Jest sobie w Siedleckiem niewielkie, ale treściwe miasteczko Jadów, sławne m.in. z tego, iż w rynku można kupić najlepsze lody świata. Nie tylko my, czyli okolica wraz z zastępami letników, ale pewien Włoch z ojczyzny renomowanych „gellati” uznał je za hit w tej dziedzinie. A mój ośmioletni wnuk Maksio w najautorytatywniejszy sposób stwierdził, że są „lepsze niż w Eurodisneylandzie!”

Ja wszakże teraz nie o lodach, ale o postaci dla Jadowa znaczącej i historycznej. Jest tu ulica jego imienia, jest takiż szpital. Nie bez kozery szpital, był bowiem dr Ludwik Wiśniewski w przedwojennych i okupacyjnych czasach lekarzem wyjątkowej miary, błogosławieństwem dla całego rejonu. Tym bardziej, że do wiedzy medycznej zwykłego rodzaju, tego naukowego i dyplomowego, dołączył — wymuszoną życiem uniwersalność, kojarzył internę z ginekologią, dermatologię z chirurgią. Panie! — mówił mi kilkanaście lat temu stary gospodarz spod Łochowa — Panie, jak mojemu bratu, co wpadł raz do studni i złamał nogę w siedmiu miejscach, a żadne warszawskie dochtory nie potrafiły tego poskładać, ustawił kości, to go potem do marynarki, tego brata, wzięli!!… Był też kardiologiem, specem od tuberkulozy, był wszystkim, czego było trzeba, a całość otaczała sława i aura tego, co dziś zwą healerstwem, talentem „uzdrawiacza”, hipnotyczną zdolnością kojenia pacjentów. Kochano go więc i szanowano powszechnie, czego jednym z dowodów była jego własna choroba, na jaką raz zapadł. Wówczas zastępy biedoty żydowskiej z Jadowa, a była to miejscowość zamieszkała właśnie przez przeważającą liczebnie ludność chasydzką — zastępy te, leczone z reguły darmo przez dra Wiśniewskiego, postanowiły pospieszyć z pomocą. Stary, może jeszcze podnóża góry Synaj sięgający obyczaj nakazywał obłożenie chorego złotem, bo kruszec ten miał ponoć właściwość wyciągania schorzeń ze zbolałego ciała… I oto ruszyła błyskawiczna machina organizacyjna o szerokim zasięgu: — zbierano najrozmaitsze precjoza i pamiątki, kolczyki, pierścionki, łańcuszki etc. wcale nie łatwe do zgromadzenia, bo jako się rzekło, ubóstwo tej grupy było głębokie. Jednakże uciułano tyle owego dobra, że cały pan doktor został okryty złotem (co przyjął z należną powagą) i rzeczywiście po niejakim czasie kuracja okazała się pomocna. Zawsze kuracje, dokonane serdecznością i uczuciem są skuteczne!

To było przed wielu, wielu laty, ale i późniejsza scenka dowodzi tego samego stosunku do medycznego dobroczyńcy. Był wtedy już starym, półgłuchym człowiekiem (wszakże, jak to się zdarza, najcichsze szmery np. w płucach pacjenta, wychwytywał sprawniej, niż młodzi auskultanci) i praktykę ograniczał prawie tylko do własnego gabinetu. Któregoś wówczas dnia gospodyni, skądinąd nader przystojna pani, o czym potem, wysłała małą kuzyneczkę, by wezwała dziadzia Ludwika, bo obiad już gotów. Panienka pobiegła do wspomnianego gabinetu, gdzie zaskoczyła ją głęboka cisza; — i cóż ujrzała, uchyliwszy drzwi? Oto po środku pokoju siedziała na stołku ogromna, obfita gospodyni wiejska — topless, bo była właśnie badana, a na widok młodej pacjentka ta położyła palec na ustach i szepnęła: — Ćśśśś! Nie budzić… — Albowiem, na rozległym, miękkim, obnażonym i ciepłym biuście, niczym na wielkich poduchach, spał sobie w najlepsze staruszek, którego sen zmorzył akurat, gdy osłuchiwał własnym uchem popiersie poczciwej niewiasty…

Co zaś tyczy ładnej pani, zarządzającej jego, wdowca, domem, to na czyjeś niedyskretne pytanie, czy mając tak urodziwą kobietę obok, odczuwa jeszcze pan doktor pociąg do płci pięknej, dziadzio Ludwik zawołał: — Ha! Pociąg jeszcze jest, ale lokomotywa odeszła…!

Wcześniejszymi czasy doktor, oczywiście, objeżdżał swych podopiecznych, początkowo ich furmankami, zanim się dorobił własnej bryczki ze sławnym stangretem Gromkiem na koźle. I w związku z tymi podwodami opowiadano mi w Łochowie, jak to którejś dżdżystej, burzliwej nocy zajechał po jadowskiego lekarza zrozpaczony gospodarz, że to żona rodzi, rodzi i urodzić nie może. Mimo umordowania ciężkim, pracowitym dniem doktor Wiśniewski zabrał się do położnicy w tę pluchę i wiatr, a chłop popędził co koń wyskoczy po wybojach, kocich łbach, po wykrotach polnych dróg. W szumie ulewy i hurgocie okutych kół ani się zorientował, że po pierwsze lekarz na wiązce słomy z tyłu wozu usnął głęboko ze zmęczenia, a po wtóre, iż w tym śnie zleciał kędyś na ziemię, a krzyki zagłuszył hałas jazdy… Dopiero w domu spostrzegł, co się stało, by zawrócić w popłochu.

W jednym z pobliskich dworów miał pan doktor inną, skuzynowaną z nim notabene, pacjentkę, leciwą staruszkę, która tym się wyróżniała wśród ogółu, że nie wierzyła w Boga, ku strapieniu wielu kolejnych proboszczów jadowskich. Wizyta odbywała się zawsze tak samo: dziadzio Ludwik wypijał sakramentalną herbatkę z dziedzicami na parterze, poczym szedł na pięterko do babci rodu, opukiwał ją rutynowo, zapisywał coś mało istotnego (bo na wiek nie masz lekarstwa) i wracał do siebie. Owego ważnego dnia rzekł po drodze Gromkowi: Jak mnie odwieziesz, to jedź do księdza — bo często pożyczano od lekarza jego reprezentacyjny pojazd. Stangret jednak zrozumiał: „po księdza”, a to zasadnicza różnica, toteż zjawiwszy się na plebanii, zameldował duchownemu: Pan doktór, jak wyszedł od pani starszej z Borek, to kazał mi jechać po księdza proboszcza!. Kapłan zrezygnował z upatrzonej podróży, wdział należne szaty, zabrał wijatyk i ministranta z dzwoneczkiem, poczym ruszył szybko do, jak zrozumiał, nawróconej nagle na łożu śmierci bezbożniczki. Zdumieli się dziedzice, ujrzawszy bryczkę dziadzia i na niej księdza z Panem Bogiem, ale pleban czymprędzej ruszył do chorej. Ta osłupiała jeszcze bardziej i w tym szoku nie tylko wyspowiadała się z całego ateistycznego żywota, ale przyjęła sakrament namaszczenia – poczym wzięła i umarła… Tak to się doktor Ludwik bezwiednie do chwały Królestwa Niebieskiego przysłużył.

Łącznik Mazowiecki

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.