historia terenów powiatu wołomińskiego

w dokumentach i wspomnieniach

PRL przemysł Wołomin Wołomin wycinki

Gorące szkło
5 (1)

Postawmy sprawę po męsku: cży ludzkość już na zawsze skazana jest na garnki? Czy również na przyszłych kosmicznych biwakach będziemy używali odwiecznych garów, na których lawinowy postęp techniczny odbije się jedynie odmiennym kształtem uszek? Takie pytania cisnęły mi się na język w Hucie Szkła, nieopodal Warszawy, w Wołominie. I śpieszę zameldować, że szykuje się koniec cywilizacji garnków. Metal zostanie wyrugowany. Nadejdzie królestwo szkła. A wszystko to stanie się za sprawę dobrego wydatkowania kwoty pięciu milionów złotych. Za sprawą dobrego pomyślunku jednej pani doktor, dwunastu inżynierów oraz techników.

Szkło na użytek człowieka. Jak z tym jest u nas? Jest nie najlepiej. Liczymy się wprawdzie w kształtowaniu szklanej ceramiki i szkle artystycznym, natomiast w przeciętnej polskiej kuchni szkło „reprezentowane” jest najczęściej i wyłącznie – przez szklanki. I na tym koniec. A świat posuwa się w tej dziedzinie skokami. Gospodynie domowe mogą do wyboru i koloru przebierać w różnych tam podgrzewanych szklanych tackach, naczyniach, płytkach grzejnych. Światowe firmy nie obracają dwa razy w kieszeni dolara, jeśli trzeba wydać go na badania, pchające naprzód rozwój technologii szkła gospodarczego i sprzętu domowego, wykonanego z tego materiału. Wciąż utrzymuje się bowiem i utrwala wielka moda na szkło w domu.

Spójrzmy na takie dane: największy światowy koncern „robiący w szkle” spółka „Corning Glass Works” sprzedaje każdego roku sprzedaje każdego roku swoje kruche wyroby za iście astronomiczną kwotę prawie ośmiuset milionów dolarów. A przecież nie sam tylko ”Corning” liczy się. Bo i British Domestic Appliances, i Thompson Brandt, firma angielska Jobling, i Orpaceita w wyłożonym na warszawskich targach książki  informatorze, gdzie zebrano wszystko o światowym przemyśle szklarskim, sam tylko spis liczących się firm zajmuje 75 stron druku maczkiem i mieści dobrze ponad tysiąc przedsiębiorstw, hut i fabryk wytwarzających szkło na użytek gospodarstwa domowego. Nie ma w tym spisie wołomińskiej huty. Lecz coś mi się zdaje, że wydawcy wspomnianego informatora będą musieli szybko dokonać uzupełnienia, natomiast amerykańscy, japońscy, brytyjscy i jacy tam jeszcze spece od szkła, będą sobie łamali języki, wypytując o drogę do Wołomina, trasą przez Zielonki, Ząbki i Kobyłkę. Bo będą chcieli i musieli jeździć do ludzi, którzy rozwiązali to, nad czym od lat biedził się cały światowy przemysł szklarski. Za sprawą tych ludzi problem żaroodpornego szkła „samogrzejnego” przestał być problemem. Stał się patentem zgłoszonym przez Polaków.

Najpierw była to praca w zaciszu naukowego laboratorium i prowadziła ją doktor Janina Górzyńska z Politechniki Warszawskiej. Po setkach godzin żmudnych doświadczeń, pani doktor „wynalazła” – filmistor. Jest to emulsja półprzewodnikowa o zupełnie niezwykłych właściwościach. Jeśli powlec nią żaroodporne szkło i dodać na krańcach emulsyjnego pola po elektrodzie, a następnie podłączyć elektrody do prądu — szkło zaczyna się błyskawicznie rozgrzewać. Tłumacząc to “z fizyki na nasze”: prąd, szukając sobie drogi między elektrodami, natrafia na oporową warstwę półprzewodnika. Efektem zmagań prądu ze stawiającą opór emulsją jest właśnie ciepło.

Kiedy filmistor został odkryty, nie było to jeszcze wydarzenie, rewolucjonizujące być może już niebawem gospodarstwo domowe. Niezwykłe możliwości stały się faktem dopiero wówczas, gdy ludziom inżyniera Alojzego Hilgertnera udało się znaleźć sposoby wiązania emulsji ze szkłem, łączenia całości ze źródłem prądu, no i — kiedy zrodziły się koncepcje, w czym, jak i gdzie zastosować zdumiewające właściwości filmistorowego szkła.

