Bufet/cukiernia w Urlach
Do najulubieńszych letnisk w pobliżu Warszawy należy, od lat kilku, Urle. Niema w niem jeszcze wielu udogodnień, które wprowadzono np. w Konstancinie lub Skolimowie, ale jest niezrównane powietrze gęstwy leśnej, przepełniono wonią sośniny i żywicy, jest swoboda w dworkach odosobnionych, odgrodzonych od sąsiedztwa, a położonych w samym lesie, po obu |stronach plantu kolejowego, była — do niedawna — taniość produktów spożywczych. W r. z. bawiło w Urlu do 3,000 osób. W r. b. sezon zapowiadał się dość obiecująco, wynajęto sporo dworków, zapełniono pensjonaty, ale później liczba gości spadla do jakichś trzech setek.
Ten zastęp zaczął odczuwać niebawem śrubę „drożyźnianą” zastosowaną do nich przez zaimprowizowane syndykaty. Sklepiki miejscowe, nie konkurując z sobą, ustaliły ceny, nietlko wyższe od warszawskich lecz jakby przewidujące wyczerpanie danych produktów: funt świec stearynowych np. 60 kop. (cena normalna 35), szuwaks 20 kop. (10 k.) i t. p.
Pensjonaty miejscowe pobierały: 3 rb. na dobę za całodzienne utrzymanie z mieszkaniem. Letnicy skupiali się przeważnie po lewej stronie plantu, po prawej (na włościańskich gruntach) dworki. całym szeregiem, stały pustkami.
Życie letników urozmaicały tradycyjne odwiedzania, „platformy” podczas przejścia wszystkich pociągów, zwłaszcza w soboty, gdy zwyczajem uświęconym, przybywali mężowie do żon, robiło się gwarno, rojno i wesoło.
Doskonale działał miejscowy, sezonowy, oddział pocztowy: gazety i listy Urle otrzymywało 2 razy dziennie: w południe i po 6 wieczorem, a uprzejmość pp. urzędników pozwalała załatwiać czynności pocztowe nawet w niedziele.
Oddział apteki jadowskiej p. Drzewieckiego w Urlu funkcjonuje stale i prawidłowo. O pomoc lekarską letnicy udawali się przeważnie do zamieszkałego o 3 wiorsty, w Jadowie doktora.
Potrzeby duchowe zaspokajał przybyły z Warszawy na letnie mieszkanie ks. wikarjusz z parafji Wszystkich Świętych: codziennie, w kaplicy miejscowej, odprawiał on mszę świętą.
Gromadny „exodus” z Urla rozpoczął się w poniedziałek zrana, gdy poczta, nie dostarczyła gazet, a z przywiezionych dowiedziano się o rekwizycji koni i bydła… Pociąg po pociągu uwoził liczne zastępy pań i dziatwy (która króluje w Urlu), aż wreszcie — pozostała tylko garstka najwytrwalszych, najodważniejszych, i właściciel cukierni sezonowej, który twierdzi, że Urle jeszcze w r. b. zapełni się po brzegi…
Kurjer Warszawski
R. 95, 1915, nr 199