Przed tygodniem zasłabł nagle na jednej z ulic Warszawy zmarły przed kilku dniami Wacław Nałkowski. Do nieprzytomnego chorego zawezwano Pogotowie ratunkowe, które przewiozło go do szpitala Przemienienia Pańskiego na Pradze. Chory miał przy sobie dokumenty, stwierdzające zarówno jego osobę jak i miejsce zamieszkania. Na zasadzie tych dokumentów właśnie zameldowano go w szpitalu. Nikomu jednak z funkcjonarjuszów szpitala nie przyszło na myśl, aby zawiadomić o wypadku osoby najbardziej zainteresowane — rodzinę.

Było to nieodzowne, chorego bowiem przywieziono do szpitala wieczorem, gdzie do rana następnego dnia pozostawał niemal bez pomocy, gdyż dopiero około godz. 11, w myśl utartego rygoru szpitalnego, zjawili się lekarze. W ten sposób ciężko chory człowiek pozostawał w szpitalu długie godziny bez pomocy, podczas, gdy ogarnięte śmiertelną trwogą żona i córki napróżno szukały po całem mieście zaginionego.

I dopiero następnego dnia poszukiwania te uwieńczył skutek pomyślny; ktoś wpadł na myśl, aby zatelefonować do Pogotowia, które też udzieliło właściwych wiadomości. Do łoża chorego wezwano kilku najznakomitszych lekarzy, kto wie jednak, czy nie zapóźno.

Tego rodzaju system szpitalny nie wymaga żadnych komentarzy. Jest to w istocie rzeczy wyrafinowane barbarzyństwo, przeciw któremu trzeba jaknajmocniej i najenergiczniej protestować. I niewątpliwie, w sprawę tę powinna wejrzeć Rada dobroczynna, wydając polecenie, aby w przyszłości o każdym tego rodzaju wypadku natychmiast zawiadamiano rodzinę chorego.

Goniec Poranny
1911, no 51

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.