu tej wsi, nie znajduje uzasadnienia z punktu widzenia ówczesnej gospodarki i względów ekonomicznych. Mając powyższe na uwadze, należałoby więc zastanowić się nad inną lokalizacją zaginionej osady.
Ponad 30 lat starań Błażeja o pozyskanie Kątów
Pierwsza transakcja, w wyniku której współwłaścicielem Krystkowych Kątów został Błażej z Dybowa, miała miejsce w 1443 r. Właściciel dóbr Dybowskich za 80 kop groszy odkupił od Jakusza z Sokołowa należące do niego części w Kątach, a także w Czarnej. Następnie, dwa lata później Błażej z Dybowa nabył od Jana, Krystyna i Mikołaja z Sokołowa brzegi Ryni i Rządzy, położone naprzeciw Dybowa. Co ciekawe, transakcja odbyła się pod pewnymi warunkami. Mianowicie, nabywca uzyskał prawo do brania piasku i wikliny z Kątów z przeznaczeniem na budowę grobli, z kolei sam musiał uznać prawo do korzystania z pastwisk w Kątach przez jednego z młynarzy pracujących dla sprzedawców.
Ostatnia poświadczona zapisami transakcja dotycząca Kątów miała miejsce dopiero trzydzieści lat później. W 1475 r. Błażej z Dybowa odkupił od braci: Krystka, Mikołaja i Piotra, a także od Jana, syna Stanisława z Sokołowa działy ojczyste i macierzyste w Czarnej oraz Krystkowych Kątach wraz z barciami, za niebagatelną kwotę 300 kop groszy w półgroszach. Najprawdopodobniej zatem Krystkowe Kąty dopiero wówczas stały się wyłączną własnością Dybowskiego, pomimo iż był on wymieniany jako ich właściciel już dwa lata wcześniej przy okazji sporu granicznego z opatem czerwińskim. Tajemnica młynarza z prawem do pastwiska Nie ulega wątpliwości, że wobec skąpych informacji, najcenniejszą wskazówkę odnośnie prawdopodobnej lokalizacji Krystkowych Kątów stanowi przywołany zapis z 1445 r. Dowiadujemy się z niego, że Kąty leżały naprzeciw Dybowa, na prawym brzegu rzek: Ryni i Rządzy. Obecność wikliny i krzaków, jak też pastwisk może świadczyć o tym, że Kąty zajmowały otwartą przestrzeń (o trudnym do ustalenia areale), częściowo porośniętą niskimi krzewami i drzewami. Konieczność budowy grobli sugeruje, że teren musiał być podmokły lub okresowo zalewany (przy czym, albo sama rzeka na pewnym odcinku posiadała piaszczysty brzeg, albo znajdowała się w jej pobliżu wydma lub łacha, mogąca stanowić źródło budulca pod groblę).
Niestety, brakuje jakichkolwiek informacji na temat mieszkańców Krystkowych Kątów. Możemy się co najwyżej domyślać, że nie było ich wielu, i że ok. 1445 r. w osadzie lub w jej pobliżu mieszkał młynarz (pewnie z rodziną), skoro zachował prawo do korzystania z pastwisk. Natomiast wobec braku jakiejkolwiek wzmianki otwarte pozostaje pytanie o istnienie samego młyna w Kątach?
W poszukiwaniu Krystkowych Kątów
Czy możliwe jest udzielenie jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o dokładną lokalizację Krystkowych Kątów, w oparciu o zapisy z 1445 roku? Gdzie szukać prawego brzegu rzek: Ryni i Rządzy, skoro przez wskazany obszar nie przepływają dwie rzeki, a jedynie Rządza? Otóż całemu zamieszaniu winna jest skomplikowana i zmienna hydronimia dorzecza dolnej Rządzy w pobliżu Dybowa. W średniowieczu za rzekę główną uważana była nie Rządza, ale Rynia, która w istocie jest prawostronnym dopływem Cienkiej (zwanej niegdyś Jasienicą). Nie ma bezpośredniego ujścia do Rządzy, nie przepływa nawet w jej sąsiedztwie, za to łączy się z Cienką w rejonie wsi: Kury i Dzięcioły (Gm. Tłuszcz), a dopiero sama Cienka (Jasienica) wpada do Rządzy nieopodal wsi Pasek pod Klembowem (w prostej linii jakieś 6 km na południowy-wschód od granic Starego Dybowa). Mimo to, jeszcze w XV w. nazwę Rynia rozciągano zarówno na Cienką, jak i na dolną Rządzę, aż do jej ujścia do Narwi.