Szef zespołu, inżynier Alojzy Hilgertner ma czterdzieści osiem lat. Od kiedy zaczął pracować, zawsze pracuje „w szkle”. Na początek — Polanica. W tamtejszej Hucie Szkła był Hilgertner „zwykłym” technikiem. Dzisiejszy inżynier, a ówczesny technik, nigdy nie interesował się samochodami, znaczkami pocztowymi, złotymi rybkami, jedyną jego pasją było i pozostało — szkło. Nie takie, które stoi w postaci wazonu na środku stołu, albo jako eksponat w gablotach na wystawie wyrobów rzemiosła artystycznego. Inżyniera interesuje szkło, które „coś robi” które jest użyteczne. Szkło, potrafiące wyzwolić się ze swych naturalnych niejako ograniczeń, i które — zachowując wszystkie swoje obiegowe własności — zyskuje nowa jakość. Poświęcił się takiemu szkłu. Pracując, zdobył dyplom w krakowskiej AGH. Potem przeniósł się do Huty Szkła w Ożarowie, gdzie mieszka do dzisiaj z żoną i dwoma synami. Wreszcie, trafia do Wołomina i obejmuje kierownictwo biura rozwojowego tutejszej huty. Takiej pracy było mu trzeba. Może udoskonalać, ulepszać, zmieniać i czynić na nowo coś, co, wydawałoby się, jest jakie jest, a więc — szkło. Dobiera sobie zespół. Są dwa warunki dostania się „pod Hilgertnera”: wiedza i — „szklana pasja”. Kilkunastoosobowy zespół sprawdza się w kolejnych trudnych robotach. Rekordowo sprawnie i szybko opanowuje na przykład skomplikowaną technologię wytwarzania butelek do „Coca-Coli” Nie jest to wcale takie proste, jakby się wydawało, i nie jest to byle zwykła butelka. Musi wytrzymać ciśnienie… 20 atmosfer. Lecz pomimo tego i wielu innych sukcesów, temat — wykorzystanie filmistoru do wyrobu „samogrzejących się” kolb laboratoryjnych — bo takie były na początku założenia i cele — okazał się właśnie tym na co inżynier Hilgertner i jego ludzie czekali od dawna, być może nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Był trudnym tematem. Takim, nad którym łamało sobie bez skutku głowy wieleset naukowców i inżynierów w wielkich światowych koncernach. Wiedzieli o tym. Ale świadomość trudów, jakie ich czekają, dodała im tylko ostrogi.

Inż. Józef Bugaj 

Inżynier Józef Bugaj jest prawie dwakroć młodszy od dobiegającego przecież zaledwie pięćdziesiątki szefa. Inżynier Józef Bugaj jest uważany w zespole za starego repa. Ten „weteran” jest już, bądź co bądź, dwa lata po studiach w AGH. I trudno się dziwić, skoro inżynier o stażu sześcioletnim jest, nie licząc Alojzego Hilgertnera, najbardziej doświadczonym członkiem zespołu Pozostali bronili inżynierskich dyplomów rok, dwa, trzy najdalej lata temu.

Inżynier Bugaj oprowadza po laboratorium — pokoik pięć metrów na trzy — w którym rozwinął się jeden z najbardziej sensacyjnych polskich wynalazków ostatnich lat — Historycznie rzecz biorąc — mówi — ta kolba była pierwsza.

Biorę do ręki eksponat. Zwykła kolba jakich każdego dnia po kilkaset tłucze się w kilkuset polskich laboratoriach. Ta nie jest zwykła. Nie trzeba jej podgrzewać gazowym płomieniem W ogolę nie trzeba jej podgrzewać. Czyni to „sama”. Dolną część kolby pokryto emulsją półprzewodnikowa, filmistorem. Emulsji nie widać. Nie zmienia barwy szkła, jest przeźroczysta. Dołem i przy szyjce — wąskie metalowe skrawki, opasujące kolbę. Inżynier Bugaj nalewa do naczynia wodę. Przekłada do metalowych pasków, czyli elektrod, przewody. Ich zakończenia wkłada do zwykłego kontaktu. Mija kilkanaście sekund Nic się nie dzieje. Nagle, woda zaczyna wrzeć. Przesuwamy się wzdłuż stołów, zawalonych naczyniami ze szkła. Młody inżynier dokonuje przeglądu kolejnych prac zespołu.

