Dolina dzieci

Kolonje letnie w Zielonce

Na prawo od szosy, wijącej się wśród lasów z Grochowa do Zielonki, bieleje wśród wysokiej, gęstej trawy szereg słupków, połączonych drutem. Wchodzimy na rozległe, piaszczyste terytorium. W dali stoją rzędem parterowe domki a opodal na wysokim słupie czytamy napis: „Kolonie letnie im. małżonków Doktorowiczów”.

— Gdzież są dzieci? — pytamy ze zdziwieniem.

W domkach mieszczą się sypialnie, ale wszędzie pusto. Nie widać ludzi, nie słychać gwaru dziecięcych głosów P. Doktorowicz uśmiecha się tylko i wskazuje wysoką, piaszczystą ławę, na której widzimy ułożony drewniany mostek. Dopiero gdyśmy weszli na szczyt “góry“, oczom naszym przedstawiła się rozległa dolina, otoczona białemi domkami, wdali zamigotała srebrna tafla jeziora pośrodku doliny, koło wysokiego masztu zobaczyliśmy dzieci.

— Domki na wzgórzu służą jako sypialnie dla dziewcząt — objaśnia kierowniczka kolonji, długoletnia wychowawczyni w przedszkolach magistrackich — Chłopcy mieszkają w dolinie.

Kolonje letnie dla dzieci żydowskich ufundował p. Doktorowicz. Istnieją one już czwarty rok. W pierwszym roku gościły 500 dzieci, w następnym roku liczba ta powiększyła się. Obecnie przeszło tysiąc dzieci podzielono na szereg grup, liczących 300 — 400 dzieci, przebywa w Zielonce 3 tygodnie. Dzieci rekrutują się z najuboższych ster żydowskich. Są to dzieci z okolic Muranowa, Gęsiej, Smoczej, Franciszkańskiej. W śród nich wiele nie wyjeżdżało jeszcze nigdy poza granice miasta, a chowane były jakby w dzikiej dżungli.

Mały, 10-letni Moniek nie wiedział jak się nazywa.

— A twoja mamusia? – Pytała kierowniczka.

— Nie wiem.

— A jak tatuś zwraca się do mamusi?

— Warjatko!

Ten sam Moniek dzięki inteligentnemu kierownictwu na kolonji z przejęciem deklamował wobec przedstawicieli władz miejskich prześliczny wierszyk o Prezydencie. Kilkutygodniowy pobyt na kolonji zmienił go w rozgarnięte dziecko.

Oglądamy wzorową kolonję. Opieka lekarska jest na miejscu. “Dolina Dzieci” posiada wanny i prysznice. Wszędzie wiszą na ścianach napisy “Bądź czysty”, “Myj ręce przed jedzeniem”, i t.d. W sypialniach, izolatkach, kuchni, kancelarji, panuje czystość wzorowa. Duży pawilon, noszący nazwę “pawilonu Gabrieilli” (im. żony p. Doktorowicza), służy jako jadalnia i miejsce zabaw w dnie słotne.

Kierowniczka i wychowawczynie mają bardzo trudne zadanie. Muszą nietylko dbać o fizyczny rozwój dzieci, lecz wychowywać je społecznie.

— Rezultaty mamy doskonałe — mówi. — Każda grupa posiada swojego “wójta”, sąd koleżeński, wybrany przez same dzieci.

W „Pawilonie Gabrielli” wisi portret Pana Prezydenta i Marszałka Piłsudskiego.

— Gdyby więcej bogatych ludzi było tak ofiarnych, jak p. Doktorowicz — zauważa p. Kujawska.

— Mojem marzeniem — mówi p. Doktorowicz — jest móc wysyłać na kolonje letnie wszystkie biedne dzieci. Obećnie pierwszeństwo mają dzieci suteryn, dzieci słabo rozwinięte fizycznie. Lecz jak trudno uczynić wybór! W teorii każde dziecko płaci za pobyt na kolonjach 10 zł. W praktyce zaledwie
45 proc. może uiścić niewielką opłatę.

Dobrze jest dzieciom na kolonii w Zielonce. Świadczy o tem duży wzrost na wadze (do 3 i pól kil. w przeciągu 3 tygodni) i niechęć rozstania się z “Doliną Dzieci”, gdy nadchodzi ostatni dzień pobytu na kolonji.

Express Poranny
R. 13, 1934, nr 200

Więcej tego autora:

+ Nie ma komentarzy

Add yours

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.