Kolejny aspekt, który należy uwzględnić to zmiany, jakie w ciągu 500 lat dokonały się w sieci hydrograficznej okolic Dybowa. Analiza źródeł kartograficznych wskazuje, że jeszcze na początku XIX w. Rządza na obszarze od Kraszewa do Łosia miała charakter roztokowy, co oznacza, że niosła wody własne i Ryni kilkoma korytami (w rejonie Dybowa płynęła co najmniej dwoma, które łączyły się na północ od późniejszego przysiółka Dybów-Górki). Dwa koryta kapryśnej z natury Rządzy mogły być niegdyś uznawane za bieg dwóch rzek, z których jedno lokalna tradycja mogła przypisywać Ryni. Gdyby powyższe ustalenia zestawić z zapisami z 1445 r. (oraz ustaleniami autorów przywołanego „Słownika historyczno-geograficznego… ” wydanego przez IH PAN) można by zaryzykować przypuszczenie, że Krystkowo lub Krystkowe mogły być gruntami rozciągającymi się wzdłuż roztokowej rzeki (i pomiędzy jej korytami), które swoim zasięgiem obejmowały dość rozległy, aczkolwiek stosunkowo wąski obszar, leżący na północ od Starego Dybowa i pokrywający się w znacznym stopniu ze współczesnym obrębem wsi. Obecnie byłyby to zatem grunty zaczynające się na wschód od Mokrego (zapewne w obrębie Zawady na południe od Górek), które ocierając się o północne rubieże przysiółka Dybów-Górki (do ul. Żołnierskiej) przechodziły przed Starym Dybowem (podobnie jak obecna granica tegoż obrębu) na prawy brzeg rzeki, obejmując swym zasięgiem pasmo podmokłych łąk i lasów od granicy Zawad po granice z Wolą Rasztowską i Kraszewem. Przy czym, sama nazwa Kąty mogła z początku odnosić się właśnie do terenów na prawym brzegu Rządzy, przez które wiodła stara droga z Dybowa do Woli Rasztowskiej (jeszcze w początkach XX w. przebiegająca po grobli), a które obecnie przecina ul. Napoleońska/Objazdowa.
Dybowskie czy Krystkowe – czyje były łąki za rzeką?
Istnienie po drugiej stronie rzeki rozległego pasma łąk, przypisanego do Dybowa jest wielce zastanawiające. Zważywszy, że granica ziem: warszawskiej i nurskiej przebiegała w tym rejonie na Rządzy (Ryni) wydaje się, że tereny za rzeką, leżące niejako już po stronie nurskiej, pierwotnie nie były częścią dóbr Dybowskich, leżących w całości w ziemi warszawskiej. Raczej zostały do nich przyłączone w późniejszym czasie, być może właśnie w wyniku transakcji z lat 1443-1475. Samo ucywilizowanie zalesionego po stronie ziemi nurskiej brzegu kapryśnej rzeki także musiało nastąpić dość późno, gdyż w pierwszej kolejności skupiano się zapewne na bardziej atrakcyjnych i łatwiejszych do zagospodarowania obszarach. Do podjęcia tego wyzwania mogła dopiero skłonić właścicieli chęć powiększenia rozdrobnionego w wyniku kolejnych działów spadkowych nadania, albo konieczność sprzedaży. Niewątpliwe łąki na prawym brzegu Rządzy, (które nawet na pierwszy rzut oka wydają się wcinką nie tylko w las, ale też w obszar powiatu kamienieckiego), powstały w wyniku karczunku, a ten prowadzony był w interesujących nas okolicach od początku XV w. Przypuszczalnie zatem nazwa Krystkowe Kąty mogła odnosić się do wytypowanego obszaru rozciągającego się na północ od Dybowa, obejmującego roztokę i ziemie przygraniczne, aczkolwiek dla uniknięcia sporów granicznych, które mogła wywoływać meandrująca rzeka, zaliczanego jeszcze do ziemi warszawskiej. (Warto zwrócić uwagę, że szacunkowa powierzchnia wskazanego obszaru wynosi ok. 170-180 ha, co odpowiadałoby typowemu dla tej części Mazowsza, 10-włókowemu nadaniu). Osadnictwo na rzeczonym obszarze było zapewne nieliczne i rozproszone. Poniekąd przemawia za tym fakt, że w toku dotychczasowych badań archeologicznych, na omawianym terenie ujawniono ślady osadnictwa średniowiecznego w kilku odległych od siebie lokalizacjach (m.in. na prawym brzegu, a więc w rejonie domniemanych Kątów, jak też w rejonie o wiele późniejszego przysiółka Dybów-Górki).
Co się stało z osadą?