Szklany rożen. Można w nim piec kurczaki i kiełbasę, można go używać jako piekarnika do ciast. Składa się z dwóch szklanych rur, włożonych jedna w drugą. Rura wewnętrzna. pokryta jest od środka niewidoczną warstwą filmistoru. Elektrody, to już nie metalowe opaski, jak w tamtej pierwszej kolbie, lecz białe obwódki, naniesione pędzelkiem. Oddaję znowu głos inżynierowi.

— Po pierwsze, koszt — mówi. — Normalny rożen jest drogi, wychodzi na niego mnóstwo metalu, zżera masę prądu. Rożen metalowy takich jak ten rozmiarów, kosztuje ponad trzy tysiące. Koszt naszego rożna, trzy-cztery razy mniejszy. A to przecież nie seryjna produkcja. „Zjada” dwakroć mniej prądu: jak wszystkie zresztą urządzenia ze szkła, w porównaniu do metalowych. Można w nim regulować temperaturę w nieograniczonych praktycznie zakresach. Jest ogromnie wydajny. No i lepiej piecze. Szkło w ogóle równomierniej od metalu rozkłada temperaturę. Szkło jest od metalu nieporównywalnie bardziej „wydajne” pod względem cieplnym. W odróżnieniu od metalu, tutaj bardzo niewielką ilość energii cieplnej trzeba spisać na straty.

— Jak gruba jest ta niewidoczna filmistorowa warstwa? — pytam.

— A kiedy pan po raz ostatni zetknął się ze szkolną fizyką? — odpowiada pytaniem inżynier.

— ?…

— Bo Jeśli wcześniej, niż przed pięciu laty, to nawet nie będzie panu znany ze słyszenie termin, określający grubość warstwy. Po prostu jeszcze wtedy nie było nawet nazwy na tak niewymierne wymiary. Błonka filmistorowa ma tutaj grubość kilkudziesięciu nanometrów. Nanometr, proszę pana, to tysięczna część mikrona. Na zdrowy rozum, warstwa jest tak cieńka, że… jej nie ma, prawda?

— Zaś elektrody, inżynierze?…

— Najlepsze są srebrowe. Nakładamy pędzelkiem, bo przygotowujemy je w postaci pasty. A jeśli już o nakładaniu, to musi pan wiedzieć, że warstwę filmistorową zespalamy ze szkłem bardzo prostym sposobami. Wcale tam nie potrzeba jakichś próżniowych metod, co wydawało się przedtem niezbędne. Więc jak nakładamy filmistor? Wybaczy pan, ani słowa. W grze z potentami, a taką prowadzimy, nie odkrywa się kart. Powiem natomiast coś, co powinien pan zanotować: w dziedzinie oszczędności materiałów i cennych surowców, jakie niesie nasza metoda jej przemysłowa upowszechnianie równa się zrewolucjonizowania gospodarki takimi choćby materiałami…

— Chyba przesada. Ostatecznie, gospodarka surowcami nie zależy od rozwiązania „problemu garnków”…

— Zanim pan tak powie, proszę sobie wyobrazić: znikają z naszych domów, z kuchni, z łazienek, wszystkie przedmioty, sprzęt i urządzenia z metalu, które służą do gotowania, grzania, podgrzewania. Z filmistorowego szkła, garnki, patelnie, prodiże, piekarniki, rożny, grzałki, łazienkowe i kuchenne zbiorniki na wodę. Żelazka ze szkła i nagrzewające cale mieszkania warstwy filmistorowe, wtopione pomiędzy szyby szwedzkich podwójnych okien Tace, także i kubki z naszego szkła w których jedzenie i płyyv nigdy nie stygną. Niezamarzające filmistorowe szyby samochodowe i szklane płytki, umieszczone w podeszwach butów i podłączone do bateryjek, ukrytych w obcasach. Bo widzi pan, ze szkła można zrobić praktycznie wszystko. Wszystko co człowiek jest sobie w stanie wyobrazić i jeszcze coś ponadto. Szkło może być kruche — i może być twardsze od stali. Ze szkła da się uformować każdy kształt. Jest posłuszne. I szkło, proszę pana, robi się praktycznie — z piasku. Czy to wszystko nie przemawia do wyobraźni?

Przemawia, panie inżynierze. Lecz jeszcze bardziej to, że wasz wynalazek, który wśród światowych potentatów przemysłu szklarskiego wywołał prawdziwy szok — nie jest chowany pod korcem. Że ruszył się natychmiast przemysł wytwarzajacy sprzęt elektryczny dla gospodarstwa domowego.

