Wysadzony most w Urlach, 24 września 1915 roku
Kierownik 39-go oddziału sanitarno-żywnościowego złożył ze swej podróży sprawozdanie następujące:
„Do Urli przybyliśmy dnia 4-go b. m. wiecz. o godz. 8 -ej. Nazajutrz rozpakowano produkty żywnościowe i aptekę i rozpoczęto wydawanie porcji i udzielanie porad lekarskich. Tegoż dnia wysłano na szosę, idącą od Łochowa do Węgrowa 2 ludzi, którzy skierowywali bezdomnych do Urli. Lekarz oddziału d. 5 -go b. m. jeździł do Jadowa, w celu naradzenia się co do dalszej działalności oddziału z tamtejszym komitetem obywatelskim. Stosownie do wskazówek dra Wiśniewskiego, członka jadowskiego komitetu obywatelskiego, wysłaliśmy d. 6 -go b. m. dwóch sanitarjuszów do księdza w Kamionnie z prośbą, ustną o współudział w naszej pracy…
Codziennie zjeżdżały się dziesiątki wozów z bezdomnymi, którzy przyjeżdżali wskutek namów ze strony naszych wysłańców, większość zaś twierdziła, iż władze wojskowe i cywilne rosyjskie poleciły im jechać do Urli. Podczas wyjazdu w okolice, w celu kupna paszy dla koni, przekonaliśmy się, że władze cywilne nie pozwalały bezdomnym jechać w kierunku Węgrowa, lecz skierowywały ich do Urli. Wśród bezdomnych zauważyliśmy ogólne silne pragnienie powrotu, chociażby na zgliszcza swych siedzib i obawę przed wyjazdem na wschód. Wszystkim, zwracającym się do nas o wskazówki, co mają ze sobą począć, odpowiadaliśmy, że pozostaniemy w Urlach, dopóki nas nie będą rugować i jeżeli bezdomni będą kierowani na wschód, to i oddział nasz pójdzie za nimi. Wojskowi, których zapytywaliśmy o bezpieczeństwo, zapewniali nas, iż do większej bitwy dojść nie może, a przeto bezdomni mogą być spokojni o siebie, co okazało się prawdą, gdyż prócz kilkudniowej, t. j. 9 i 10 b. m. strzelaniny karabinowej i armatniej, żadnej większej potyczki nie było i nikt w tych okolicach z osób cywilnych nie był nawet raniony.
Dnia 8-go b. m. podczas wysadzania toru kolei piotrogrodzkiej i mostu kolejowego na Liwcu kawałki żelaza dolatywały do naszych obozów. Wskutek tego konie przeprowadzono w głąb lasu dla uchronienia ich od wypadku. Przy sprowadzaniu ich z powrotem do obozu, jedna klacz zerwała się z uwięzi, pobiegła do rzeki i tam, zaplątawszy się w druty, upadła i na miejscu się zabiła.”
Kurjer Warszawski
R. 95, 1915, nr 228