Zdaje się, że Krystkowe Kąty zaginęły niedługo po ostatniej transakcji z 1475 r. Można zatem powiedzieć, że interesująca nas osada zniknęła z kart historii w momencie narodzin lokacyjnego miasta Radzymina. Z pewnością jednak istniała nieco dłużej, a przynajmniej do śmierci swego ostatniego nabywcy i właściciela – Błażeja z Dybowa, który dożywszy swoich lat, wyzionął ducha w 1478 lub 1479 r. Czy śmierć Pana Dybowskiego mogła mieć związek z zaginięciem osady? A może jej upadek nastąpił w wyniku jakichś gwałtownych, nieszczęśliwych zdarzeń?
Nie da się ukryć, że Krystkowe Kąty zeszły z areny dziejów mniej więcej w tym samym czasie, w którym papież Sykstus IV układał specjalną modlitwę dla króla polskiego Kazimierza IV Jagiellończyka na odwrócenie losów szalejącej w kraju zarazy. Ciekawostką niech będzie fakt, że morowe powietrze, którego ofiarą, (jak już wspomniano na wstępie) padł m.in. w nieodległym Pułtusku biskup płocki, a zarazem książę warszawski Kazimierz III, ustało niebawem po jej przysłaniu do Polski. Niewykluczone, że Krystkowe Kąty i zamieszkujący je osadnicy podzielili tragiczny los ofiar epidemii, panującej w latach: 1480-1483. Możliwe jest również, że osada zaginęła w mniej dramatycznych okolicznościach i po prostu, została zaliczona do osadnictwa Starego Dybowa. Tak czy inaczej najbardziej prawdopodobne wydaje się podzielenie i przyłączenie „Krystkowych” gruntów do większych wsi, leżących w obrębie dóbr, a więc: Dybowa, Mokrego i Łosia. Już sam fakt, że Błażej Dybowski zabiegał o nabycie Krystkowych Kątów przez połowę swego życia świadczy, że bardzo mu na nich zależało. Skoro nie szczędził grosza na ich stopniowy zakup musiały być albo wielce dochodowe, albo mieć ważne z jego punktu widzenia położenie. Jeżeli jednak pozyskanie Kątów miałoby wiązać się z obietnicą dużych zysków, dlaczego Dybowscy nie wystarali się o objęcie ich książęcym nadaniem prawa chełmińskiego, które otrzymali na swoje wioski w 1481 r.? Co istotne, nie przeznaczyli także Krystkowych Kątów na sprzedaż, (a przynajmniej nie w całości), gdyż brak jest jakichkolwiek zapisów na temat ewentualnej transakcji. Powyższe może świadczyć o tym, że w interesie Błażeja i jego następcy Stanisława nie leżał rozwój Krystkowych Kątów, jako kolejnej wsi (woleli w tym kierunku rozwijać Rudę). W zamyśle Panów Dybowskich bardziej opłacalne było raczej pozyskanie samych gruntów, które z racji swego umiejscowienia były kluczowe dla dalszego rozwoju Starego Dybowa, ale też wygodnego gospodarowania na dobrach.
Od Sykstusa IV do… Sykstusa Jabłońskiego
Roku Pańskiego 1484, wkrótce po wygaśnięciu epidemii na Mazowszu, pontyfikat Ojca Świętego Sykstusa IV dobiegł końca. Pod tą znamienną datą wypada również umownie zamknąć dzieje Krystkowych Kątów, o których wszelkie późniejsze źródła głucho milczą.
Na zakończenie tej smutnej skądinąd historii trzeba raz jeszcze podkreślić, że cała nasza wiedza o Krystkowych Kątach ogranicza się zaledwie do kilku wzmianek. Reszta opowieści pozostaje sferą legend i domysłów autora. Nie da się ukryć, że poszukiwanie osady zanikłej ponad pięćset lat temu przypomina szukanie przysłowiowej „igły w stogu siana”. Z drugiej jednak strony dzieje Radzymina i jego mieszkańców znają przykłady tego, że czasem i takowe może zakończyć się sukcesem. Przywołanie w niniejszej opowieści imienia Sykstusa IV, którego pontyfikat zbiegł się w czasie z zaginięciem Krystkowych Kątów, przywodzi bowiem na myśl skojarzenie z pewną anegdotą o cudownym ocaleniu i odnalezieniu, której bohaterem stał się imiennik Ojca Świętego – ojciec Sykstus Jabłoński, uważany za pierwszego polskiego Kamilianina. (Kamilianie to zakon posługujący chorym, założony sto lat po śmierci papieża Sykstusa IV).