Zakłady Wytwórcze Urządzeń Elektrogrzejnych w Pruszkowie być może już w nadchodzącym roku wypuszczą na rynek prodiże ze szklaną, powlekaną filmistorem pokrywą. Ja widziałem tuż taki prodiż „w działaniu” i nie wyobrażam sobie gospodyni, która to zobaczy, wypróbuje — i nie kupi. Białostocki „Predom” interesuje się łazienkowymi zbiornikami z filmistorowego szkła, które podgrzewają błyskawicznie i do zadanej temperatury przepływającą przez nie wodę.

Czechowicki „Kontakt” jest już z Wołominem w kontakcie „na temat” filmistorowych podgrzewaczy buteleczek z pokarmem dla niemowląt.

Zainteresowany prodiżami Pruszków — czeka również na szklane rożny. Inżynier Hilgertner obiecał zakończyć prace nad nimi jeszcze w listopadzie.

Jest również chętny do wytwarzania niezmiernie prostych i wydajnych ekspresów do kawy typu barowego, przy których produkcji nie zużyje się ani grama miedzi, tantalu i innych cennych metali, jak to się dzieje obecnie. Jedynym materiałem będzie szkło.

Tak więc, droga z urzędu patentowego i laboratorium — do przemysłu i do klienta, na rynek, znacznie się skróciła Ale to wcale nie znaczy, że me ma się czym martwić.

Naukowcy i inżynierowie z przemysłowego zaplecza badawczego osiągnęli ogromny sukces twórczy. Jednocześnie, stworzyli ogromną szansę, którą musi wygrać przemysł. To nie jest nawet moje sformułowanie. Zanotowałem słowa inżyniera Zdzisława Kroka, zastępcy naczelnego dyrektora wołomińskiej huty, który powiedział: — Musimy wygrać zwycięstwo i wtedy dopiero będzie można mówić o sukcesie. Trzeba iść za ciosem. Trzeba uruchomić przemysłową produkcję szkła gospodarczego, pokrywanego filmistorem oraz różnorodnego sprzętu z takiego szkła. Trzeba szturmem zdobyć klienta dla tych nowości, myślę o rynku krajowym — i przebojem wchodzić, ba! wdzierać się na rynki zagraniczne. Wygrywa ten, kto jest pierwszy.

A nie będzie łatwo i trzeba się naprawdę spieszyć. Podczas tegorocznych Międzynarodowych Targów Poznańskich wysłannicy koncernu „Corning Glass Works” rozdawali ulotki. „Więcej dowiedziano się o szkle i jego technologiach w ubiegłym półwieczu, niż w całej poprzedzającej historii ludzkości” — pisali w ulotkach Ich spece od reklamy i kończyli skromnie: „Prawdopodobnie firmą, która najbardziej przyczyniła sią do tej ekspansji wiedzy, jest nasza amerykańska spółka”. Teraz, przyjdzie im stonować propagandowy optymizm. „Corning” — ze swoją 121-letnią tradycją, z obrotami liczonymi w miliardach dolarów i s dotacjami na badania oraz praca rozwojowe, sięgającymi kilkudziesięciu milionów dolarów — dał sią ubiec. Tym z Wołomina, Polakom. Lecz pamiętajmy, że „Corning” ma jednak nadal — i tradycje, i ogromne kapitały, i opanowany rynek na wielu kontynentach. I nietrudno wyobrazić sobie, że podrażniony w swej bucie gigant, obawiający tym uderzenia po kieszeni – może nas najzwyczajniej ubiec. Przetartą ścieżką idzie się szybko do celu. Zwłaszcza w nauce. A ten, kto jest pierwszy.

I jeszcze raz inżynier Hilgertner: — Gdyby skończyło się na tym, że taki wynalazek, jak filmistorowe szkło, odciśnie swój ślad tylko produkcją laboratoryjnych kolb, kilkoma tysiącami prodiży i podgrzewaczami do butelek na mleko — to przypominałoby to jako żywo zaprzęgnięcie czystej krwi araba do fury z sianem Stworzenie szkła filmistorowego było sprawą twórczego, naukowego rozmachu i wyobraźni. Chciałbym, żeby rozmach i wyobraźnia wiązały się z nim także na przemysłowym i handlowym etapie…

Tadeusz Wielgolawski
Trybuna Robotnicza
1973, nr 273

 86 odsłon,  1 odsłon dzisiaj

Oceń ten tekst
[Total: 1 Average: 5]

Zostaw komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.