Jabłoński był jednym z dwóch Polaków (obok Ostaszewskiego, emigranta po Powstaniu Styczniowym), którzy na początku XX w. mieszkali w Klasztorze Św. Kamila de Lellis w Mesynie na Sycylii. (Ponurą ciekawostką może być fakt, że w średniowieczu to właśnie z portu mesyńskiego wytransferowana została na cały kontynent epidemia czarnej śmierci, która na sto lat przed pojawieniem się pierwszych wzmianek o Krystkowych Kątach położyła trupem połowę Europy). W grudniu 1908 r. w związku ze zbliżającym się Bożym Narodzeniem o. Sykstus postanowił zrobić świąteczną niespodziankę najbliższej rodzinie, przesyłając na warszawski adres swej siostry kartkę z życzeniami oraz kosz sycylijskich pomarańczy i cytryn. Siostra miała podzielić się owocami z mieszkającymi w Radzyminie rodzicami – Państwem Serafiną i Walentym Jabłońskimi. Zważywszy, że przed świętami dotarła tylko kartka, rodzina miała nadzieję spróbować cytrusów na Nowy Rok. Niestety, kilka dni po świętach, zamiast prezentu do Warszawy i Radzymina napłynęły apokaliptyczne wieści, w które aż trudno było uwierzyć. Nieoczekiwanie, rankiem 28 grudnia 1908 r. Mesynę nawiedziło potężne trzęsienie ziemi o sile 7,1 w skali Richtera. W niecałe dwa kwadranse dzieła zagłady dopełniły co najmniej dwie, wysokie na 13 metrów fale tsunami! Zarówno Mesyna, jak też pobliskie miasta: Palmi i Reggio di Calabra uległy całkowitemu zniszczeniu. Wg szacunków w wyniku katastrofy zginęło 80–120 tysięcy ludzi. W samej Mesynie liczba ofiar wyniosła 65 tysięcy. W kolejnych dniach i tygodniach gazety donosiły o rozmiarach tragedii: „Trupy leżą szeregami, albo na kupie. Żołnierze są grabarzami. Zaduch z ciał gnijących jest okropny, bo mnóstwo ich leży na każdym kroku. Widać całe góry kadłubów i oderwanych członków. Żadne słowa nie dadzą pojęcia o tem okropnem nieszczęściu.” – pisała m.in. stołeczna „Gazeta Świąteczna”.
W obliczu koszmarnych doniesień z Mesyny rodzice zakonnika nie tylko stracili nadzieję na zobaczenie syna żywego, ale też na sprawienie mu godnego pochówku. Najczarniejszym myślom sprzyjał brak jakichkolwiek wieści o losie zaginionego, a także świadomość tego, jak niewiele można zrobić. (Co najwyżej nadać telegram do rosyjskiego konsula w Neapolu z prośbą o wszczęcie poszukiwań i udzielenie informacji, jednakże bez gwarancji na jakąkolwiek odpowiedź). Minęło Święto Trzech Króli, mijały kolejne dni bez wieści, aż w końcu w sobotę 9 stycznia 1909 r. przygnębiona rodzina doczekała się na wymarzony prezent. Bynajmniej nie był to kosz cytrusów, na otrzymanie którego już dawno przestano liczyć, lecz karta pocztowa, na którą w głębi ducha wszyscy mieli nadzieję, choć nikt nie odważyłby się powiedzieć tego głośno. Nadawcą pocztówki był o. Sykstus, który cudem przeżył katastrofę! „(…) Z całego klasztoru św. Kamilla de Lellis ocalał on tylko, przeor i jeden z braciszków. Pod gruzami zginął emigrant z roku 1863-go nazwiskiem Ostaszewski.” – donosił „Kurjer Warszawski”, a za nim inne czasopisma. Wielka zapanowała radość nie tylko w rodzinie Pana Walentego – szewca z Radzymina, ale i w całym kraju na wieść o szczęśliwie ocalałym rodaku. (Po tym dramatycznym doświadczeniu ojciec Sykstus Jabłoński żył długo i miał wiele zasług, ale… to już temat na inną gawędę 😉 .
Bibliografia: A. Wolff, K. Paczuski „Słownik Historyczno-Geograficzny ziemi warszawskiej w średniowieczu”, wyd. IH PAN, 2013 r.; F. Sulimierski, B. Chlebowski, W. Walewski „Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, t. III, t. X, wyd. 1880-1902; J. Ościłowski „Rządza, Czarna, Długa i Brodnia, czyli o zmianach w hydronimii i hydrografii lewego dorzecza dolnej Narwi” („Nasze Korzenie” nr 5 z 2013); „Gazeta Świąteczna” nr 1460 z 1909 r., „Kurjer Warszawski” nr 9 z 1909 r. i inne czasopisma (numery z przełomu lat 1908/1909).
Radzyminiak
1/2023